DM

Żywienie zbiorowe ludzi zamieszkujących nasze głowy

Moje podejście do przepisów, które stosuje u pacjentów jest przede wszystkim wymagające. 

Dopóki nie sprawdzę w praktyce, czy przepis jest prawdziwy, ma ręce i nogi, składniki w nim użyte są łatwo dostępne, a potrawa szybka w przygotowaniu oraz – co dla mnie osobiście najważniejsze – burząca wszystko co do tej pory wiedzieli o smaku w jedzeniu – nie udostępniam przepisu. 

Dochodzą jeszcze kwestie poboczne, takie jak to czy idzie w tyłek czy w cyc .. no czy faktycznie będzie efekt ciało – zadowalający. Kwestia dotyczy również tego, żeby nie upaprać się w garach po łokcie i nie latać po sklepach z wywieszonym językiem, zostawiając przy okazji w tym sklepie krocie. 

Generalnie, większość przepisów sama konstruuje. Fachu nauczyłam się, a raczej tego jak rzeczy nie robić, na praktykach na studiach, które przyznaję szczerze – były dla mnie koszmarem. To co naoglądałam się w szpitalnych kuchniach i przy rozdawaniu posiłków – tragedia. Zepchnęłam głęboko w podświadomość i udaję że tego nie było. 

No ale, skończyły się praktyki, i zaczęło się zawodowe życie. I okazuje się, że to często również nie jest bajka. 

Miałam kiedyś pacjentkę, która w życiu przeżyła koszmar. Chociaż to prawdopodobnie za mało powiedziane i bliżej będę prawdy jeśli użyję słowa – piekło. I nie chcę żeby zostało to źle zrozumiane, ale miałam wyjątkowe szczęście że trafiłam właśnie na nią. Ponieważ gdyby nie ona – nie powstałby poniższy tekst, a ja tkwiłabym zawodowo w głębokiej nieświadomości. 

Pracując na wizytach domowych mam okazję zobaczyć jak kobiety wyrażają się na zewnątrz, jakich metod i narzędzi używają aby stworzyć swoje ognisko domowe, rozpalić w nim ogień by w konsekwencji – go podtrzymać.

U tej akurat pacjentki – ognisko, pomimo wszystkiego co w życiu przeszła, płonęło na kolor lila – róż. Począwszy od zasłon, poprzez bibeloty ustawione na półkach, na kubkach w których zaserwowana została herbata skończywszy. Złapałam w pewnym momencie się na myśleniu, że jest w obranej przez siebie estetyce niekonsekwentna, ponieważ jej pies był w kolorze typowym dla psa, tak samo jak i mąż. Zdziwiło mnie wręcz to, że ani pies ani mąż – ani jednego elementu w odcieniu lila – róż. 

Kiedy poznałyśmy się bliżej, okazało się że wszech obecnie panujący kolor nie jest przypadkowy – jej osobowość również była w kolorze, a jakże, lila – róż. Ciepła, zabawna, oddana i lojalna małżonka, troskliwa i kochająca świeżo upieczona matka, oraz serdeczna, ceniona bardzo w środowisku pracy –  przyjaciółka. 

Jako że jestem osobą dość wrażliwą na kolory, również, a może i zwłaszcza te, których nie widać na pierwszy rzut oka, dałam się temu ponieść. Siła podmuchu lila – róż wiatru była tak duża, że w pewnym momencie miałam ochotę zrobić dla niej coś więcej, niż wynikało z celu mojej wizyty i delikatnie zasugerować jej mężowi, aby natychmiast wziął psa na spacer i nie wracał dopóty, dopóki obydwoje nie będą w kolorze lila – róż. Na szczęście ugryzłam się w porę w język, ponieważ uczucie jakim darzył ją zarówno mąż jak i pies było tak silne, że istniało duże prawdopodobieństwo przychylenia się do mojej prośby. Ponieważ wiadomo – jak jest miłość przez duże M, to nic nie możliwe jest. 

A że miłość w tym domu była zarówno olbrzymia, jak i prawdziwa, również prawdopodobnym był ich powrót do domu w ulubionym pacjentki kolorze. Gęsto musiałabym się tłumaczyć gdyby tak się faktycznie stało, a jej się to nie spodobało (wszystko ma przecież swoje granice), a kolor okazał niezmywalnym się. Stąd też, rozmawiałyśmy tylko o rzeczach związanych z tematem. A temat był poważny, ponieważ zaburzenia odżywiania to bardzo wrażliwa klinicznie rzecz jest. 

Dzięki Bogu temat było mi dane poznać tylko od strony teoretycznej, jednakże nawet z perspektywy suchych, podręcznikowych faktów był on dla mnie w odbiorze zarówno męczący jak i wilgotny – niczym sprowokowane wymioty kobiety cierpiącej na owe zaburzenia.  

