DM

Nowy Hormon Szczęścia

Skuteczność pracy dietetyka mierzy się w ilości trwale zgubionych przez jego pacjentów kilogramów. Ale czy aby napewno tylko to jest miarą jego skuteczności?

Biorąc pod uwagę narzędzie pracy dietetyka, jakim jest jedzenie, można się pokusić o analogię że działa on trochę jak neurochirurg, jednakże nie wykonuje on operacji na otwartym mózgu, a na otwartym … szczęściu. Chyba każdy zna powiedzenie, że wynalezienie nowej potrawy bardziej przyczynia się do szczęścia ludzkości niż odkrycie nowej gwiazdy. Niby wyświechtany górnolotny truizm, ale jedzenie zawsze było synonimem szczęścia, będzie nim i po prostu nim jest. 

Jedzenie.

Od zarania dziejów uczucie pełnego żołądka stanowiło synonim szczęścia. Pełny żołądek mówił sam przez siebie, kiedy nie istniało jeszcze narzędzie, jakim jest werbalna komunikacja interpersonalna, ani tym bardziej nie były znane mechanizmy prowadzące do odczuwania tego błogiego stanu. Uczucie szczęścia po prostu było. Było spokojem, jaki ogarniał stado ludzi pierwotnych po wspólnym spożyciu upolowanego bawoła, czy co tam serwowane było z ogniska. Atmosfera „zrelaksowanego poposiłkowego pokotu” była wtedy materialnym urzeczywistnieniem uczucia szczęścia. 

I choć nie jest do końca prawdą że najpierw jedliśmy pieczone bawoły wraz z ich wnętrznościami,  jakie to przekonanie stanowi podstawę funkcjonowania pewnych dietetyki nurtów, to kwestię tą pozwalam sobie odłożyć na później. 

Idąc dalej tokiem ewolucji, niewiele się w materii szczęścia zmieniło. Dążenie do spokoju, będącego synonimem szczęścia, który ogarnia towarzystwo po niedzielnym posiłku – to nasz narodowy sport. 

Ah. Szczęście. W ujęciu metafizycznym – wolność, niebieski ptak. Jak Polska długa i szeroka – poszukiwaczy szczęścia w talerzu wszędzie pełno jest. A raczej tych, którzy w poczuciu tego, czym szczęście jest (lub nie) – pogubili się. W jego poszukiwaniach ja sama, co przyznaje szczerze – zbłądziłam nie raz. (ale byłam blisko)

Czy można nas za poszukiwanie szczęścia winić? Płynący z naszych naszych serc nakaz „szukaj szczęścia”, który poziomem dźwięku przypomina ledwie słyszalny szept – my odbieramy na poziomie biologicznym z poziomu trzewi za pomocą hormonów i interpretujemy ten rozkaz jako „jedz”. Mózg przetwarza informację serca w żołnierskich słowach – dostarcz bodziec który sprawdzony jest. Po prostu coś zjedz. 

I my ten nakaz wykonujemy bezbłędnie. Nie dziwię nam się. Jako naród zawsze byliśmy waleczni oraz wojowniczo nastawieni w kierunku najeźdźców, nie dając się im położyć na kolana. Choć próbowało wielu, na wiele sposobów, przez wiele lat. Stąd też – posłuszeństwo wobec rozkazów generała – mamy we krwi. Tyle że, w obliczu względnego spokoju na arenie politycznej, nasza słowiańska, waleczna krew najwidoczniej nie ma gdzie „wybuzować się”. Dlatego wracamy do sprawdzonego już, gdyż pierwotnego i towarzyszącego człowiekowi od zarania ludzkości w założeniu wroga, jakim jest głód. 

I walka z nim idzie nam świetnie – wskaźniki epidemiologiczne dotyczące chorób metabolicznych które są bezpośrednią przyczyną niewłaściwych nawyków żywieniowych fiksują ciągle w górę – nadwaga, otyłość, nowotwory jelita grubego, cukrzyca, nadciśnienie, hipercholesterolemia – brawo Polacy! Oraz, co uważam za nasz największy narodowy sukces – werbujemy do podkręcania statystyk coraz młodsze pokolenia wojowników i wojowniczek. Go my!

