DM

Witarianizm

Czym jest witarianizm?

Witarianizmem nazywa się taki sposób odżywiania, którego idea polega na wykluczeniu z jadłospisu jakichkolwiek rzeczy przetwarzanych przemysłowo. W odniesieniu do poszczególnego produktu – logicznie konkludując z przytoczonej wcześniej definicji – zakłada on spożywanie przeważnie owoców lub warzyw. 

Obróbka kulinarna dozwolonych produktów zakłada taki sposób traktowania produktu spożywczego, aby zachować jak największą  ilość składników odżywczych których jest źródłem. 

Z największą ostrożnością traktuje się tutaj witaminy jako substancje, których największe straty notuje się podczas obróbki kulinarnej żywności. Nie wszystkich oczywiście.

Mówiąc bardziej zrozumiałym językiem – kiedy przy gotowaniu obiadu przekraczasz temperaturę 42 stopni Celsjusza zabijasz to, co w owocach i warzywach najcenniejsze i nie jest to już witariański posiłek.

Najbardziej radykalną odmianą witarianizmu jest frutarianizm, który zakłada spożywanie wyłącznie świeżych owoców. Żyłam tak przez jakiś czas i jest zabawnie.

Witarianie wierzą, i słusznie, że jedząc żywe rośliny – tzw. pokarm wysoko wibracyjny, dostarczają swojemu organizmowi owych wibracji, co przekłada się na ich ogólny dobrostan psycho – fizyczny, wydłużenie oczekiwanej linii życia, uzdrowienie z chorób, zwiększenie stanu świadomości i co jeszcze można do listy dopisać, aby podsumować cel jakim jest bardzo głęboka więź z życiem, a raczej … życie na procent ponad sto. 

(Jak wynika z badań, wibracji dostarcza nie tylko żywe pożywienie, ale również prawdziwe).

Za sztandarowy przykład który obrazuje ideę tego stylu życia, bo nie tylko o odżywianie w nim chodzi jest porównanie dwóch migdałów – prażonego i surowego. Kiedy obydwa wsadzimy do ziemi, zakiełkuje tylko surowy – dając nowe życie. 

I o to właśnie witarianom chodzi. O życie. Przy czym, z przykrością stwierdzam, że zatrzymali się w pół drogi. Ja natomiast poszłam dalej a kierunek tej drogi zarówno wskazuję jak ochoczo sugeruję szanowni czytelnicy właśnie wam : ).

I tak.

Czy każdy może, gdyby oczywiście chciał, lub powinien –  „iść raw”?

Moja odpowiedź na to pytanie jest nie tyle kontrowersyjna, ile złożona, a odpowiedź przyniesie, co podpowiada mi doświadczenie zawodowe, rozwiązanie zupełnie innego problemu. 

Przypuśćmy więc że. 

Hipotetyczny Pan Stefan, lat załóżmy 65. Jedzie tramwajem. Z zawodu – monter instalacji elektrycznych. Z wyglądu – żona o niego nie dba. Do tramwaju wypuściła smutnego, otyłego, ze źle przystrzyżonym wąsem i włosem na głowie, w wytartej kamizelce z milionem kieszeni, zmechaconym swetrze i przykrótkich spodniach spod których wystawały najbardziej aseksualne skarpetki jakie Moda miała okazję widzieć. 

Zjawisko prawdopodobne. 

Załóżmy więc dalej, że ten Pan Stefan, podczas okresowych badań wykonywanych przez jego zakład pracy, usłyszał od (jeszcze) rozentuzjazmowanego młodego lekarza następujące zdanie:

„Panie Stefanie, zasadne byłoby gdyby udał się Pan do Dietetyka w celu uzyskania wskazówek odnośnie działań zmierzających w kierunku optymalizacji Pana masy ciała oraz żywieniowo-zależnych wskaźników diagnostycznych, co co ciekawe, jest ze sobą ściśle skorelowane,  aby uniknąć w już bardzo niedalekiej przyszłości konieczności zażywania całej litanii normalizujących te wskaźniki leków. Tutaj ma Pan wizytówkę i numer. Podobno skuteczna jest”. 

