DM

O obrotach sfer gastrycznych

Uznawana do tej pory w astronomii za jedyną słuszną, teoria heliocentryczna powoli ulega dezaktualizacji. Zaproponowana przez Mikołaja Kopernika, a potwierdzona ostatecznie w XVIII wieku przez Roberta Hooke’a odchodzi w dal, a w jej miejsce uznanie środowisk naukowych, przynajmniej tych zajmujących się dietetyką, zaczyna zdobywać teoria, w myśl której w centrum naszego układu planetarnego znajduje się nie jak dotąd uważano Słońce, a planeta brzuch

Nie da się ukryć, że zarówno z fizjologicznego, jak i anatomicznego punktu widzenia, jest to planeta dość istotna. Na tyle istotna, że wszelkie oficjalne zalecenia żywieniowe postulują spożywanie regularnej ilości posiłków w odstępach 3-4 godzinnych („dostawa ciepłych panierowanych kurczaków za 30 minut u twoich drzwi”), aby zapełnić ją. Stąd, w społecznej świadomości utrwalił się mit, że trzeba non stop jeść, czego skutkiem świadoma kontrola uczucia głodu i poczucia sytości nie tyle że odeszła w kąt, co poszła sio! Znaczący odsetek obywateli naszego kraju zmagazynowany ma więc pokaźny kapitał w postaci orbity około planetarnej, na wypadek gdyby przez jakiś czas nie było co jeść. Oraz, co należy podkreślić, kapitał ten ma tendencje rozszerzające się.

Czyli wszystko się zgadza – wszechświat podobno stale się rozszerza, rozszerzam się więc i ja. 

Tyle że, im pokaźniejszych rozmiarów orbita, tym bardziej utrudniony jej ruch. Skutkuje to tym, pozostając w międzygwiezdnych analogiach, że do sąsiedniej galaktyki jest o wiele dalej. I o ile nie wszyscy obierają za cel swojego życia odbywanie międzygwiezdnych podróży, tak jeśli za sąsiednią galaktykę przyjąć leżącego daleko od nas pilota od telewizora, po którego sięgnięcie utrudnia nam naszej planety orbita – analogia oraz między gwiezdne podróże zaczynają logiczniej brzmieć. 

Astronomowie dietetyki, w kwestii przewidywania rozmiarów jakie może osiągnąć orbita planety stosują teorię bezwzględności, w myśl której bezwzględnie wiadome jest, że rozmiar ten zależy od stosunku ilości przyjmowanego pożywienia do ilości wydatkowanej na ruch energii. Zmienną stosowaną w obliczeniach probabilistycznych jest czas. 

Jak do tej pory nie wymyślono lepszego nic. Przykro mi. 

Aby bliżej zbadać stan rzeczy, zaczęto rozkładać na czynniki pierwsze zmienne na które planeta ma wpływ. W toku badań okazało się, że to ile planeta brzuch przyjmuje w siebie pożywienia, zależne jest w bardzo dużym stopniu od nasilenia wyładowań elektromagnetycznych, których źródłem jest jądro każdej planety, potocznie zwane mózg. 

W celu wypracowania jednolitej terminologii nadano tym wyładowaniom elektromagnetycznym o pochodzeniu mózgowym wspólną nazwę – myśl. 

Myśli te mogą posiadać ładunek negatywny lub pozytywny. Jak to prąd. Plus i minus. Tak działa wszechświat i w tej kwestii również nie wynaleziono nic innego. 

Wśród najczęściej wymienianych, a kontrybuujących do niekontrolowanego i nadmiernego w skutkach spożywania pokarmu, myśli o ładunku negatywnym wymienia się niską samoocenę, poczucie bezradności życiowej, nadmierną potrzebę osiągnięć, oraz przekonanie o tym że jedzenie złagodzi przykre stany emocjonalne i wypełni pustkę samotności. 

