DM

Neurodietetyka 2.0

„Neurodietetyka 2.0 wersja stabilna” to nowoczesne i kompleksowe podejście do układania stylu odżywiania się skrojonego na miarę dla danej jednostki. Połączenie komponentów behawioralnych oraz neurochemicznych zaczyna być oczywiste, choć jeszcze nie skategoryzowane chyba w żaden znany mi sposób. Jednakże to w mojej opinii nie stawia ścian, a otwiera drzwi. 

Analogie pomiędzy self-personalnymi relacjami z jedzeniem a relacjami interpersonalnymi są dla mnie jak grupka przedszkolaków, podskakujących na krzesełkach w momencie kiedy pani przedszkolanka zadała pytanie i wszystkie dzieciaki chcą zostać wybrane do udzielenia odpowiedzi. 

„Jeść” od zawsze znaczyło „przeżyć” a „żyć”, to podstawowy instynkt każdej istoty czy to żywej czy to ludzkiej. Natomiast kwestią na to zarówno nadbudowaną, jak i systemem naczyń połączonych jest już to „jak” i „z jakich powodów” czyli upraszczając – „dlaczego właśnie tak”.

To, co i kiedy człowiek wybiera by spożyć, stanowi jak najbardziej materialne urzeczywistnienie jego „Ja”. 

Tylko czy to „jak” „Ja” wybiera by się odżywiać jest jest dla danego „Ja” prawdziwe?

Powiązania pomiędzy żywieniową realizacją „Ja” a stabilną konstrukcją psychologiczną są tak oczywiste, że w końcu naukowcy pochylili nad tym głowy i zaczęli stawiać ustrukturyzowane metodologicznie pytania w celu znalezienia połączeń pomiędzy zaburzeniami osobowości a podejściem do pożywienia. Do tej pory stawiano pytania w kierunku nie dość że zawężonym, to jeszcze odwrotnym, mianowicie – „zaburzenia odżywiania” – jakie jest ich źródło i jaki jest ich cel. (dla zainteresowanych – w skrócie – zazwyczaj jest to bunt).

Tak czy inaczej, nastąpił zwrot w kierunku myślenia ludzi nauki, a raczej … przypomniano sobie że w tym budynku, który właśnie będą remontować, to jeszcze piwnica jest. I może zejdźmy tam, zapalmy światło i rozejrzyjmy przed tym remontem się. W samą porę można by rzec, biorąc pod uwagę wskaźniki chorób psychiki, jakie aktualnie toczą dużą społeczeństwa część. 

Przykład badań odwracających przyczynowo -skutkowość zagadnienia można znaleźć na przykład tu.

W skrócie, dzięki grantowi badawczemu udzielonemu przez Niemieckie Ministerstwo Badań, Rozwoju i Nauki, „na tapetę” wzięto powiązanie pomiędzy stosowaniem diety wegetariańskiej a występowaniem zaburzeń depresyjnych, lękowych, somatycznych oraz zaburzeń odżywiania – w jedną lub drugą stronę, jeśli chodzi o ciąg przyczynowo – skutkowy. 

Było to pierwsze tak szeroko zakrojone badanie populacyjne w tym temacie, w założeniu mające obejmować reprezentatywną grupę dorosłych.

W poprzednich badaniach inwestygujących ów związek grupy badane były zarówno specyficzne jak i niewielkie, stąd też ich reprezentatywność – znikoma.  Skupiały się głównie na kohortach adolescentów oraz młodych dorosłych. Obejmowały one szczególne również pod względem geograficznym populacje, takie jak Australijki, Turcy czy Norwegowie. Nie wgłębiając się w szczegóły metodologiczne, wnioski płynące z każdego z nich były jednoznaczne – wśród wegetarian notowano znacząco wyższy odsetek symptomów depresji, zaburzeń lękowych, zaburzeń odżywiania, oraz myśli tudzież prób samobójczych. Aha. 

Wracając jednak do badań niemieckich naukowców, zastosowali oni dwustopniowy proces doboru próby badanej. Oparty był on na kwestionariuszach, które dostarczone drogą pocztową obywatelom zamieszkujących teren Niemiec w 1997 roku, będących w wieku pomiędzy 18 a 65 rokiem życia, wyłoniły spośród nich reprezentatywną grupę osób stosujących dietę wegetariańską. Dla porównania, grupę kontrolną stanowili włączeni do badania nie-wegetariańscy uczestnicy. Co ciekawe, w dalszej części badania, już na etapie dyskusji, wyłoniona została pasująca pod względami społeczno – demograficznymi zbiorowość która miała za zadanie …. o tym będzie później. 

We wstępie teoretycznym publikacji autorzy podkreślili, że takich badań nie przeprowadzono do tej pory dużo, a te, które zostały opublikowane do tej pory, posiadały ograniczenia w postaci chociażby użytych narzędzi do diagnozy „stanu mentalnego” partycypantów. Mianowicie – nie były one ustrukturyzowane w żaden sposób klinicznie, gdyż bazowały jedynie na zapisie self-report. Stąd też, w omawianym badaniu postanowiono użyć kwestionariusza  M-CIDI (Munich Composite International Diagnostic Interview), który spełniał kryteria diagnostyczne DSM-IV. Zapewne to stanowiło ideę stojącą za celem podjęcia tego typu badań, gdyż w mojej opinii chciano „wziąć pod lupę” ów związek, który, choć słabo wykazany w poprzednich badaniach, to jednak ewidentnie był.