Jakby na to nie patrzeć – sens w tym wszystkim jest. Głodny, nie chodzi nikt. A że jest trochę więcej go? Dopóki lekarz nie karze, to nie trzeba do dietetyka iść. Przecież dobrobyt oznacza szczęście, czyż nie?

Tak, ale nie do końca o to w szczęściu chodzi.

Rozpatrując szczęście w ujęciu biologicznym, za jego odczuwanie odpowiedzialne jest kilka substancji z grupy hormonów. Słysząc „hormon szczęścia” większości z nas na myśl przychodzi serotonina. I owszem, z neurochemicznego punktu widzenia jest to skojarzenie słuszne, acz niekompletne, gdyż poczucie szczęścia w tym ujęciu, to przede wszystkim bodziec, choć oczywiście bez podaży odpowiedniej ilości substratów synteza serotoniny nie zajdzie. 

Czyli – to jedzenie nie jest takie głupie pani dietetyk, jako sposób na osiągnięcie szczęścia, żeby móc odczuwać szczęście, trzeba przecież coś zjeść. Równowaga musi być! 

Ta równowaga do której więc dążymy, poprzez proces jedzenia, fachowo określana jest jako homeostaza ustroju. Jest to stan, w którym wszystkie warunki wewnętrzne niezbędne do jego prawidłowego funkcjonowania są spełnione. Ustrój taki, czyli organizm, czyli ciało (a co za tym idzie i umysł) jest wtedy zdolne do sprawnego, ukierunkowanego na szczęście, funkcjonowania w zewnętrznym świecie. I dopiero wtedy. Poprzez sprawne ukierunkowane na szczęście funkcjonowanie natomiast, rozumie się … jest wiele definicji. 

Na użytek spójności z poniższym tekstem przyjmę opracowaną przez (głównie) Martina Seligmana koncepcję dobrostanu psychicznego, w myśl której rozwój i pełnia życia to konstrukt składający się z pięciu niezależnych, acz wzajemnie przenikających się elementów – „życie przyjemne”, „życie zaangażowane”, „życie dla idei”, „życie jako dążenie do osiągnięć”, „życie z innymi”. 

Wyobraźcie sobie spełnienie w tych pięciu powyżej wymienionych obszarach. To dopiero musi być hormonalny haj! I o ile w odczuwaniu go na poziomie biologicznym biorą udział hormony, tak naturalne będzie przyjęcie stanowiska, że w żaden z tych obszarów, w kontekście szczęścia, nie wpisuje się głód. Tylko czy aby napewno nie? 

Pomimo tego że jedynym znanym sposobem na zredukowanie zbędnej, i utrzymanie optymalnej ilości tkanki tłuszczowej jest zachowanie odpowiedniego bilansu energetycznego, do dużej grupy ludzi ta prosta matematyka nie przemawia. Za przyczynę tego stanu rzeczy podają głównie nierówną walkę, jaką przychodzi im toczyć na linii frontu oni vs głód. 

Obawy związane z restrykcjami dotyczącymi ilości oraz częstotliwości spożywanych posiłków, a co za tym idzie uczuciem bycia głodnym, to najczęstsza wymieniana przez podejmujących wysiłek zmniejszenia nadmiernej masy ciała pacjentów przyczyna faktu, że już po miesiącu od zaaplikowania diety, trzymają się jej zasad coraz słabiej, a z czasem coraz w ogóle mniej.

Mam dużą świadomość faktu, że poruszanie tematyki głodu w Polsce nie ma szans obejść się nie wywołując kontrowersji. Oficjalne klęski głodowe w Polsce notowane notowane były regularnie, oraz zaliczane do zjawisk pospolitych (988, 1003, 1007, 1125, 1158, 1221 – 1224, 1235, 1253, 1282, 1310, 1316-1319, 1362, 1408, 1417, 1438 r.). Również niekorzystna dla, chociażby warstw chłopskich, sytuacja żywnościowa utrzymywała się długi czas, o czym w skrócie można przeczytać na przykład tu.

Funkcjonujemy też bardzo często w zbiorowiskach rodzinnych gdzie żywa jest pamięć narodowa o o czasach, kiedy jedzenie było reglamentowane przez władze państwowe. Na bazie tej pamięci traktowane jest z szacunkiem, choć częściej przybiera to formę nieumiarkowania już, a raczej, często nieuświadomionej, self – rekompensaty za tamten niewygodny czas. Równocześnie, wśród najmłodszych członków tej rodziny utrwalana jest pamięć narodowa której główny nurt ideologiczny reprezentowany jest przez nawyk wybrzydzania i mówienia wszystkiemu, co nie jest parówką lub napakowanymi chemikaliami deserkiem, soczyste i wyraźne „nie”. 