Paradoksalnie jednakże, powiększona w ten sposób orbita około – planetarna nie niweluje skutków myślowych wyładowań elektromagnetycznych, a powiększa je. Odpowiedzialny za to jest mechanizm, który w kręgach specjalistów zajmujących się tematem potocznie zwany jest, nomen omen, „zaklętym kołem”. Zwiększa on prawdopodobieństwo wpadnięcia w kosmiczną pułapkę czarnej dziury, zwaną również depresją. Strach się bać, nie? Zwłaszcza że jednym z objawów towarzyszących temu astronomicznemu potworowi, jest lęk. 

A co w sytuacji, jeśli pacjent z innych powodów, niż hipotetyczna konieczność zmniejszenia kalorycznej zawartości spożywanych przez niego posiłków, czuje lęk? Co jeśli trafia do niego pacjent z ciężką depresją, dla którego zarówno częstotliwość, jak i łatwodostępność, jak i smaczność posiłku równoznaczna jest z ratującym życie poczuciem sensu by dalej żyć?

I o ile w gestii astro – dietetyka nie leży administracja leków antydepresyjnych, tudzież anksjolitycznych, gdyż te wydaje się z polecenia lekarza dyżurnego psychiatry który obsługuje międzygalaktyczny pacjenta lot, tak do dietetyka należy zaproponowanie takiej trajektorii żywieniowego lotu, która nie przyczyni się do powstania takiej konieczności, a optymalnie – zniweluje ją. Tak jak i orbitę około planetarną. 

Jednakże, zalecenia postulujące ograniczenie ilości spożywanych kalorii (ang. caloric restriction, CR), które to stanowią podstawę wszelkich działań terapeutycznych ukierunkowanych na zmniejszenie nadmiernej masy ciała, wzbudzają w pacjentach u których konieczne jest zastosowanie takiej terapii lęk, strach, co w konsekwencji sprawia, że stopień realizacji owych zaleceń zaczyna spadać po miesiącu, i z biegiem czasu ulega „rozmyciu” w postaci powrotu do starego trybu odżywiania się jeszcze bardziej. Pojawia się więc wspomniana wcześniej zmienna – czas.  

Ta zmienna właśnie może, a dokładniej kosmiczna (z punktu widzenia zwolenników oficjalnych zaleceń żywieniowych) żonglerka nią, udzielić odpowiedzi na pytanie, które brzmi „jak wprowadzić deficyt kaloryczny bez wywoływania poczucia strachu czy też krzywdy u pacjenta, zwłaszcza z depresją”. I czy to możliwe w ogóle jest.  

Świat nauki ma to do siebie że dopóki czegoś nie zaobserwuje „do spodu” i w wyniku wielu powtórzeń jednej, często prowadzonej w zmiennych warunkach, obserwacji – nie klepnie w papierach „tak”. Pomimo tego, przychylnie badacze z zakresu nauk o żywieniu patrzą na rozwiązanie jakim jest, postulowany od czasów kiedy nie istniała jeszcze de-facto metodologia, post. A raczej, żeby wprowadzić terminologię stosowaną przez ów świat – całkowite zaniechanie kaloryczne (ang. total caloric desistance, TCD). 

TCD, w odróżnieniu od CR, eliminuje uczucie ciągłego głodu z jakim to muszą borykać się pacjenci postawieni przed koniecznością podjęcia działań naprawczych w kwestii nawyków żywieniowych, przez co trzymanie się ograniczonego, w dotychczasowej ich świadomości, protokołu żywieniowego, wydaje się być znośniejsze. Ergo – eliminuje lęk. 

Podsumowując.

TCD można realizować na kilka sposobów. Do najpopularniejszych z nich należą poszczenie naprzemienne (ang. alternate-day fasting, ADF) oraz, coraz modniejszy ostatnio, tzw. post przerywany (ang. intermittent fasting, IF). Wszystkie skategoryzowane do tej pory metody wprowadzania postu w codzienną praktykę żywieniową zestawiłam w poniższej tabeli. 