Jak się okazało, analizować badaczom przyszło głównie z samotnie mieszkające w dużych miastach wykształcone kobiety powyżej 30. roku życia – panie stanowiły aż 70 % badanej grupy. 

I kiedy już dowiedli przy użyciu swoich metod (do zapoznania się z którymi zapraszam do lektury oryginalnej publikacji), że wspomniane wcześniej zaburzenia psychiczne występują częściej wśród wegetarian niż w grupie kontrolnej, ba, że najpierw pojawia się zaburzenie w głowie, a za nim dopiero podąża wegetariańska dieta, to kiedy dokonali porównania z (wspomnianą już) grupą wyłonioną później, której zadaniem miało być „statystyczne osłabienie” pozażywieniowych czynników mających związek z większym prawdopodobieństwem wystąpienia zaburzenia psychicznego, takich jak płeć, poziom edukacji, stan cywilny czy miejsce zamieszkania – okazało się że korelacja jest jeszcze silniejsza. Szok.

Konkretyzując przyczyny takiego stanu rzeczy wysunęli możliwe hipotezy, zarówno z dziedziny neuronutrition, jak i z dziedziny psychologii ogólnej, które mogą być odpowiedzialne za analizowaną, gdyż zaobserwowaną, korelację.  

W pierwszej kolejności autorzy podkreślili wystąpienie prawdopodobieństwa niewłaściwej kompozycji diety która, wykazując niedostateczną podaż składników niezbędnych do prawidłowego działania mózgu, osłabia w logicznej konsekwencji psychikę gdyż właśnie w mózgu, a nie gdzie indziej ona tkwi. Publikacja traktuje temat analizy składu diet osób badanych jednakże pobieżnie, co autorzy sami podkreślają, choć idzie w dobrym kierunku, ponieważ zwraca uwagę na nie potwierdzony, jednakże przypuszczany, związek pomiędzy niskim spożyciem produktów bogatych w kwasy tłuszczowe, zwłaszcza z rodziny omega-3, oraz witamin z grupy B (zwłaszcza B12), a schorzeniami na umysłowym tle.

Na drugim miejscu autorzy, skupili się na poszukiwaniu przyczyn z kategorii podejmowania decyzji – dla czego właśnie tak a tak – czyli szukali intencji za którą stoi chęć, z powodu której podejmowana jest decyzja o przejściu na wegetarianizm. Pomimo tego, że w  badaniu nie użyto żadnych narzędzi do analizy możliwych przyczyn, dla których dana jednostka przyjęła za słuszny taki a nie inny styl odżywiania, wysunięto pewne koncepcje mające poszerzyć horyzont badawczy owego stanu rzeczy, mianowicie, potwierdzenia że dieta wegetariańska nie łączy się z wyższymi wskaźnikami w zakresie psychicznego zdrowia, zgoła jest wręcz odwrotnie. 

Pierwszy możliwy analizowany pozażywieniowy związek przyczynowo – skutkowy  opiera się na hipotetycznie zwiększonym prawdopodobieństwie wyboru wegetariańskiej diety na skutek doświadczonych już niedomagań ze strony własnego psyche. Zmiana stylu odżywiania uważana jest jako wyraz auto protekcyjnych zachowań względem własnego „Ja”. Realizują się one poprzez chęć „ogólnego” wpłynięcia na swoje zdrowie poprzez zaadaptowanie lepszych nawyków żywieniowych niż te, które do tej pory były stosowane. Wiadome jest, gdyż wykazane wielokrotnie (przynajmniej w badaniach), że wegetarianie są szczuplejsi, spożywają mniej alkoholu oraz częściej uprawiają aktywność fizyczną niż nie – wegetarianie. Podpięto pod ten mechanizm również doświadczenie kruchości własnej psychiki jako czynnik uwrażliwiający osobnika na cierpienie jakiego doświadczają inne istoty, w tym przypadku zwierzęta. Czyli kolejna chęć.

I o ile powyższa koncepcja brzmi rozsądnie, to w odniesieniu do zebranych w badaniu danych zawartych w tabelach, których celem jest określenie częstości spożycia produktów będących bogatym źródłem składników odżywczych o neuroprotekcyjnym wpływie – rozsądku widać troszkę mniej. I choć dalej motorem napędzającym do zmian jest chęć, co w przypadku depresji chociażby jest bardzo pozytywnym objawem, kwestia poprawności jej realizacji wydaje się schodzić na dalszy plan. 

Druga hipoteza obejmuje wariant, w którym pomysł, jakim jest „wegetarianizm od dziś” trafia na jednostkę o relatywnie stabilnej konstrukcji psychologicznej, wyposażoną jednakże w cechy charakteru, takie jak perfekcjonizm, silne poczucie odpowiedzialności, czy tendencje w zarówno dążeniu jak i kontrolowaniu negatywnych emocji, co sprzyjać może prawdopodobieństwu wystąpienia choroby psychicznej, a wybór wegetariańskiej ścieżki życia podejmowany jest przez jednostkę niezależnie, ergo, nic ze sobą powiązane nie jest. 

