DM

Jak rozpoznać i leczyć depresję

Mniej więcej w już, czyli w 2020 roku, depresja, obok choroby niedokrwiennej serca, będzie główną przyczyną niepełnosprawności społeczeństw.

I jedna i druga choroba mają swoje, może nie źródło, ale ich wystąpienie zależy w dość dużym stopniu od kwestii żywienia.

O chorobie niedokrwiennej serca w tym kontekście napisano już bardzo dużo, jeśli nie wszystko. W internecie można znaleźć olbrzymią ilość konkretnych i rzetelnych opracowań dotyczących mechanizmów, profilaktyki oraz terapii owego stanu rzeczy. Rozpatrzenie natomiast tej choroby przez pryzmat nawyków żywieniowych daje bardzo prostą receptę w postaci „panie, nie ucieknie panu z talerza, chociaż może powinno, bo byś pan musiał z kanapy wstać i za tym pobiec. Przestań pan tyle żreć. Ja rozumiem że Polaków przez wieki toczył głód, i doceniam to żeś pan patriota, ale życia pan tym chłopom nie przywrócisz, jak pan pozatykasz swoje żyły miażdżycą na śmierć”.

Odważnie jednak stwierdzę, że żaden lekarz nie odważy się do pacjenta powiedzieć tego nigdy, stąd choroba owa wiedzie prym.

Depresja natomiast, nawet po bliższym przyjrzeniu się tematowi nie wyczerpuje ani przyczyn powstawania, ani tym bardziej profilaktyki, a już zwłaszcza terapii. I o ile kwestia pewnych składników żywności, których niedostateczna podaż upośledza funkcje neurologiczne, co stwierdzone zostało w przypadku depresji jest bardziej niż pewna w branży, tak pewne kwestie są jeszcze dyskusyjne.

A nie powinny, zważywszy że istnieje istnieje jeszcze jeden wspólny kontekst schorzeń, na pierwszy rzut oka jednakże dość nieoczywisty, ponieważ ewolucyjny.

I o ile choroba niedokrwienna serca, rozpatrywana przez pryzmat ewolucji daje wynik w postaci choroby cywilizacyjnej, kosztu ponoszonego za dobrobyt, tak depresja …

… depresja rozpatrywana w tym kontekście nawet nie śliczna jest. Jest potrzebna. Jest mechanizmem adaptacyjnym.

Jedna z nowszych gałęzi medycyny, medycyna ewolucyjna zakłada, że zaburzenia psychiczne posiadają swój kontekst ewolucyjny. I ja twierdzę tak samo.

Chociażby schizofrenia. Pomimo tego że obecnie choroba ta uznawana jest za przyczynę spadku z jakiegokolwiek stopnia drabiny hierarchii społecznej, co skutecznie uniemożliwia (przynajmniej w praktyce) przekazanie odpowiedzialnych za nią genów dalej, tak jednak przetrwały one. Za ten stan rzeczy uznaje się społeczną faworyzację cech osobowościowych, za które na poziomie behawioralnym odpowiadają owe geny. Takie jak charyzma na przykład. Przytaczane są na dowód tego argumenty w postaci diagnoz post mortem, według których większość przywódców spełniała kryteria zaburzeń osobowości schizotypowych, paranoidalnych lub granicznych. Również, w odniesieniu do ciągot (lub zapotrzebowania) gatunku ludzkiego w kierunku tego co „dziwne”, „tajemnicze”, „niewyjaśnione”, „ezoteryczne”, „parapsychologiczne” i inne, schizoidalne cechy osobowości „szamanów” spajały kształtujące się społeczności poprzez swój kluczowy udział w tworzeniu obrzędów religijnych. Pytanie, czy te cechy społeczeństwo powinno wspierać.

Tak czy inaczej.

Depresja, w aktualnym rozumieniu tego schorzenia, obejmuje osiem różnych zaburzeń depresyjnych, zgodnie z klasyfikacją DSM – 5.

Chociaż jej przyczyna ciągle nie jest znana, aktualni badacze najbardziej skłaniają się ku hipotezie, że jest ona wypadkową interakcji pomiędzy czynnikami osobowościowymi, a obciążającymi zdarzeniami życiowymi.