Stąd też, choć dietetycy dwoją się i troją by tak komponować jadłospisy, aby zniwelować to negatywnie kojarzące się uczucie jakim jest głód, nauka zaczyna przyjmować postawę zastanawiającą się, czy chodzenie głodnym jest aż takie złe. 

Brzmi to dość paradoksalnie, ale jak to w życiu, a i czasem na wojnie bywa, nasz największy wróg może okazać naszym największym sprzymierzeńcem się. I taki paradoks właśnie, japońscy naukowcy drążą w laboratoriach od mniej więcej 40 lat. 

Hormon o którym mowa w tytule to relatywnie nowa rzecz. Choć badania w jego kierunku datują się od roku 1976, to wyizolowany samodzielnie został w roku 1999, jako endogenny ligand receptora GHS-R1a, który stymuluje sekrecję hormonu wzrostu. mRna dla Receptora GHS-R1a ulega ekspresji w kilku jądrach podwzgórza, hipokampie, substancji czarnej, polu brzusznym nakrywki (VTA), jądrach szwu (odpowiedzialnych za uwalnianie serotoniny), przysadce mózgowej, wyspach trzustkowych, tarczycy, płucach, wątrobie, nerkach, komórkach układu odpornościowego, jelitach, tkance tłuszczowej i miokardium. 

Nazywany „homeostatyczną siłą obronną organizmu”, z czym trudno się nie zgodzić, kiedy lepiej pozna się szerokie spektrum mechanizmów jego zbawiennego na nasz organizm działania. Chociaż jak dokładnie działa, nauka nie jest w stanie jeszcze odpowiedzieć. Wiadomo tylko, że na rzeczy dużo jest. 

Szanowni państwo – grelina.

Do tej pory jest to jedyny oryksogeniczny (czyli odpowiedzialny za powstawanie uczucia głodu) hormon peptydowy produkowany w odpowiedzi na zmiany środowiska.  Silna ekspresja informacji genetycznej służącej do produkcji greliny (czyli mRna) obserwowana jest w tkance żołądka, w niższym stopniu natomiast  w jelitach, trzustce, nerkach i łożysku. Komórki X/A, odpowiedzialne za jej produkcję zlokalizowane zostały w dnie żołądka. 

Formy w jakich grelina działa, są dwie: deacylowana (DAG) i acylowana (AG). Tylko acylowana forma greliny (AG), obecna w 10% całości krążącej greliny wykazuje powinowactwo do receptora GHS-R1a. Poszukiwania receptora spowinowaconego z deacylowaną formą greliny jeszcze trwają, według niektórych uznawana jest za osobny hormon.   

Jedynym poznanym do tej pory enzymem katalizującym proces acylacji greliny jest tzw. GOAT. Jego mRNA obecne jest głównie w tkance żołądka i trzustki, a jego silną ekspresję zaobserwowano w komórkach żołądka odpowiedzialnych za produkcję greliny. Z żywieniowego punktu widzenia do sprawnego procesu udostępniania aktywnej formy greliny niezbędne są tłuszcze MCT, używane bezpośrednio do tego procesu. Długo terminowe poszczenie hamuje proces acylowania greliny, pomimo tego że jej poziom ogółem jest podniesiony. 

Wykazano, że w przypadku osób otyłych poziom DAG jest niższy niż u osób o normalnej masie ciała, poziom AG pozostaje niezmienny. Wskazywać to może na rolę masy ciała w regulacji współczynnika DAG/AG. Obydwie formy tego hormonu pozostają w ciągłej interakcji, pomimo odmiennych w skutkach działań metabolicznych.

W kwestii tego „jak” grelina działa należy wiedzieć, że sygnalizuje ona mózgowi swoją obecność za pomocą dwóch ścieżek sygnalnych – poprzez włókna aferentne nerwu błędnego i krew krążącą. Posiada więc zdolność przenikania bariery krew – mózg. Mechanizm ten zaobserwowano chociażby w hipokampie, gdzie proces łączenia się greliny z neuronami wykazującymi ekspresję receptora GHS-R1a (pamiętać należy że powinowactwo względem tego receptora dotyczy tylko acylowanej formy greliny) wykazał formację nowych połączeń synaptycznych w kręgosłupie, co przełożyło się chociażby na usprawnienie procesu zapamiętywania. 