Pan Stefan, siedząc w drodze powrotnej do domu taki smutny w tym tramwaju zamyśli się i dojdzie do wniosku – a co mi tam, raz kozie śmierć. Powróciwszy do domu, zakomunikuje przy obiedzie Żonie Halinie stan faktyczny, że jest tak i tak, i on zamierza do Dietetyka zadzwonić. 

Zjawisko prawdopodobne już trochę mniej.

Ale brnijmy w ten deseń dalej.

Żona Halina, lat 63, z wyglądu cztery rozmiary od przyzwoitej wersji siebie w prawo, zmęczona życiem jak fix, zupka instant fix, po usłyszeniu wieści, początkowo nie odezwie się. Przeżuwając pieczywo którym zwykli ze Stefanem zagryzać zupę, nie da po sobie poznać nic. 

A musiałaby przyznać że wypowiedź Stefana wywołała u niej, na poziomie emocjonalnym, po prostu szok. Chociażby z tego względu że Stefan po raz pierwszy od ponad dwudziestu lat konwersację przy stole rozpoczął sam. 

Przełknie ślinę, przełknie chleb, weźmie głęboki cichy wdech i odważnie, acz z nieukrywaną czułością w głosie zapyta „Stefanie, czyżbyś czuł się źle?”.

Stefan, jej mąż, odpowie „Jeszcze nie Halino. Jeszcze nie.”

Przez następne kilka dni w domu u Państwa Hipotetycznych atmosfera panować będzie niemalże odświętna. Chłodny katolicki entuzjazm będzie unosił się w powietrzu niczym duch. Czyżby zostały otwarte jakieś drzwi?.

Halina sama przed sobą przyzna się że również i ona zaczęła niemiłosiernie tyć. Do tej pory zrzucała to na karb upływającego czasu, równocześnie godząc się z nim. Zjawisko to było powszechne w jej otoczeniu i żadna z bliskich znajomych z Koła Księgowych nie wiedziała co z tym fantem zrobić. A, jak wynikało z rozmów prowadzonych na codwutygodniowych spotkaniach – diety i porady z gazet i internetu nie dawały trwałych skutków – nic a nic! 

Powróciwszy myślami do kwestii zdrowia Stefana i tego jak między nimi jest, przyznała również w głębi duszy że tęskni do czasów młodości kiedy to Stefan sam zaczynał rozmowy przy wspólnym posiłku, a poruszane wspólnie treści wypełniały jej serce i myśli na cały spędzony na praktycznych zajęciach dzień. Zdarzało się przecież że w dyskusji rozpoczętej przy obiedzie brnęli tak daleko i była ona tak gorąca że chodzili zbyt późno spać, gubiąc pomiędzy kołdrą a poduszkami nie tylko odzież nocną ale i meritum dyskutowanych spraw. Że lądując z obłoków na ziemię do wniosków dochodziła na drugi lub trzeci dzień. Ach.

Stefan natomiast, jako człowiek do tej pory twardo stąpający po ziemi i nie dający się walić po karku przeciwnościom losu, twardo stawiając im czoła, patrząc o poranku do lustra w łazience zada sobie pytanie „co to znaczy czuć się źle?”.

Kiedy emocje opadną na tyle, aby Stefan był pewien że przez telefon jego głos będzie brzmiał rozsądnie i merytorycznie, a przede wszystkim, że będzie umiał powtórzyć to co Pan Lekarz mu przekazał, poprosi Halinę o wizytówkę z numerem do Dietetyka, który podobno skuteczny jest, i zadzwoni.  

Podczas rozmowy okaże się że Dietetykiem jest młoda kobieta która cieszy się że Pan Stefan zdecydował się wziąć sprawy w swoje ręce i prosi o wyznaczenie dogodnego dla Pana Stefana i jego Małżonki Haliny terminu wizyty. Zaznaczyła z góry że będzie to wizyta domowa gdyż w jego, Pana Stefana przypadku – to wspólna z małżonką kwestia jest. Poprosi również, co Panią Halinę postawi tuż przy granicy jej strefy komfortu gdy przekaże jej prośbę Pan Stefan, aby NIE sprzątała w lodówce przed jej wizytą, oraz gdyby mogła prosić o dokładne notowanie wszystkiego co Pan Stefan wraz z Małżonką przez ostatni tydzień mieli w zwyczaju jeść. 