Pomimo wielu niejasności odnośnie mechanizmów działania tych sposobów przyjmowania posiłków, z dostępnych opracowań wynika, że korzyści terapeutyczne odnosi się w wielu obszarach. 

W kontekście protokołów żywieniowych ukierunkowanych na zmniejszenie masy ciała, tryb ADF wykazał się znacząco wyższą skutecznością niż plany zakładające ograniczenie spożywania kalorii w sposób tradycyjny. 

Odnośnie parametrów diagnostycznych wykorzystywanych przy monitorowaniu cukrzycy typu 2, chorób układu krążenia oraz nowotworowych, nieścisłości metodologiczne nie pozwalają wnioskować jednoznacznie odnośnie korzyści wynikających z zastosowania takiego trybu odżywiania się. Naukowcy jednak wychodzą z założenia że one istnieją, z tego chociażby względu, że nawet konieczne do wykonania badań diagnostycznych „bycie na czczo” wykazuje znaczny spadek w poziomach markerów biologicznych łączonych z ryzykiem wystąpienia chorób przewlekłych (glukoza, insulina, itp). 

Ale również podnoszona jest jeszcze kwestia neuroprotekcyjnego wpływu czasowych ograniczeń kalorycznych. Przejawia się ona w postaci zwiększonej produkcji neurotropowego czynnika pochodzenia mózgowego (ang. brain – derived neurotrophic factor, BDNF), który poprzez sprzyjanie synaptogenezie, różnicowaniu i przeżyciu neuronów, oraz wspieraniu ich plastyczności oddziałuje korzystnie na zachowania związane z nauką i zapamiętywaniem, poruszaniem się, odpornością na stres oraz nastrojem.  

Obniżony poziom tego czynnika obserwowany jest u pacjentów borykających się ze schorzeniami psychiatrycznymi, wśród których wymienić można schizofrenię, depresję, chorobę afektywną dwubiegunową, zaburzenia odżywiania, zespół stresu pourazowego, chorobę Huntington’a, Alzheimer’a, autyzm oraz u osób borykających się z uzależnieniem od substancji psychoaktywnych. 

Zaraz zaraz….

Czyżby to system naczyń połączonych jakoś był?

Ponieważ, wśród osób cierpiących „chociażby” na schizofrenię i przewlekłą depresję zwiększona jest prewalencja insulinooporności, w porównaniu z populacją ogólną, a wśród osób cierpiących na chorobę afektywną dwubiegunową znacząco wyższy odsetek jest z nadwagą i otyłością niż w populacji generalnej……

… a gruntowny przegląd dostępnych danych, oceniających zakres wpływu okresowo stosowanych restrykcji kalorycznych na biologiczne mechanizmy regulujące aktywność mózgu, ze szczególnym uwzględnieniem rejonów odpowiedzialnych za nastrój, wskazuje na korzyści płynące z takiego sposobu przyjmowania pokarmów ……

Szczerze? Sytuacja jest paradoksalna. Osadzając zagadnienie w aspekcie populacyjnym, na TCD stosowane czy to w protokole IF czy ADF jest zarówno za wcześnie jak i za późno zarazem. 

Za wcześnie – gdyż za mało mamy danych żeby stworzyć chociażby jakieś kompleksowe zestawienie wytycznych dla specjalistów praktyków tego podejścia terapeutycznego, zawierające chociażby wykładniki poszczególnych zmiennych biochemicznych które, oraz w jakim zakresie,  będą ulegac zmianie. Odnosi się to zarówno do markerów obrazujących stan fizjologiczny, jak i psychiczny pacjentów, w omawianym kontekście. 

Za późno, gdyż wskaźniki epidemiologiczne schorzeń i „tarapatów” zdrowotnych, które może ten sposób odżywiania wyregulować są na alarmującym poziomie. 