I o ile wymienione w zdaniu powyżej cechy charakteru nie brzmią źle, tak dla osoby, która chociażby pobieżnie liznęła temat psychoterapii, nagle rozdzwoniło się w każdym kościele, gdyż jasny stał się powód dla którego wegetarianizm = „tak” a mięso = „nie”. 

Toksyczni rodzice. A wegetarianizm to wobec nich bunt. Okej. 

Gdyż wątpliwe jest, aby 244 osoby, wybrane losowo ze społeczeństwa, trenowały owe cechy charakteru przy okazji uprawiania jakiejś wymagającej dziedziny sportu, dajmy na to, szermierki. Zupełnie z kosmosu przybyły wniosek więc, zaczyna brzmieć trochę bardziej prawdopodobnie.  

Jednakże, to w kwestii kobiet – przypominam – taka wyłoniła się sama w tych badaniach populacyjnych grupa. Naturalną konsekwencją było więc zadanie sobie pytania – czy kwestia której przyglądam się bliżej, czyli wykluczenie mięsa z diety a prawdopodobieństwo „klęknięcia psychiki”, nie jest to przypadkiem względem płci, kwestia stronnicza?

Otóż okazuje się że nie. 

Kilka lat później przeprowadzono równie szeroko, a może nawet jeszcze szerzej, zakrojone badanie, dostępne pod tym adresem.

Avon Longitudinal Study of Parents and Children, znane również w wolnym tłumaczeniu jako Dzieci lat 90’ obejmowało 14,500 rodzin zamieszkujących teren Bristolu i okolic. Tym razem jednak, badanie dotyczyło – celowo – wyłącznie mężczyzn. 

Kwestia dotycząca powiązań między wegetarianizmem a dobrostanem mentalnym stanowiła poniekąd hołd dla roli ojca w rodzinie, ponieważ, chyba po raz pierwszy, podniesiono na głos kwestię występowania ojcowskiej depresji poporodowej, oraz potraktowano ją jako równie istotną dla funkcjonowania rodziny w tym bardzo wrażliwym dla relacji jakie panują w rodzinie, czasie. 

Postanowiono więc poszukać, bazując na poprzednich doniesieniach naukowych, głównie żywieniowych, czyli z dziedziny neuronutrition, przyczyn. Tak jak w poprzednio omówionym badaniu, w dyskusji przywołano niedostateczną kwestie spożycia kwasów tłuszczowych z rodziny omega-3, oraz witaminy B12, w które to często dieta wegetariańska jest niedoborowa. Podniesiono również kwestię niedostatecznej podaży biopierwiastków takich jak cynk i żelazo, których braki w diecie również uznawane są jako czynniki ryzyka rozwoju depresji. 

Jako czynnik żywieniowy sprzyjający rozwojowi depresji, logiczne wydają się być niedobory żelaza, nawet bez wielu długich badań w tej kwestii, a to z tego powodu że żelazo jako składnik krwi odpowiadającej za transport tlenu, również, a może zwłaszcza do mózgu, w przypadku jego niedoboru, może pogłębiać uczucie zmęczenia fizycznego uznawanego jako jeden z głównych objawów tej choroby. Idąc dalej tym tokiem myślenia, jeszcze bardziej zasadna wydaje się być tak wysoka występowalność objawów depresyjnych w populacji kobiet – wegetarianek, które to, z racji płci, na nieodnawialne straty żelaza są narażone w cyklu comiesięcznym.

Tak czy inaczej.

Z dyskusji nad uzyskanymi w badaniach danymi wynikają następujące fakty. Po pierwsze – jest to pierwsze duże badanie epidemiologiczne dotyczące związku pomiędzy wegetarianizmem a występowaniem znaczących objawów depresyjnych wśród dorosłych mężczyzn. Po drugie dane zbierano za pomocą pomocą punktacji uzyskanej dzięki użyciu kwestionariusza EPDS (Edinburgh Postnatal Depression Scale). I o ile narzędzie to zostało pierwotnie zaprojektowane w celu przesiewania objawów depresji u kobiet, tak wykazało również skuteczność w przypadku zastosowania u mężczyzn. I pomimo tego, że samo w sobie nie stanowi narzędzia potwierdzającego diagnozę, uzyskany za jego pomocą wynik powyżej 12, wskazuje na wysokie prawdopodobieństwo ciężkiej depresji. Autorom owego badania jednakże wystarczył wynik powyżej 10. 

Dzięki uzyskanym za pomocą owego narzędzia danych,  dowiedzieliśmy się że auto identyfikacja – czyli postrzeganie siebie, czyli nazwanie siebie, czyli widzenie się jako  (niezrozumiałe skreślić) przez mężczyzne jako wegetarianin, skorelowane jest ze zwiększonym ryzykiem wystąpienia objawów depresji. Korelacja ta była obserwowana również po wykluczeniu czynników uwrażliwiających jednostkę na wystąpienie zdarzenia (jakim jest depresja), chociażby takich jak: występowanie depresji w rodzinie, uprzednia potrzeba kontaktu z psychiatrą dziecięcym, wyższy poziom edukacji, wiek, przynależność etniczna i religijna, stan cywilny, sytuacja zawodowa, ilość dzieci w gospodarstwie domowym, spożycie alkoholu i nikotyny. 