Ok. 

Cała osoba Pani Dietetyk wzbudziła w Małżonkach  kilkukrotnie „lekką” konsternację. Za niektórymi żarcikami niełatwo było nadążyć gdyż mówiła szybko, ale lojalnie uprzedziła na początku wizyty że roboty jest od groma i trzeba się do niej zabierać już, a do przekazania informacji ma sporo. Po kurtuazyjnej wymianie zdań wprosiła się do kuchni, przejrzała lodówkę, przejrzała szafki, wypytywała co i jak, czasem zbaczając z tematu żywności, jednakże skrupulatnie notując odpowiedzi. Herbat miętowych podczas wizyty wypiła trzy a wychodząc tak się spieszyła że nie zamknęła za sobą drzwi. 

Otrzymana niedługi czas później drogą poczty tradycyjnej Instrukcja od Pani Dietetyk już w pierwszym zdaniu wzbudziła w obojgu lekki popłoch, gdyż dalsza lektura Zaleceń miała odbywać się, zgodnie ze słowami przekazanymi na papierze, w odświętnej atmosferze, czyli eleganckiemu popołudniu przy wspólnej herbacie.

Pod względem praktycznym Zalecenia Żywieniowe odbiegały od wszystkiego co Pani Halina i Pan Stefan wiedzieli do tej pory o jedzeniu oraz mieli w zwyczaju w tej materii praktykować, jednakże entuzjazm i pewność jakiej nie potrafiła ukryć Pani Dietetyk podczas wizyty, a który tchnął również z przekazanych przez nią na papierze słów, rozwiał jeśli nie wszystkie, to przynajmniej dużą część ich obaw. 

Stąd też, już na drugi dzień po zapoznaniu się z Zaleceniami Żywieniowymi, Państwo Hipotetyczni zabrali się do pracy. Zgodnie z prośbą Pani Dietetyk, po obiedzie przebrali się w stroje które najlepiej można opisać jako „wyjściowo – wypoczynkowe” i wspólnie udali się w poszukiwaniu zaleconych do spożywania produktów spożywczych. 

Część z nich obiła się Pani Halince o uszy, jednakże przywiązanie do rodzinnych tradycji kuchennych, jak i chęć zadowalania Stefana jego ulubionymi potrawami nie skłoniły jej nigdy do zakupu owych ani, co logiczne, do wprowadzenia ich do codziennego jadłospisu. 

Dla Stefana, po zapoznaniu się z listą zakupów jasne stało się dlaczego ma towarzyszyć z pomocą małżonce w zakupach – takiej ilości warzyw i owoców nie widział by targała w siatach do domu nawet przed świętami!

Po powrocie do domu udali się obydwoje do swoich zwyczajowych zajęć – Pani Halinka zajęła się organizacją kuchennej części domowego ogniska zgodnie z instrukcjami, Pan Stefan natomiast oddalił się. 

Pierwsze dni i posiłki były … podmuchem ciepłego wiatru który roztapia lody w letni dzień. 

Pan Stefan i Halina zostali uprzedzeni o możliwych reakcjach fizjologicznych organizmu które powstaną w odpowiedzi na zmieniony rodzaj spożywanych pokarmów, a pojawiły się wszystkie. Ich natężenie na szczęście nie było na tyle silne by trzeba było modyfikować jadłospis, konsekwentnie więc trzymali go się, i zgodnie ze słowami zawartymi w zaleceniach – ustąpiły. 

Po dziesięciu dniach Państwo Hipotetyczni zanotowali znaczący wzrost energii. Pani Halina bez problemu ściągnęła obrączkę, Pan Stefan słyszał porannych trzasków w stawach tak jakby troszkę mniej. 