Najcenniejsze jednakże wydają się być obserwacje poczynione z udziałem greliny w kontekście mózgu. Wśród nich należy wymienić te: 

*U zdrowych najedzonych osób badanych, na wieść o jedzeniu, obserwuje się dodatnią korelację pomiędzy poziomem krążącej we krwi greliny a zwiększoną aktywnością w obszarze zwanym prążkowiem brzusznym, które odpowiedzialne jest za odczuwanie nagrody. U zdrowych najedzonych osób. 

*W badaniach na szczurach wykazano że administracja omawianego hormonu bezpośrednio do VTA, która to część mózgu odpowiedzialna jest za uwalnianie dopaminy, zwiększała pobór pokarmów przez owe zwierzęta.

*Nosiciele alleli genów odpowiedzialnych za zwiększone ryzyko otyłości są również „szczęśliwymi” posiadaczami wyciszonego mechanizmu odpowiedzialnego za poposiłkowe zmniejszenie poziomu greliny we krwi, na co nakładają się również obserwacje odchyleń od normy w ośrodkach mózgu odpowiedzialnych za zarówno homeostatyczne jak i hedoniczne karmienie się na widok zdjęć jedzenia. 

Konkludując, grelina, wespół z mezolimbicznym szlakiem dopaminergicznym sprzyja pobieraniu pokarmu, zarówno w stanie sytości jak i poszczenia, zwiększając hedoniczne i wywołane bodźcami odpowiedzi na sugestie dotyczące pokarmów. 

Na bazie wyżej przytoczonego, zasadne wydaje się uznanie tego hormonu za „zło wcielone”, a co za tym idzie przyznanie mu oficjalnie tytułu „chłopca do bicia” jako odpowiedzialnego za plagę otyłości i schorzeń wynikłych na jej tle. Oraz, co odważniejsi myśliciele mogą posunąć się do gloryfikacji zwiększonego BMI, gdyż otyłość upośledza funkcję tego hormonu prowadząc do stanu grelinooporności. A jak wynika z przytoczonego powyżej – grelina jest a fe. 

Tyle że. 

Działa jako regulator homeostazy energetycznej – uwrażliwia na dostępność składników odżywczych oraz działa jako messenger na linii mózg – tkanki obwodowe, w celu zapewnienia wydajnego metabolizmu i przechowywania energii. Jest „kołem ratunkowym” na wypadek hipoglikemii (wraz a hormonem wzrostu up-reguluje wątrobową autofagię w okresach poszczenia). Steruje w grze w homeostatyczne vs hedoniczne pobieranie pokarmu. Ratuje nasz organizm przed skutkami stresu metabolicznego i schorzeniami metabolicznymi o charakterze stanu zapalnego. 

Stąd też, jej potencjał terapeutyczny postrzegany jest głównie w kontekście jej zdolności do zwiększania sekrecji hormonu wzrostu, stymulacji anabolizmu, supresji stanów zapalnych, oraz regulacji działania autonomicznego systemu nerwowego. Jej działanie niweluje powikłania wynikłe wskutek chemioterapii z użyciem cisplatyny, takie jak nadmierne odczuwanie bólu, kacheksję oraz zmniejsza toksyczność tej substancji na męskie narządy płciowe. Jak zostało już wcześniej wspomniane, bierze udział we wspomnianych wcześniej procesach uczenia się i zapamiętywania, zachowaniach zmierzających ku poszukiwaniu nagrody, oraz „wyższych” procesach neurologicznych. 

Oraz wykazuje ona silne działanie protekcyjne w kontekście schorzeń z kategorii neurodegeneracyjnych. 

(„Alzheimer” należy do najpopularniejszych schorzeń neurodegeneracyjnych. Jednakże tylko 1% zachorowań związanych jest z genetycznym jego uwarunkowaniem. Zarówno otyłość jak i cukrzyca uznawane są za czynniki sprzyjające rozwojowi tego schorzenia. W cukrzycy obserwuje się zarówno procesy neurodegeneracyjne o patomechanizmach takich samych jak w genetycznie uwarunkowanym schorzeniu, jak i mechanizmy upośledzające obrót glukozą stąd też proponowane przez niektórych jest postrzeganie choroby Alzheimera jako trzeci typ cukrzycy. 