Pacjentka ta zmagała się z problemem już dłuższy czas. Na przemian nabierała i gubiła masę ciała. W pewnym momencie doszło już do sytuacji, kiedy w ciągu jednego roku pozbyła się 40 kilogramów nadwagi, po to, by w następnym stratę odrobić. Z niewielką nawiązką. 

Pobieżnie analizując zastosowane przez nią wtedy techniki, wiedziałam że od technicznej strony tematu podeszła do sprawy dobrze – regularne posiłki i aktywność fizyczna.  Skąd więc ta zmiana – nie zmiana?

Przyczyna tkwiła w niezmiennie powracającym, nawiedzającym ją nawet na jawie koszmarze.

Jej własna matka, krytykująca ją nawet gdy ta, znajdowała się od niej kilkaset kilometrów dalej. I krytykująca wszystko, ale to WSZYSTKO, co dotyczyło owej dziewczyny. 

 I właśnie ten powracający koszmar pacjentka próbowała zajeść. A czym? Najczęściej słodyczami, kabanosami, daniami gotowymi i potrawami o neuropotencjale anksjolitycznym, w tym również alkoholem.

Niestety, nie jestem porywaczem, który zamknął by tą toksyczną kobietę w piwnicy, rozwiązując tym samym problem pacjentki. Ba. Jakąż dużą musiałabym mieć piwnicę, gdyż tych „wewnętrznych krytyków” jest dobra połowa żeńskiej części polskiego społeczeństwa. Jak się w toku badań okazuje. 

Jestem tylko, i może aż dietetykiem, który jedyne co może zrobić to obudzić z tego koszmaru potrawą, na której przepis składa się kilka poniższych składników:

Nie jesteś jej nic winna

Nie daj sobie wmówić pod żadnym pozorem że jesteś przyczyną niepowodzeń w czyimkolwiek życiu

Zasługujesz na wszystko co najlepsze

Przestań od niej odbierać telefony

Ogranicz do minimum jej kontakty z wnukami, dopóki nie zmądrzeje

Nie dawaj jej pod opiekę nawet kota

Nie reaguj na histerie ani próby szantażu

Ona nic ci nie może zrobić

Szczerze? Dość już narobiła

To twoja matka, nie ty, jest toksyczna

Poproś męża żeby powiedział jej żeby szła się pier…., ekhem, żeby dała wam święty spokój, zanim zdarzy się sytuacja przedstawiona na poniższym zdjęciu 

Jak to szło? A tak. „I opuści człowiek swojego ojca i matkę…”

I tego przepisu akurat jestem pewna bardziej niż tego, czy jutro wzejdzie słońce nad miastem w którym mieszkam. A z jakich względów? Głównie dla tego że spełnia on wszystkie kryteria na potrawy, które serwuje pacjentom. Chociaż trzeba na nie popatrzeć pod trochę innym kątem. 

Prawdziwy i ma ręce i nogi? A no prawdziwy i ma, jak każda (a przynajmniej zdecydowana większość) toksyczna matka, babcia, ciotka czy teściowa. 

Potrawa szybka w przygotowaniu i burząca wszystko co do tej pory wiedzieli o smaku w jedzeniu? „Ale jak to, mamunia?”. Wystarczy uwierzyć że ona.

Składniki łatwo dostępne? Owszem. Potwierdzi to każdy znający się na rzeczy psychoterapeuta. 

Co prawda garów nie jest dużo, ale jest kilka wiader błota które naniosła mamunia. Tutaj podobno sprawdzi się naturalna cecha błota jaką jest to że zasycha, i samo odpada. Potrzebny jest tylko czas, ale on i tak upłynie.

Idzie w tyłek czy w cyc .. no czy faktycznie będzie efekt ciało zadowalający? Nie biega się po sklepach z wywieszonym językiem? Nie zostawia się w tych sklepach kroci? Tak, chudnie się, i to dużo. Przewidywany spadek masy ciała równy jest masie ciała teściowej czy mamuni. Oszczędza się również, a może przede wszystkim, stresu – sobie. 

I tym optymistycznym akcentem zarówno kończę tekst, jak i serwuję przepis na potrawę, która z żywieniowego tym razem, punktu widzenia spełnia wszystkie kryteria super potrawy, stanowiąc również niezły punkt wyjścia dla osób, których jedyną do tej pory stycznością z gotowaniem było odgrzanie kupionej w sklepie, pozornie, egzotycznej potrawy. 

O. A tam przy okazji, w tym przepisie, też można poczytać o toksycznej relacji. Tyle że ze samym sobą.

Smacznego.

Dieta Minima