Do głównych, klasycznych objawów należą m. inn. uporczywy smutek i obniżony nastrój, anhedonia i brak zainteresowania życiem. Martwić należy zacząć się, kiedy owe objawy utrzymują się powyżej dwóch tygodni. Nastrój ów znacząco również różni się od zwyczajowego, obserwowanego u danej osoby. Upośledzone są funkcje społeczne, zawodowe czy też edukacyjne.

Wśród specyficznych symptomów, obserwowanych na codzień wymienia się również wyraźnie wyczuwalną irytację, bezsenność lub nadmierną senność, ciągłe uczucie zmęczenia i obniżony poziom energii, brak lub nadmierny apetyt, osłabienie koncentracji i niezdecydowanie, poczucie winy i bezwartościowości. I albo zna te objawy z autopsji, albo powoływał się na nie przynajmniej raz – każdy z nas. Jesteśmy tylko i aż ludźmi, nie mieszkamy już w raju, a życie potrafi dać w kość.

Pojawienie się depresji to jest tak jakby trochę taki krach na giełdzie. Zgodnie z definicją jest to „nagły, gwałtowny spadek kursów akcji większości spółek notowanych na giełdzie. Krach spowodowany jest nagłym pogorszeniem nastrojów inwestorów prowadzącym do paniki i nagłej wyprzedaży walorów.”

Wyjaśniając analogię – giełdą jesteśmy my, natomiast walorami które tracą na wartości jest to, co do tej pory sprawiało że cieszyliśmy się życiem.

Hm.

To co sprawia że cieszymy się życiem to relacje. Wchodzimy w nie podejmując i wykonując aktywności sprzyjające poznawczym, zawodowym czy interpersonalnym korzyściom, realizując tym samym swoje potrzeby, czy to duchowe czy materialne.

W realizację owych potrzeb zaangażowane są głównie, zgodnie z psychoanalitycznym stanem wiedzy, dwie struktury.

Pierwsza z nich, podstawowa, tzw. ego, to opisana przez Freuda struktura psychiczna, której podstawową rolą jest godzenie wymagań organizmu z warunkami środowiskowymi. Struktura ta adaptuje jednostkę do otoczenia, kontroluje funkcje poznawcze i intelektualne, podejmuje decyzje o wyborze potrzeb i pragnień, które zostaną zaspokojone, oraz o działaniach w kierunku ich zaspokojenia.

(Celowo nie używam tak charakterystycznego dla Freuda określenia jak „popęd”, gdyż warunkuje ono niemożność zapanowania nad chęcią jego wypełnienia, a zgodnie z nim jedyne co pozwala człowiekowi nad popędami zapanować jest inteligencja. Tak czy inaczej.)

W psychoanalizie ukształtowało się podejście do depresji jako reakcji na utratę obiektu. Nieprzepracowana utracona więź z obiektem w postaci np. matki, rozumianej jako dostarczycielki dóbr, zasobów niezbędnych do przetrwania dziecka, zwłaszcza w najwcześniejszym okresie jego życia manifestuje się na poziomie biologicznym w postaci depresji. Ujawnia się ona, zgodnie z teorią o ego, w strukturze na niej nabudowanej, tzw. superego. Jest to wewnętrzna reprezentacja wartości moralnych, ideałów, sumienia. I takie tam bla bla bla bla bla. Nie opierałabym sensu teoretycznego pracy z cierpiącym psychicznie pacjentem na sfrustrowanym kokainiście. A Freud, rzekomy „ojciec” psychoanalizy praktycznie całe życie ją brał. But. Pa.

A nie, jeszcze Pan Freud zrobi pan wróć. Ponieważ.

Postulował on człowieka jako ofiarę nieustannego konfliktu, pomiędzy impulsami natury organicznej a seksualnej, które to wraz z rozwojem danej jednostki tłumione są przez rosnące wobec niej oczekiwania, zakazy i wymogi płynące ze środowiska zewnętrznego.