I ciężko mi stwierdzić w co powinni specjaliści od żywienia wsadzać ręce najpierw. Czy powinni zacisnąć je na gardłach decydentów od ustalania wydatków na służbę zdrowia by ta, w końcu zaczęła refundować poradnictwo dietetyczne umożliwiające regularny kontakt z dietetykiem na przyzwoitym poziomie? Czy może powinni oni wsadzić owe ręce do własnych kieszeni w poszukiwaniu środków finansowych na zdobycie kwalifikacji w zakresie psychoterapii, aby jak najbardziej kompleksową opieką pacjenta objąć, zwiększając tym samym prawdopodobieństwo odniesienia przez niego sukcesu, rozumianego jako trwałą zmianę nawyków żywieniowych. Czy też może powinni oni uścisnąć dłonie specjalistów od grzebania w psyche, w celu tworzenia kompleksowo opracowanych, zarówno indywidualnych jak i grupowych interwencji terapeutycznych? Ot tak, z przyziemnej nawet przyczyny, żeby pacjent nie musiał latać tu i tam. 

Nie wiem. Za dużo zmiennych. A i na to wszystko potrzebny jest czas. Wierzę jednakże w każdego, kto podejmuje się tej drogi, zarówno zmierzającej ku normalizacji masy ciała, jak i normalizacji psyche, self.

Zdaję sobie doskonale sprawę, że choć trudna i wymagająca jest to droga, to warta przebycia jest. Pociąga on za sobą zmiany na wielu obszarach też.

Jakich? Każdy podczas wnikliwej i uważnej obserwacji decyduje sam, a zmiany objawia czas. Ale doświadczenie, zarówno zawodowe jak i osobiste pozwala mi napisać, że zmiany te dotyczą głównie jakości naszych relacji, które najczęściej stanowią przyczynę nadmiernych rozmiarów naszej około planetarnej orbity.

Dotyczą również zmian w zakresie naszych umiejętności kulinarnych. Nie da się zaprzeczyć, że dla osób początkujących w zmaganiach z technologią gastronomiczną, ograniczenie ilości spożywanych posiłków na rzecz zwiększenia ich jakości zwiększa prawdopodobieństwo osiągnięcia sukcesu. A sukces to szczęście, nie? Nawet, a może zwłaszcza, jeśli dotyczy kwestii tego co aktualnie trawi, lub będzie za jakiś czas trawił twój brzuch.

I w jednym i w drugim można, a nawet potrzeba odnieść sukces. Chociaż, potrzebna jest silna wola i czas. 

Kojarzycie tzw. test pianki „marshmallow” ?

W olbrzymim i upraszczającym skrócie, chodziło o to żeby zbadać, jak umiejętność samokontroli przejawiająca się w odłożeniu w czasie przyjemności z jedzenia pianki przełoży się na jakość życia, mierzoną kilkanaście lat później.

Okazało się, że dzieci które cierpliwie czekały ze zjedzeniem pianki, przez wyznaczony przez badaczy czas, nie dość że dostały drugą piankę, to kilkanaście lat później lepiej radziły sobie ze stresem, miały lepsze oceny w szkole, i mniej uwag w dzienniku.

Ergo, dla mnie TCD to taki ciągły test. A nawet więcej. Jest to ciągła rywalizacja ze samym sobą, również na poziomie głębokich rozważań egzystencjalnych. 

„Czy ja na prawdę muszę to jeść?”

„Co mi to da?”

„Czy jestem głodny?” 

„Czy jestem głodna?”

„Zjeść byle co, czy nie byle co?”

„Ile czasu do następnego posiłku?”

„Czas” 

„Czym jest czas?”

„Czy czas w ogóle jest?”

Wasza cierpliwie czekająca na swój posiłek

Dieta Minima

 p.s. a na deser, piankę marshmallow zjem. Bo IF sama w praktyce stosuję i wiem, że niektóre grzeszne przyjemności wybacza.

D.M