Czyliż – niezależnie od powyższego, wegetarianizm powiązany jest z depresją u mężczyzn. I jest wegetarianizm powiązany z depresją u mężczyzn za pomocą węzła istotnego statystycznie. Nieistotna statystycznie była niestety zależność czasowa zaobserwowana, a z której zależności wynika wniosek że im dłużej mężczyzna podąża ścieżką wegetarianina, tym dłużej depresyjny nastrój trwa. Ale skoro zostało to umieszczone we wnioskach, pomimo braku istotności statystycznej, znaczy że ważne jest. 

Analizując możliwe przyczyny, tak jak w poprzednio omówionych badaniach, w pierwszej kolejności skupiono się głównie na żywieniowo – zależnych czynnikach, mogących być odpowiedzialnymi za ów stan rzeczy. 

I tak jak w poprzednich badaniach, w pierwszej kolejności wymieniono niskie spożycie kwasów omega-3, witaminy B12 oraz folianów. Autorzy podkreslili również,  że liczne metaanalizy randomizowanych i zaślepionych placebo interwencji klinicznych wykazały bardzo dużą, a nawet większą niż tradycyjnie stosowanych w przypadku depresji farmaceutyków, skuteczność formuł bogatych w kwas dokozaheksaenowy (DHA).

Zaakcentowano również, że wysokie spożycie kwasów tłuszczowych omega-6 może brać udział w tej niezbilansowanej grze. Za inne potencjalnie odpowiedziane za ów związek czynniki uznano wysoki poziom fitoestrogenów we krwi, oraz metabolitów pestycydów, które pochodną są aktualnie stosowanej wszem i wobec metody uprawy warzyw i owoców, a których wysokim spożyciem wegetarianizm cechuje się. 

I pomimo braku oficjalnych zaleceń, gdzieś między jednym a drugim wnioskiem, wysunięto nieśmiałą sugestię, że dzięki utrzymaniu odpowiednich stężeń witamin z grupy B oraz folianów we krwi, wegetarianie będą mogli czerpać korzyść w postaci lepszego stanu zdrowia płynącego z harmonii pomiędzy kręgosłupem etycznym, tudzież kulturowym a tym żywieniowym, zmniejszając tym samym ryzyko wystąpienia objawów depresji. A chociażby przez lepszą kontrolę poziomu homocysteiny. Brzmi niebiańsko. 

Ale dalej, analogicznie do badań omawianych poprzednio, uznano za prawdopodobną możliwość, iż jakoby istniały pozażywieniowe, czyli psychologiczne przyczyny które sprzyjają takiemu a takiemu to stanowi rzeczy. Wysunięto w tekście jako prawdopodobną możliwość, że wegetarianizm nie jest wyborem podyktowanym względami zdrowotnymi, religijnymi bądź etycznymi, a jest markerem zaburzeń psychiatrycznych których wegetarianizm uzewnętrznieniem się jest, wręcz, traktowany jest w kategorii zaburzeń odżywiania. 

(Nie wykluczone jest również, choć nie zbadane do tej pory, że wysokie wyniki na skali EPDS są wynikiem wystąpienia tzw. syndromu Couvade. To ciekawe zjawisko, którego objawy zakładają „zarażenie się” przez mężczyznę wszystkimi zachowaniami cechującymi kobietę w okresie okołoporodowym, łącznie z przykładaniem dziecka do piersi w celu wykarmienia).

No nie brzmi to wszystko najlepiej. Zwłaszcza że nie o takie publicity wegetarianie walczą od lat. A tu proszę, od strony dużych badań populacyjnych – w plecy nóż. 

Powinnam więc napisać w tym momencie tak. 

Choć w licznych badaniach dowiedziono, że stosowanie diety wegetariańskiej przyczynia się do uzyskania czy też utrzymania optymalnych parametrów zdrowia fizycznego, korzyści z jej stosowania mogą nie być odczuwalne, gdyż nie pozwala na to schorowana głowa. I nie mam tutaj na myśli siniaka powstałego na skutek niedokładnego obliczenia trajektorii ruchu na trasie ja vs zbyt szybko zamykające się drzwi eko – sklepu, gdyż świeża dostawa biowarzyw jest. 

Dobra kompozycja wegetariańskiej diety spełniającej pełne zapotrzebowanie na wszystkie składniki odżywcze, oraz wyrównująca istniejące już niedobory jest podstawowym narzędziem do podjęcia wyzwania jakim jest, a jest, wegetarianizm. Jest to zadanie pracochłonne, a na jego outcome składa się kilka czynników. Takich chociażby jak uprzednia kompletna diagnostyka laboratoryjna obrazująca stan naszego organizmu. Ale – to się da zrobić. Zwłaszcza przy dzisiejszym stopniu zaawansowania metod diagnostycznych oraz ich bezproblemowej praktycznie dostępności.

Trzeba tylko chcieć. 

Powiedzieć samemu sobie więcej razy „tak”, niż raz, mięsu – „nie”.

I tu powinien nastąpić koniec tekstu, ale nie. 

Ponieważ teraz dopiero zaczyna się robić, przynajmniej według mnie, ciekawie.