I chociażby cytując pana Freuda w kwestii, że dzieci nie są zwyczajnie złośliwe a złe, stawia on … no przede wszystkim stawia on sam siebie w świetle osoby, której należy się najpierw relaksująca wycieczka do lasu, a potem karna odsiadka w najlepszej ciastkarni w mieście. Z kompletem spłodzonych przez siebie dzieci. Pierwszych w kolejce pacjentów gabinetu dobrego terapeuty.

A przynajmniej lepszego niż on, ponieważ ja poważnie zastanowiłabym się nad drugą wizytą u specjalisty który sprowadza mnie do poziomu istoty, której jedynym celem istnienia na tej planecie jest bycie biologicznym tworem mającym za zadanie spełnić swoje biologiczne potrzeby i wpasować się w konstrukt społeczny. Wiedeński sznycel idź pan, panie Freud zjedz. A potem popij dobrym piwem. A potem może jakiś ruch?

Potrzeby organizmu takie jak jedzenie, picie, sen, odpoczynek, praca wynikają z samej struktury funkcjonowania tego organizmu, jego biologicznej warstwy, ot co. Niesamowicie pierwotna rzecz – człowiek wstaje i w nieuświadomiony nawet sposób zaczyna wykonywać aktywności zmierzające ku utrzymaniu owego organizmu w dobrej kondycji i sprawienia mu przyjemności. Do rozwoju. Do bycia. Do zmaksymalizowania swojego osobowego potencjału. Do pełni. Do … self.

Gdzie tu miejsce na konflikt? Organizm cieszy się życiem, a życie korzysta z niego, używa go, aby spełniać bardziej złożone cele, rozumiane w kontekście chociażby społecznym. Takie jak rozwój duchowy, emocjonalny czy intelektualny. O co się tu kłócić? Zwłaszcza ze sobą samym.

Wracając jednak do początku tekstu, gdzie patrząc przez pryzmat medycyny ewolucyjnej zaproponowałam spojrzenie na depresję nie jako reakcję na niedobór lub nadmiar zasobów niezbędnych do przetrwania, czy widmo utraty postaci ich dostarczającej a … sposób ich zdobywania.

Pomimo tego, że i niektórzy w tym ujęciu postulują utratę matki – dostarczycielki zasobów jako jedną z przyczyn depresji, w zabezpieczeniu dostarczania których to dóbr upatrują sens wytworzenia więzi emocjonalnej chociażby w przypadku małp rzędu naczelnych, tak … nie. I powiedziały to same małpy rzędu naczelnych.

W skrócie chodzi o to, że pan Harry Harlow udowodnił istnienie miłości, której potrzeba spełnienia stoi nad potrzebą zapewnienia sobie bezpieczeństwa egzystencjalnego, w postaci jedzenia, posiłku. Zdefiniował miłość jako poczucie bezpieczeństwa, które daje przytulenie.

Przeprowadzony w latach 60′ ubiegłego wieku przez Harlowa eksperyment dzisiaj prawdopodobnie nie mógł by mieć miejsca, ponieważ prawdopodobnie nie uzyskał by zgody żadnej komisji bioetycznej. A dlaczego? A ze względu na okrucieństwo psycholo .. a ze względu na brak miłości chociażby, czym musiał wykazać się ów badacz wobec małpek, umieszczając je w bardzo nieprzyjaznych rozwojowo sytuacjach. Kto dla rozrywki maltretowałby psychicznie małe małpki? Ale czego się nie robi w imię nauki, nie?

Na podstawie poczynionych przez siebie obserwacji wyodrębnił trzy style przywiązania, którymi charakteryzuje się jednostka, a na których podstawie buduje ona relacje w późniejszym okresie życia. Tak czy inaczej.

Ciekawe w tym względzie, i prawdopodobnie najbardziej użyteczne terapeutycznie spojrzenie proponuje Randolph M. Nesse, w myśl którego depresja jest odpowiedzią na dotychczasowe strategie funkcjonowania.

Pomimo tego, że przywiązanie emocjonalne dziecka do matki, jak i partnera do partnera widziane jest jako korzystne z punktu widzenia reprodukcyjnego, czyli przedłużenia gatunku, tak ów eksperyment pokazuje że nie w tym ani tkwi metoda, ani sens, zarówno przedłużania gatunku, jak i przywiązywania się do partnera. Czyli relacji.