Po czterech tygodniach obwody w pasie u obojga z małżonków zmniejszyły się na tyle, że Pan Stefan spokojnie dopinał swoje robocze spodnie. W tym miejscu również niechętnie, acz przyznał sam przed sobą że po wielokroć musiał sprawić przykrość swojej małżonce burcząc na nią kiedy ta proponowała aby zmienił zmechacony sweter na coś bardziej, nawet nie tyle eleganckiego, co przyzwoitego, a on odmawiał jej w dość „chłodny sposób” czyli przyjmując nastroszoną postawę, chrząkając i odwracając się od niej ze słowami „Nie Halina. Nie.”. A przyczyna jego zachowania była taka że w ubraniach o które dbała żona piorąc, prasując i układając je w szafie, ze względu na swoją coraz większą masę ciała czuł się po prostu źle. 

Pani Halinka natomiast, dopięła do połowy zamek w sukience z chrzcin swojej wnuczki sprzed trzech lat. Ucieszyło bardzo ją to, gdyż trzymając subtelny materiał w rękach stwierdziła że nie ma co tak pięknej sukienki trzymać w szafie na specjalne okazje, zwłaszcza że zastanawiała się nad zakupem przez dwa miesiące, a sam zakup uszczuplił budżet na nieprzewidziane wydatki, co zakomunikowała odważnie Stefanowi nie czekając na jego ani zgodę, ani nawet odpowiedź. „Raz się żyje Halinko, jak się w sukienkę dopniesz będziesz w niej chodzić na codzień. Raz się żyje, a co!” zabrzmiała w jej głowie  pod koniec czwartego tygodnia wprowadzania nowych nawyków żywieniowych optymistyczna myśl. 

(Wtedy, gdy Pani Halinka argumentowała Panu Stefanowi zakup sukienki, ten zobaczył w jej oczach błysk który poniekąd przypominał  mu czasy gdy wracał do domu a ona patrzyła na niego z podobną pasją w oczach. Coś w głębi jego duszy drgnęło wtedy, ale nie był w stanie konkretnie określić co, więc gdy żona skończyła monolog złożony z rozsądnych i logicznie ułożonych słów i odwróciwszy się wyszła z pokoju, mruknął tylko pod nosem „a kup se”).

Po dwóch miesiącach tej energii z diety w obydwojgu było tyle, że szczerze – nie wiedzieli gdzie ją podziać. Zwłaszcza Pan Stefan, gdyż Pani Halinka w naturalny sposób ukierunkowała ją na coraz sprawniejsze poruszanie się po kuchni, szybsze obieranie warzyw i ładniejsze układanie rzeczy w lodówce i szafkach. 

Aż pewnego dnia, w poobiedniej porze … 

„Pomóc ci Halinko?” zabrzmiało za jej plecami, gdy już miała zanurzyć dłonie w wypełniony naczyniami i pianą zlew. 

Chwila była potrzebna jej na odpowiedź.

„Tak Stefan, proszę, tak” to jedyne na co była w stanie się zdobyć używając słów, więc odsunęła się od sterty naczyń robiąc małżonkowi miejsce. 

Stefan początkowo nie wiedział co i jak, gdyż traktował kuchenny zlew jak sanktuarium gdzie jego szanowna Małżonka dokonywała codziennie cudów w zakresie uzdrawiania naczyń z brudu i resztek obiadu. Nie żeby tych resztek było dużo, gdyż Halinka gotowała świetnie i on nie miał powodów do wybrzydzania, ale zawsze przykleił się kawałek ziemniaka, makaronu czy coś. 

Nie chcąc jednak wyjść przed Małżonką na nieporadnego i nieprzydatnego melepetę przeliczył w głowie że naczynia są już namoczone, namierzył wzrokiem gąbkę i chwycił ją w ręce. Powoli i nieśmiało, obawiając się że dotykiem naczynia o naczynie wzbudzi dźwięk który zaburzy misterium chwili (do którego odczuwania odważnie sam przed sobą się przyznał), zanurzył w zlewozmywaku dłonie, chwycił pierwszy talerz i zaczął myć. 

Pani Halinka, otrząsnąwszy się z szoku, postanowiła znaleźć swoje miejsce obok Męża ze ściereczką w dłoni by wycierać talerze które Pan Stefan odkładał na ociekacz i układać je w zgrabny stosik aby łatwiej było ułożyć je w szafkach zachowując właściwy im porządek  i dbając o zachowanie należnych im miejsc. 