Jak kilkukrotnie zostało wspomniane, badań których założeniem jest bliższe przyjrzenie się omawianemu problemowi jest niewiele, a dużych badań populacyjnych – jeszcze mniej. Jednakże w prawie każdym z nich została zanotowana dodatnia korelacja pomiędzy wyborem ścieżki wegetarianina, a depresjami wszelkich odmian, i innymi pokrewnymi „przyjemnościami”, takimi jak niskie poczucie własnej wartości, myśli czy próby samobójcze, oraz, gdyby wszystkiego było mało – wysoki poziom fobii społecznych. 

Prawie każdym. 

Autorzy omawianych publikacji przywołują jedno badanie, które uwspólnia poszukiwania wskaźników łączących zdrowie psychiczne a wegetariańską dietę, a które to poszukiwania prowadzą do wniosków dla stosowania diety wegetariańskiej w tej materii pozytywnych. Z tym że, badanie obejmowało grupę dość specyficzną, mianowicie członków Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego. 

Tylko w tym badaniu stwierdzono znacznie wyższy wskaźnik self-notowanych pozytywnych emocji wśród wegetarian, niż w grupie „jedzących normalnie”, co przejawiało się chociażby w silnym poczuciu koherencji, która w dziedzinie jaką jest psychologia zdrowia, traktowana jest jako czynnik prewencyjny – czyli zapobiegawczy. 

Co znamienne, mierzona jest ona, ta koherencja, za pomocą kwestionariusza orientacji życiowej.  Sama już nazwa tego narzędzia wskazuję na cel w jakim jest ono stosowane, mianowicie, mierzenie (oględnie rzecz ujmując) poziomu zadowolenia z życia, które „wydaje się” być na drugim końcu skali niż jest depresja. Przynajmniej według mnie. I według mnie również tym, co nas wszystkich napędza, jest chęć bycia zadowolonym z życia. Ale, różne rzeczy nas napędzają i sprawiają radość, różne rzeczy sprawiają że myślimy pozytywnie. A jak wynika z dużych badań populacyjnych – dobrze zbilansowanych wegetarian, a poprzez dobrze zbilansowanych rozumiem zadowolonych z życia i nie wykazujących symptomów depresyjnych wegetarian – niewielu jest. A tych jednostek, które po prostu dobrze się czują w społeczeństwie, gdyż zarówno mają świadomość celowości swojego istnienia, a w jego osiągnięciu pomaga im nadprzyrodzona, tudzież jakakolwiek – nadzieja – jeszcze mniej.

Tak czy inaczej. 

Wegetarianizm w tej grupie społecznej, pojmowany jako styl myślenia, nie jest nacechowany więc w żaden sposób negatywnie, gdyż nie jest traktowany jako bunt, sprzeciw a zgoda i poświęcenie – intencja za którą stoi ta decyzja ma ładunek myślowy „tak”. Co więcej, w obliczu bycia na tej ziemi jedynie narzędziem którym posługuje się Bóg, Absolut, wszechświat (niepotrzebne skreślić), poczucie sensu w takiej konstrukcji wydaje się przewyższać bezsilność wobec poczucia małości własnych działań względem skali problemu (transgeniczne kurczaki mielone żywcem za kurczęcia, czy niehumanitarny ubój, również transgenicznej, trzody chlewnej) oraz mocy jaką dysponuje takiego wegetarianina – z braku lepszego słowa – szef.

Za przyczynę tego stanu rzeczy odpowiada zapewne więc specyfika grupy jaką stanowi ta denominacja chrześcijańska, gdzie dbałość o zdrowie jest jednym z priorytetów jeśli chodzi o praktyczne urzeczywistnianie wyznawanej wiary, stąd też – świadomość żywieniowa wśród członków kościoła jest bardzo wysoka, a wegetarianie stoją szczebel wyżej na drabinie hierarchii społecznej. Eliminuje to czynnik jakim jest poczucie bycia odseparowanym od społeczeństwa dalszego czy bliższego ze względu na podejmowane przez siebie, chociażby żywieniowe, wybory.

„Zaraz zaraz zaraz pani dietetyk. Kiedy pani była ostatnio poza domem? Bo może tak się pani w książkach zasiedziała, że nie zauważyła pani że 2019 rok jest, i nawet nie trzeba się wyjątkowo starać żeby o próg do jakiegoś vege-baru się potknąć, więc z jakich powodów wspomina pani o poczuciu separacji, odmienności czy też wyalienowania od reszty społeczeństwa. No i wegetarianizm jest po prostu, szanowna pani dietetyk, modny”. 

I tu pojawia się słowo klucz, czyli moda, gdyż w tej całej „zabawie” nie o dostępność do modnych wege – barów chodzi, co implikuje podążanie za trendami, niejako per se, a o intencję dla której podejmowana jest taka właśnie a nie inna decyzja, przynajmniej jeśli rzecz traktuje się poważnie. 

Przypominam – intencja – myśl – prąd. Niewłaściwa – rozwala wszystko w życiu, lub też zakłóca je. Rozwala lub zakłóca każdą, a zwłaszcza ze sobą, więź.  