Objawienie się depresji może na to wskazywać, będąc odpowiedzią o treści „stop” na dotychczasowy styl myślenia względem układania spraw.

Spowolnienie procesów fizjologicznych i wycofanie społeczne stanowią adaptacyjny sygnał ostrzegawczy, że dotychczasowe społeczne interakcje, a raczej utrzymywanie ich to niewspółmiernie duży koszt w porównaniu do zysków. Rozumieć to należy tak, że ludzie którymi się otaczam są nie tak. I to są aż tak bardzo nie tak, że da się to odczuć na poziomie fizjologicznym. Zadałabym sobie osobiście pytanie, co ja z tych relacji mam, że płacę aż tak.

Dotyczy to jednak stanów depresyjnych o lekkim i umiarkowanym nasileniu. Co więc z ciężką depresją?

W przywołanej powyżej publikacji Nesse’go podana została jeszcze jedna prawdopodobna przyczyna dla ujawnienia się objawów depresyjnych, w kontekście zdobywania dóbr mianowicie – manipulacja otoczeniem w celu ich zdobycia. Tyle że, objawy te są fałszywe.

I o ile rozpatrywana w kontekście klasycznej psychoanalizy jakościowo dobra wewnętrzna reprezentacja relacji z obiektem, czyli mniej więcej to o co chodzi w stylach przywiązania, na których to podstawie budujemy dojrzałe relacje, pozwala na tworzenie stabilnych, względnie satysfakcjonujących relacji – o dużym poziomie wsparcia społecznego, tak ten sposób na tworzenie społeczeństwa, czyli opartego o względnie satysfakcjonujące relacje jest według mnie trochę … słabe. Tak jak i społeczeństwo zbudowane na duchu względnie satysfakcjonujących relacji. Oraz opiekuńczości. Bo stres.

Uważam że względnie satysfakcjonująca relacja może być między klientem sklepu spożywczego a sprzedawcą, ale nie w związku partnerskim, a tym bardziej najbliższej rodzinie. W związku partnerskim relacje mają być zajebiste. A jednostka, której przyjdzie się wychowywać w pochodzącej z takiego związku partnerskiego rodzinie ma być tak silna, żeby umieć odróżnić względnie satysfakcjonujące relacje od zajebistych, zbudować takie, i dopiero w razie kiedy coś idzie nie tak – szukać pomocy w instytucjach wsparcia społecznego.

I tutaj objawia się według mnie depresja o nasileniu ciężkim, ale … nie u jednostek manipulujących (!), a jednostek które używane są do manipulacji!

Kojarzycie jeszcze Freuda, nie? Otóż nazywał on swoich pacjentów hołotą, która służy tylko i wyłącznie w celu uzyskania wystarczającej ilości materiału badawczego do stworzenia teorii na miarę uzyskania nagrody Nobla. Której nigdy nie dostał, pomimo wieloletnich konkretnych starań w tym kierunku. Widzę związek przyczynowo – skutkowy. Tak czy inaczej.

Przekładając medyczno – naukowy bełkot osadzany w kontekście społecznym na język konkretnych ludzi – coraz częściej do celu zagwarantowania sobie dóbr wykorzystywane są dzieci.

Wyobraź sobie że Freudem jest twoja matka, a pacjentem ty. W myśl tej koncepcji, jesteś bardzo silną jednostką, która w wyjątkowo niesprzyjających rozwojowi emocjonalnemu, czyli podstawowemu do funkcjonowania, całą swoją siłę życiową wykorzystywała na wypracowywanie tak złożonych mechanizmów adaptacyjnych w odniesieniu do niekorzystnych warunków otoczenia, że je przeżyła. Depresja to po prostu fizyczny tego koszt.

Nie oszukujmy się, uczucia i emocje to olbrzymie wyzwanie dla mózgu a neuroprzekaźniki nie biorą się z nikąd, tak jak i energia, którą wydatkujesz by chociażby odebrać telefon od chuj… niewłaściwie traktującej cię osoby. I jeszcze z nią z grzeczności porozmawiać. Albo na powstrzymanie się przed wyrzuceniem jej przez okno, jak krytykuje cię już drugą godzinę z rzędu. Albo powstrzymanie się, by samemu nie zrobić przez to okno hops.