„Dziękuję Stefanie” po skończonej pracy usłyszał od Małżonki Mąż, w odpowiedzi na co uśmiechnął się, spuścił wzrok, chrząknął z satysfakcją, wciągnął swój coraz zgrabniejszy już brzuch, wypiął pierś, poprawił ułożenie koszuli w spodniach, spojrzał w sufit i stwierdził tonem nie znoszącym sprzeciwu „Tak, to ja już pójdę, tam”. I udał się tam. 

Na drugi dzień sytuacja w kuchni powtórzyła się. Tym razem Pan Stefan bez słowa podszedł do zlewu, zanim Małżonka zdążyła wszystkie poobiednie naczynia do niego powkładać, przyjął pozycję wyrażającą gotowość do pracy, a kiedy ta wsadziła bez słowa ostatni widelec do zlewozmywaka, jego postawa przyjęła pozycję „start”.  Małżonka Halinka zgodnie chwyciła ściereczkę w dłonie i zaczęła wycierać. 

Trzeciego dnia o poranku Pani Halinka postanowiła zaryzykować. Zamiast przyszykowanego wcześniej stroju do pracy otworzyła szafę, wyciągnęła z niej sukienkę, tą z chrzcin, nałożyła ją na siebie, wyprostowała się, wzięła głęboki wdech i … zip. Sukienka bez problemu dopięła się. Odważnie spojrzała do lustra, z satysfakcją zakręciła bioderkiem i powiedziała w myślach „Podobam sobie się!”.

Pan Stefan tymczasem w łazience przystrzygał równo wąs. 

Co działo się tegp dnia przy zlewie – niech czytelnik dośpiewa sobie sam. Ja nie mogę. Obliguje mnie do tego zarówno konieczność zachowania tajemnicy zawodowej jak i to że Pan Stefan i pani Halina zgodzili się na publikację tej historii tylko i wyłącznie pod warunkiem że zakończę w miejscu właśnie tym. A i tak musiałam im placki z batatów za tą zgodę przez tydzień piec!

Na szczęście dla nas wszystkich Małżonkowie zgodzili się na publikację dalszej części tej historii oraz szczęśliwego jej zakończenia, co jednak kosztowało mnie buraczano – marchewkowy tort. 

Napisać więc mogę że czwartego dnia obiad troszkę opóźniony był, ze względu na konieczność oddania sukienki do krawcowej w celu reparacji zamka który, tak jakby, troszkę rozpruł się. I to nie bynajmniej z powodu przecenienia przez Panią Halinę kompetencji zawodowych Pani Dietetyk względem oszacowania czasu koniecznego do zmieszczenia się w sukienkę.

Anyway.

Pod koniec czwartego miesiąca nabierania kompetencji we wprowadzaniu nowych zaleceń żywieniowych Pan Stefan mył już gary tak, że satysfakcja Pani Haliny i jej wdzięczność z pomocy małżonka przy kuchennych obowiązkach słyszana była w bloku dwa piętra w dół. 

Gdzieś w połowie szóstego miesiąca Pan Stefan zaczął pomagać Małżonce przy ścieraniu kurzy z półek, za co wdzięczna Stefanowi Halina była już na bloku pół. Kiedy w ósmym miesiącu Stefan wyjął z rąk Haliny rurę od odkurzacza, to, jak była mu ona za to wdzięczna, słyszał już cały blok. 

Mniej więcej po roku od zmiany nawyków żywieniowych Pan Stefan doszedł do wniosku że o sprzątaniu w domu wie już wszystko i pora zarobić na nowy odkurzacz (oraz sukienkę dla Małżonki). Zaczął więc brać dodatkowe zlecenia. Po miesiącu zarobił na odkurzacz, dwie sukienki, garsonkę oraz wycieczkę. Gdyż bardzo rzetelny w  instalacjach elektrycznych był. 

Pani Halina w tym czasie zaproponowała w Kole Księgowych aby spotkania odbywały się co tydzień, przy czym te dodatkowe spotkania chciała poświęcić na medytacje oraz modlitwy dziękczynne – gdyż przeczytała że wspólne medytacje i modlitwy, zwłaszcza dziękczynne, redukują oksydacyjny stres, co spowalnia proces starzenia, dość powszechny problem wśród bliskich jej sercu Pań. 