Stąd też, jeśli na pierwszym miejscu, nawet podświadomie, stawiana jest chęć wpasowania się w jakąś strukturę społeczną, tudzież wobec jakiejkolwiek struktury społecznej bunt, to przykro mi, ale nie stała ta decyzja nawet obok naszego true self. Prowadzi to w prostej linii do frustracji, a jeśli nałożą się na nią inne czynniki środowiskowe, takie jak chociażby źle zbilansowana dieta – do depresji czy innych „rozrywek” droga jeszcze prostsza, niż poczytać o atomach, lub powiedzieć „hej”. 

Otóż, słowo klucz – myśl, czyli zarówno prąd w naszym mózgu, jak i neuroprzekaźniki. Pomimo tego więc, że wegetarianie wykazują się lepszymi wskaźnikami zdrowia fizycznego, czynniki odpowiedzialne za psychiczny dobrostan zdają się nie tyle przeważać giętkość czy szczupłość ciała, co być nie wystarczające dla ogólnego obrazu samego siebie, którego to właściwe „parametry techniczne” warunkują zadowalającą jakość życia w kategorii relacji czy to self-, czy to interpersonalnych. A wiadomo – w nich tkwi przede wszystkim recepty na dobre, długie, spełnione życie sens.

Myśląc o wnioskach płynących z tych „innych” badań, nie mogłam sobie swoich własnych wniosków poskładać. Jaki jednoznacznie wyrobić sobie pogląd na temat wegetarianizmu? Jakiej na warsztatach udzielać odpowiedzi na pytanie czy „wegetarianizm to jest dobra, szanowna pani dietetyk rzecz?”. I dlaczego z badań wynika tak jak drukiem jest? Ponieważ kwestia dość nowa „w branży” – rozbieżności pomiędzy wynikami badań w temacie mogłam się jedynie domyślać. Ale wnioski – do użycia w swojej praktyce zawodowej – musiałam mieć.

Myślałam długo z jakich powodów jest tak i tak.  Aby to wszystko poskładać – nagimnastykowałam mózg. Poczytałam, porozmawiałam z ludźmi, pomyślałam. I jest. 

O ile wnioski płynące z powyższych badań są wystarczające aby podeprzeć opinię niektórych praktykujących specjalistów od grzebania w psychice (czy też jej porządkowania), a o ile mi wiadomo, panuje wśród nich przekonanie, że próby przejęcia kontroli nad własnym życiem za pomocą uregulowania swojego stosunku do pożywienia są, pozwolę sobie zacytować, „żałosne” tudzież nieskuteczne, o tyle ja uważam że nie powinni się oni skupiać na stawianiu oceny w postaci zadawania pytania „że jak ?”, a poszerzyć swoje horyzonty myślowe w postaci wypracowania właściwej metody i narzędzi zmierzających ku odpowiedzi „jeśli już tak, a tak, to dlaczego” a następnie zacząć się zastanawiać „a może by tak …”. To drugie podejście, czyli wyjście na przeciw, wydaje się nie podcinać nikomu skrzydeł, a z tego co  mi wiadomo, to za każdym razem kiedy ktoś upadnie, trzeba podać mu dłoń.

A żeby móc służyć kompleksowo swoją wiedzą odnośnie tematu, arbitralnie stwierdzam, że o ile sam pomysł nie jedzenia mięsa nie jest głupi, a wręcz badania wskazują na to że całkiem zdrowy to styl odżywiania się jest, tak wszystko należy zrobić z głową szanowny panie/pani. 

Więc. 

Zanim przemknie przez pani/pana głowę myśl o wykluczeniu czegokolwiek z jadłospisu, sugeruję o udanie się w pierwszej kolejności do terapeuty w celu ustawiania głowy „jak trza”, a następnie do dietetyka który temat zna, i równolegle z procesem terapeutycznym dostosowywał będzie natężenie wprowadzania nowych nawyków żywieniowych do przebiegu procesu terapeutycznego. A to bardzo dynamiczna, gdyż zależna od tego co terapeuta wygrzebie, rzecz jest. 

„A co szanowna pani dietetyk w przypadku, kiedy pomysł, jakim jest wegetarianizm natrafi na bardzo wrażliwy w konstrukcji, równocześnie nastawiony buntowniczo z definicji, nastoletni grunt?”

Cóż. 

W takim przypadku zaproponuje tradycyjną metodę współpracy. Nazywa ona się „Ziemniaki zostaw. Mięso i surówkę zjedz. Po czym poproś o dokładkę. I o to, żeby ze dwa, trzy razy w tygodniu zamiast wieprzowiny panierować jakąś rybę”. I to dopiero będzie bunt. Tyle że nie twój. Nic tak rodziców, zwłaszcza matki nie wkurzy jak to, że musi babrać się z rybą i dwa razy więcej marchewki trzeć. Jeśli oczywiście w ogóle trze. A jeśli jest tak jak mówię, czyli napotkasz na opór w tej kwestii, zamiast współpracy – cóż, pozazdrościć. Ponieważ sam zaczniesz marchewki trzeć, bardzo wcześnie się usamodzielnisz, szybciej wyjdziesz z głupiego domu, i sobie będziesz jadł co, jak i kiedy chcesz. A na terapię i tak, prędzej czy później – przyjdzie czas. 

„Aha. Ekhem. No. Ten. A ziemniaki pani dietetyk? Przecież się zmarnują”.