Ergo – im cięższa depresja, tym lepiej sobie w życiu radzisz. Tym więcej masz witalnych, życiowych sił, które możesz wydatkować. Im większy spadek zanotowały twoje akcje, znaczy że tym wyżej stały. Ale zadaj sobie proszę pytanie – czy wartość twoich akcji nie została potraktowana zbyt dosłownie. Czy twoja wartość jako człowieka nie została zdegradowana do wymiernych korzyści materialnych drugiego. I czy warto poświęcać je akurat właśnie na to.

(Pisząc materialnych, mam również na myśli inny wymiar materialnych korzyści, a chociażby w postaci poczucia akceptacji, wypełnienia pustki czy innych deficytów emocjonalnych, o których wypełnienie w konstruktywny sposób dojrzała jednostka powinna zadbać sama).

Pamiętaj, ja zastosowałam giełdowe porównanie jako literacką analogię. Jeśli natomiast czytając te słowa odnajdujesz analogię w odniesieniu do otaczających cię relacji, znaczy że użyta przeze mnie literacka analogia, w twoim przypadku została użyta jako konkretne narzędzie do wykorzystywania twojej osoby.

Jest dostępne w internecie wiele opracowań pomocniczych dla osób, które wśród bliskich mają osobę borykającą się z depresją. I trafiłam na infografikę odnośnie tego, co mówić do osoby cierpiącej to schorzenie.

Motywem przewodnim były hasła pocieszające w stylu „obiecuję ci że jeszcze wszystko będzie tak jak dawniej”, „bez względu na to co czujesz jesteś tą samą osobą”, „daj sobie czas, nie obwiniaj się że czegoś nie zrobisz lub zrobisz to później” i tak dalej i tak dalej.

Nie.

Bardziej skuteczne i osadzone na ziemi, jak mam być szczera, w przypadku depresji są (idąc analogicznie) hasła „obiecuję ci że już nigdy nic nie będzie tak samo”, „to wszystko co teraz czujesz wskazuje że nie byłeś/sobą”, „zadbaj o siebie – natychmiast”.

Były jeszcze teksty „czy zrobić ci coś do jedzenia lub picia”, „jak mogę ci pomóc”, „wierzę w ciebie”.

Po raz kolejny stosując analogię, powinno iść raczej „ugotujmy razem coś”, „zwróć się po pomoc do specjalisty” i „uwierz w siebie”.

I o ile psychiatrą nie jestem, tak z kilkoma miałam towarzysko do czynienia. I broń Boże, nie zbliżam się nawet do myśli o tym, że więcej od nich wiem, ale …

…. ale …

… ale mało kto cierpi na tak pięknie zamaskowaną ciężką depresję jak oni. Prawdopodobnie dla tego że zadowalają się względnie satysfakcjonującymi relacjami. Patrząc z boku.

A tak po ludzku na nich patrząc, wydaje mi się że tym co nas wszystkich uratuje jest świadomość, że istnieje gdzieś na tym świecie osoba, która bezinteresownie, bo z troski pomyśli o nas w kategoriach „chodź coś zjedz. Odpocznij. Herbaty się napij. Prysznic weź. Pogadać chcesz? Tak wiem, że twoja matka kochała pieniądze, a nie twojego ojca, a ciebie trzymała przy sobie tylko po to żeby alimenty mieć, ale to nie definiuje twojej wartości w żaden sposób. Bezinteresownie kocham cię chociażby ja. Wystarczą dwa buziaki czy pięć?”.

Tyle że …. do tego potrzeba silnych jednostek. Które chcą zajebistych, szczerych, prawdziwych, opartych na bezinteresownej miłości relacji. I jak są wśród czytelników chętni na takie, to w dobrym kierunku teoretycznym idzie psychologia humanistyczna i personalistyczna. Takie mercedesy wśród poglądów na człowieka według mnie. Bo Freud? To stary polonez jest.

D.M.

p.s. Do objawów depresji zalicza się również pojawienie się myśli samobójczych. Wtedy należy szukać pomocy specjalisty NATYCHMIAST. Jak nie wiesz gdzie, formularz kontaktowy na stronie jest, coś wymyślę.