Zarówno grelina, jak i GOAT, jak i GHRS-1a wykazują silną ekspresję w płacie skroniowym, w przypadku Alzeheimera natomiast obserwuje się uderzającą ich anihilację, z braku lepszego słowa pod ręką). 

Odkrycie greliny uznawane jest za punkt zwrotny na drodze do pełnego poznania relacji między żołądkiem a mózgiem, oraz jest olbrzymią kontrybucją na rzecz zrozumienia pełni zagadnienia, jakim jest homeostaza organizmu. Zakres jej protekcyjnego działania na narządy oraz „proautofagiczne” właściwości otwierają szerzej drzwi możliwościom terapeutycznym względem zapobiegania oraz traktowania chorób o podłożu metabolicznym, do czego zalicza się również Alzheimer. Jej administracja, w kontekście działań klinicznych ukierunkowanych na przywrócenie równowagi homeostatycznej ustroju wykazała się zarówno bezpieczeństwem jak i obiecującymi efektami. Pomimo wielu niestwierdzonych do tej pory jednoznacznie biologicznych aspektów dotyczących jej działania, a związanych głównie ze ścieżkami jakimi podąża w ludzkim organizmie, umiejętność zarządzania jej poziomem uznawana jest za kluczową w terapii pacjentów borykających się z problemami zdrowotnymi, których podłożem są zaburzenia metaboliczne. 

I można zasiąść w tym momencie spokojnie i czekać aż zostanie udostępniony do komercyjnej sprzedaży suplement zawierający syntetyczną formę tego hormonu, lub jego odzwierzęcą formę opracowaną tak, aby wykazywała odpowiednio wysokie powinowactwo względem receptorów, co już da jakiś kliniczny obraz potwierdzający zasadność kupna takiego suplementu.

Tyle że, mi osobiście przynajmniej, nasuwa się pytanie. 

Czy mamy na to czas? I przede wszystkim, czy jest w tym czekaniu sens? 

Jeśli został zidentyfikowany hormon o tak szerokim spektrum pozytywnego działania, a którego wydzielanie prowokowane jest przez głód, który z ewolucyjnego punktu widzenia ma więcej niż sens, to czy nie warto przyjrzeć się odosobniczemu pochodzeniu uczucia głodu bliżej i na tym bazować?

Inaczej. 

Czy nie korzystniej jest, choć to trudniejsza droga, wiem, przyjrzeć się powodom dla których odczuwamy inny, niż organicznego pochodzenia głód? Jednakże, nie trzeba nawet być naukowcem by wiedzieć, że główną przyczyną pochodzenia tego „drugiego” głodu jest drugi człowiek. I to, jaki kształt mają nasze z nim relacje. 

Bo to, czego szukamy zarówno w sobie, w drugim człowieku, jak i jedzeniu to miłość. To Love. Odczuwamy jej nieprzerwany głód. I albo go relacja zaspokaja, albo nie. A jeśli nie, sami bierzemy sprawy w swoje ręce i zaspokajamy pożywieniem miłości głód. 

Jednakże, czy potrzeba zaspokojenia głodu emocjonalnego powinna stanowić pretekst do rozmyślań o biologicznych manipulacjach nie tyle nawet korzystnych, co naturalnych zjawisk? Czy warto zrzucać odpowiedzialność, którą możemy podjąć dzisiaj, już, na naukę która odpowiedzi może dać za, powiedzmy, dwadzieścia lat? 

I pomimo tego, że wielu rzeczy jeszcze nie wiem, to wiem, że to, jakimi emocjami pozwalamy się karmić przez innych ludzi jest główną przyczyną tego, że jedyny ratunek jaki często nam przychodzi do głowy, to zażreć  się na śmierć. 

Tyle, czy warto?

Czy nie rozsądniej jest jeść, kiedy to ciało przy użyciu mózgu prosi o jeść? 

A nie jeść, bo chcemy coś zajeść?

Wasza satysfakcjonująco głodna, ale pozytywnych relacji

D.M.