Czy ja wiem. Jak dziecko głodne to i ziemniaki zje. 

Koniec tematu? Jeszcze nie, gdyż. 

Na poparcie moich „wnioskoidalnych anegdotek”, kończąc wywód, pozwolę sobie stworzyć scenkę sytuacyjną która ma miejsce w gabinecie psychiatry. 

Pacjentką jest 30 – letnia wegetarianka. Atrakcyjna, choć blada i szara jakaś w odbiorze, wykształcona, ustabilizowana zawodowo singielka, mieszkającą w dużym mieście. Nie może jednak ciągle z fobii społecznych i depresji wyjść. Najbardziej uciążliwymi dla niej objawami są ciągłe zmęczenie, wszechogarniająca beznadzieja, oraz poczucie „bycia nie tam, gdzie powinna być”. Trochę jej zaczęły włosy i paznokcie lecieć też, oraz ma wrażenie że pogarsza jej się wzrok. 

Pan psychiatra, skierowany zarówno twarzą jak i duchem, frontem do pacjentki, chciałby rozłożyć ręce, ale serce do zawodu, oraz po prostu sympatia i współczucie do kobiety, która przed nim siedzi, na to mu nie pozwalają. 

Były leki takie i takie, psychoterapeuta taki a taki już był. I nic. Ona ciągle – ta sama śpiewka, mimo chwilowych podskoków nastroju i okresów jego stabilizacji które charakteryzowały się lepszym …. no… wszystkim lepszym – że jest do niczego, jedyne co ma na świecie to wegetarianizm i kot.

Podskórnie czuje on, że gabinet psychiatry to ostatnie miejsce gdzie kobieta w jej wieku powinna być.  „Powinna….powinna….” – zaczął werbalizować rodzącą się myśl, ale dał sobie sam ułamek sekundy na zastanowienie, gdyż nie do końca był pewien co powinna robić o tej porze taka kobieta jak ona. 

„Powinna…powinna przede wszystkim uwierzyć w siebie” – pomyślał, i jak pomyślał tak powiedział. 

„Wydaje mi się że chyba wiem w czym rzecz” – w swojej wypowiedzi świadomie użył początkowo osłabiających jej przekaz słów, gdyż chciał delikatnie ująć roztrzęsioną duchowo i emocjonalnie siedzącą przed nim kobiecą treść. 

Wiedział co robi, gdyż zamierzał sięgnąć po lek, który w jego zawodowej świadomości, ma najmniejsze prawdopodobieństwo zastosowania – gdyż nie na receptę jest, a tabletka którą trzeba połknąć jest olbrzymia, gdyż ma rozmiar całego, prawdziwego, odstworzeniowego „Ja”. 

„Szanowna Pani” – użył już bardziej zdecydowanego tonu – „stan w jakim się pani znajduje wymaga olbrzymiej wrażliwości w traktowaniu. Jest pani wykończona psychicznie i fizycznie. Ja w panią wierzę, i wierzę że wszystko co pani sobie wymarzy tylko, jakikolwiek pani postawi przed sobą cel – pani radę da. Ba! Przeskoczy pani nawet mnie! Ale, w stanie w jakim pani aktualnie jest – nie zdziała pani nic, gdyż żeby działać trzeba być, a pani sama nie wie kim jest. Gdyż, ” – kontynuował lekarzy psychiatra myśl – „gdyż, żeby być, trzeba chcieć. A żeby chcieć, trzeba wiedzieć czego się chce. A żeby wiedzieć czego się chce, trzeba wiedzieć kim się jest”.

Pacjentka podniosła zwisającą do tej pory smętnie głowę i zaczęła krystalizować się w zmysł jakim jest słuch. Po raz pierwszy, prawdopodobnie na skutek trafnie dobranej metodą prób i błędów mieszanki leków, dotarło do niej, że jest na tej planecie ziemia, tej o której przyszłość ona chce zadbać, jest ktoś kto zwraca się do niej zarówno z bezinteresowną troską, jak i bezpośrednio, per „Ty”. A ona to słyszy i myśli „Ja”. 

Co więcej, zdała sobie sprawę że facet ma racje. Przyznała, a raczej po raz pierwszy zaakceptowała fakt, że jest wykończona. W pierwszej chwili chciała otworzyć usta i coś powiedzieć, ale … zastanowiła się. Po raz pierwszy w życiu nie wiedziała jaki ma przyjąć stosunek do tego co usłyszała. 

Jeszcze przed chwilą, naturalnym dla niej odruchem było by wykonanie, tuż po wyjściu z gabinetu, telefonu do własnej matki z pytaniem – co ona o tym wszystkim sądzi. I co, według niej, powinna z tym fantem zrobić. Czy ma do poprosić pana doktora o L4? Przecież sam zalecił odpoczynek. Czy może lepiej nie pokazywać w firmie papieru od psychiatry i urlop na żądanie wziąć? 

Ale, pomyślała 30-letnia wegetarianka, zaraz szanowna mamunia wyszłaby z pomysłem, że skoro córeczka będzie mieć kilka wolnych dni, to może ona by pojechała z nią po kwiatki na balkon? 