Na dodatkowe zlecenia Pana Stefana okazało się się być tak duże zapotrzebowanie, że stać go w niedługim czasie było już również na nowy komplet tekstylny do biegania dla swojej Pani, gdyż Pani Halina zaczęła uprawiać popołudniami lekki trucht. On sam powrócił do zarzuconej (sam nie wiedział czemu) po ślubie czynności jaką było pływanie i wykupił karnet na basen oraz rewitalizujące masaże. Dla obydwojga. W dość ekskluzywnym spa. 

Spotkania medytacyjno-dziękczynno-modlitewne okazały się być na tyle redukującymi stres że Pani Halina (i dwie koleżanki z Koła Księgowych) poprawiły swoją wydajność w pracy tak, by zauważył to szef, co poskutkowało nie tyle nawet podwyżką, co awansem. W końcu ktoś docenił je. One, lecąc na fali pozytywnego zainteresowania, postanowiły założyć blog o nowoczesnych metodach racjonalizacji i optymalizacji budżetów małych firm. 

I w tym miejscu pozwolę sobie oznajmić tej historii happy end. Udzielę również tutaj odpowiedzi na zadane kilkaset zdań powyżej pytanie, którego treść mogła się zagubić podczas lektury obszernego tekstu.

Czy każdy może „iść raw”?

Uważam że nie. 

Uważam że każdy powinien iść half-cooked and half – raw. I taką drogę też zalecam pacjentom. 

Dlaczego? 

Gdyż życie ciała  i ewolucja gatunku to korzenie Drzewa Życia. 

Ewolucja gatunku ludzkiego w postaci ujarzmienia ognia sprawiła, że zamiast siedzieć pod drzewem  z którego zeszliśmy* i żuć liście czy co tam udało nam się wygrzebać z błota, zaczęliśmy podgrzewać znalezione artefakty spożywcze i metodą prób i błędów sięgać z większą częstotliwością po te, które nie pozbawiały życia co odważniejszych osobników, dziesiątkując tym samym tworzących się stad.

Mniej więcej w tym rytmie

To, jak również cały szereg złożonych mechanizmów umożliwiło rozwój puszki mózgowej gatunku przeznaczonego do bycia ludzkim na tyle, by zaczęły się tworzyć bardzie złożone relacje w stadzie, które ciągiem przyczynowo – skutkowym (a i zapewne również na pewnym poziomie metodą prób i błędów) doprowadziły do tego że Pan Stefan Pani Halinie po ponad dwudziestu latach milczenia, podczas wspólnej wycieczki, wyznał z serca szczerze „kocham cię”. A przyznacie chyba że to wzruszające jest, nie? To ma mój certyfikat „Pure Love”.

I z tego właśnie powodu half-cooked

Życie ciała natomiast i jego kondycja oraz dobrostan zależą od dostarczenia mu witamin, minerałów i enzymów i innych biochemicznych nazwijmy to – bzdur, co konieczne jest w hurtowej i konsekwentnej ilości, zwłaszcza jeśli ciało to pozbawione było dostępu do nich przez jakiś czas, lub też narażone jest na czynniki warunkujące konieczność zwiększonej niż oficjalne normy zakładają, podaży. A czynnikiem takim jest chociażby wszechobecny stres.

A to jest argument za half-raw. 

Tak więc, by wyciągnąć jakiś morał z tej bajki, którą napisało samo życie, pozwolę sobie zadać pytanie wam, przeznaczone dla wnikliwych kontestatorów powyższych słów. 

I choć potrzebne są do szczęścia dwa, to którym migdałem wybierasz być ty? 

Enjoy your choice.

Wasza Dieta Minima

A, i jeszcze przepis!

Spotkajmy się w pół drogi

*Chciałabym uniknąć w tym miejscu dywagacji zmierzającej ku dyskusji „ewolicjonizm vs kreacjonizm”, zważywszy zwłaszcza na moje poglądy w temacie. To jak było na prawdę wie tylko Bóg, czy tam Absolut czy Wszechświat  czy tam Kwant.