„O, nawet się świetnie się córcia składa że będziesz mieć kilka dni wolnego, bo przyjedziesz po mnie swoim pięknym samochodem, na który tak zapracowałaś, dzięki wykształceniu które ci umożliwiłam ja, no, zawieziesz mnie nim, do sklepu ogrodniczego. Bo sezon kochanie się na pelargonie właśnie zaczyna, wiesz?” – usłyszała już w głowie treść, która padła by przez telefon.

I nagle – pstryk. 

Cała osoba psychiatry, cały jego gabinet a z nim wszystkie powody dla których się tu znalazła – nagle przestały istnieć, a raczej – zaczęły być. Ponieważ nagle poczuła że wylądowała, choć nigdy nie leciała samolotem. Że jest tu i teraz. 

Że jest.

I, pomimo tego że zdała sobie sprawę bardzo szybko, że chociaż jest na tej planecie dopiero od sekund dwóch, i że nie ma szans aby w tak krótkim czasie dowiedzieć się kim się jest ani czego się chce, wiedziała już na pewno czego nie chce. 

„O nie. Nie zadzwonię do matki. O nie” – wypowiedziała pozornie bez kontekstu zdanie, co sprawiło że na jej twarzy, zamiast rozproszenia, wymalował się czystej determinacji rys. 

Psychiatra, złapał tok jej myślenia w lot. I pozytywnie zaskoczył się, ponieważ dotychczas, kiedy był poruszany temat relacji z matką, na bladej i smutnej twarzy siedzącej przed nim aktualnie kobiety malował pędzlami raczej Edward Munch, stylistycznie formując jej mimikę w kierunku swojego najbardziej rozpoznawalnego obrazu, znanego pod tytułem „Krzyk”. Coś tam dzwoniło, ale słabo. 

Będąc również doświadczonym fachowcem zdawał sobie doskonale sprawę że pomysł przejścia na wegetarianizm nie był wyrazem wyrazem jej troski o dobro planety, czy dzikich łososi, a stanowił rozpaczliwą, choć nieuświadomioną, próbą na wyodrębnienie się z bardzo toksycznej relacji matka – córka. A że życie znał, sam matkę też miał, wiedział po prostu że matka tej pacjentki to kobieta świetna, ale w jednym – w opracowywaniu coraz to nowszych i sprytnie zakamuflowanych sposobów na to, jak nie dać swojej córce samodzielnie żyć. 

Ba, spojrzawszy na zegarek i terminarz wizyt ustalonych jeszcze na ten dzień, szybko ogarnął że na rozprawienie się z takimi jednostkami orbitującymi w systemie auto-wartości pacjentów, a ciągnących ich na samo dno – szans ma dzisiaj jeszcze dzisiaj dwie. W tym – u dojrzałego już mężczyzny, dziadka dwóch przeuroczych wnuczek. 

Wiedział że nudno nie będzie, przynajmniej do końca dnia.  

Pobudzony wyzwaniem oraz rozanielony przełomem jaki udało mu się osiągnąć, a i popędzony wskazaniem zegarka, nadał terapeutycznej rozmowie kończący ją ton. 

„Oraz, rozumiem, że wybór wegetariańskiej drogi życia kierowany był, na którymś przynajmniej poziomie, wyższymi względami etycznymi i chęcią dołożenia cegiełki do budowania naszej planety jako lepszej ziemi, jednakże… stawianie dobrostanu łososia, indyka, czy śledzia nad pani własny dobrostan fizyczny a w konsekwencji rownież psychiczny … no nie tędy droga szanowna pani, nie. Musi pani zrozumieć jedną bardzo ważną rzecz. Otóż, o wiele bardziej przysłuży się pani planecie myśląc pozytywnie, przede wszystkim na swój temat. A do tej pory, no słabo w tym temacie u pani jest. 

I nie chcę wywoływać teraz żadnej ideologicznej „wojenki”, gdyż nie taki jest ani mojego istnienia, ani pani wizyty u mnie cel, ale z badań w temacie wynika jasno, że wegetarianie mają olbrzymie tendencje do definiowania swojej osoby negatywnie, oraz cechuje ich duże poczucie bycia wyizolowanymi od społeczeństwa, co jest bezpośrednim następstwem obranej przez nich ścieżki żywieniowego realizowania „Ja”, pomimo rosnącego trendu społecznego w tym kierunku. Co po części może tłumaczyć pani niechęć, by gdzieś, na przykład w sobotni wieczór, wyjść. 

Stąd też, uważam że jeśli w głębi duszy ma pani ochotę jeść mięso –  niech pani je. Natomiast, jeśli przemyśli pani gruntownie sprawę i wyniknie z tych przemyśleń wniosek że wegetarianizm jest jednak ok, to z mojej stronym sugeruję udać się do dietetyka, ja tylko trochę na ten temat wiem. Dietetyk pomoże wzbogacić pani jadłospis w więcej witamin z grupy B oraz ryb. Prawdopodobnie może być wymagana suplementacja. Tutaj mam numer do jednego. Podobno skuteczna jest. Mi polecił olej z kryla na wysoki poziom cholesterolu, może w pani przypadku wizyta również okaże się zbawienna więc?”.

Kurtyna

Dieta Minima

p.s. further, but methodologically ordered research – highly advisable.

D.M.