DM

Dojrzałość glutenemocjonalna

Pomimo tego że związek pomimo jedzeniem a myśleniem nie zyskał jeszcze zbytniego poklasku w świecie nauki, tak kwestia ta wydaje się być na tyle istotna, że postanowiłam się bliżej przyjrzeć ja. 

… znaczy zyskał, ale nie od tej strony co trzeba …

W myśleniu, jak głosi plotka, podobno przyszłość tkwi. Druga plotka głosi, że to co jemy ma wpływ na to, jak mózg myśląc tworzy to co najcenniejsze, czyli myśl.

Z faktu mojego umiejscowienia zawodowego w obszarze dietetyki oraz krystalizowania swojej specjalizacji w kategorii neuronutrition, postanowiłam plotce przyjrzeć się bliżej, czy w niej przypadkiem ziarno prawdy nie tkwi. I voila. O ile jednakże prorokiem nie jestem, więc nie posiadam kompetencji do weryfikacji pierwszej pierwszej pogłoski, tak w drugiej z całą pewnością ziarno prawdy tkwi. A nawet dwa. 

Ale do rzeczy. 

Tak jak i ziarna prawdy w pogłosce dwa, tak i w mózgi człowiek wyposażony jest dwa. Pierwszy, z nich to mózg – mózg, drugi natomiast to oś jelita-mózg.

Mózg – mózg, czyli mózg, był dość po macoszemu traktowany przez wieki. Sam ojciec medycyny – Hipokrates, uznawał go za narząd służący jedynie chłodzeniu krwi. Był on w tym stwierdzeniu bardzo bliski prawdy, gdyż wiadomo, że jedynie logiczny styl myślenia schłodzi gorącą krew. A my, słowianie, z gorącej krwi jesteśmy znani. Dopiero XX wiek przyniósł przełom w postrzeganiu tego narządu, funkcji jakie on spełnia oraz możliwości jakie daje. Położono więc nacisk na szerokoaspektowość zagadnienia, która wyraża się w konkluzji – mózg rządzi wszystkim, a co za tym idzie – wszystkim rządzi finalny produkt działalności mózgu, mianowicie myśl. Badania w temacie trwają. 

Tyle że, jest jeszcze drugi mózg, od którego kondycji bezpośrednio zależy to, jak sprawnie funkcjonuje pierwszy, uznawany za główny mózg.

Mózg oś jelita – mózg. 

Temat rzeka jest, i nie dość że w tej rzece woda panta rei, to jeszcze nihil novi sub sole est. Już od ponad 100 lat obserwuje się pozytywny wpływ interwencji żywieniowych na osoby borykające się z zaburzeniami myślenia. 

W tym na przykład przypadku rzecz dotyczyła osób cierpiących na chroniczne myślenie negatywne, zwane wtedy melancholią, a dziś depresją. Wykluczono melancholię jako współtowarzyszącą innym stanom nieprawidłowości mentalnych. Tym natomiast, co przyniosło ulgę, była administracja w warunkach klinicznych bakterii kwasu mlekowego. I o ile zamysłem autora publikacji nie było tworzenie monografii na temat owych mikroorganizmów, skupił się więc on na wytycznych dotyczącej źródła ich pochodzenia, kultywacji, protokołów ich administracji oraz jej skutków. 

Bardzo dużo uwagi poświęcił praktycznym wytycznym dotyczących sposobu wprowadzania „laktobacilnych eliksirów” do obrotu na oddziały, pochylając się szczególnie nad materiałem opakowań, postulując tym samym szkło jako jedyne słuszne, oraz zamieszczając w publikacji szczegółowe instrukcje odnośnie zachowania owego szkła czystości mikrobiologicznej. I o ile ja zaproponowałabym troszeczkę inny protokół żywieniowy towarzyszący tej kuracji mikroorganizmami, tak niemożna odmówić słuszności postulowanemu przez niego, gdyż na tamte czasy było to stateof-the-art, co więcej, rozwiązanie to stosowane jest również do dziś. 

Z lektury tekstu dowiemy się, że kolonizacja mikroorganizmami na nowo, delikatnie mówiąc, nie należała do najprzyjemniejszych, zwłaszcza w przypadku pacjentów gdzie jelito grube znajdowało się z stanie atonii, tzw. niedowładzie. Obserwowano skurcze jelit, bóle głowy, szumy w uszach (!), swędzenie skóry oraz nudności. Nieprzerwane jednakże posiłkowanie chorych porcjami wesołych bakterii prowadziło w dłuższej perspektywie do wesołych skutków. Wśród nich wymienił autor publikacji  przede wszystkim ulgę w zaparciach, co przejawiało się znaczącym wzrostem częstotliwości wypróżnień, oraz korzystną zmianą ich cech jakościowych. 

Zanotowano również, a może przede wszystkim, poprawę stanu cery pacjentów, happier expression of their faces, oraz wzrost pragnienia spożywania dobrych posiłków, co uznawane jest za pukanie radości życia do drzwi zatrzaśniętych przez melancholię. Objaw bardzo pozytywny. 

Jednakże, nie o ziarnie kefirowym, stanowiącym źródło bakterii kwasu mlekowego poniższy wpis, a o ziarnie pszenicznym, starszym niż greckie tragedie, do których to można porównać stan, w jaki wpędzić człowieka może nieumiejętne obchodzenie się z nim, jak cichutko szepce epidemiologia, a co wynika z badań.  

Bohater dzisiejszego wpisu, owo ziarno pszeniczne, zawiera bowiem pewien składnik, nad którym powinniśmy się poważnie zastanowić. 

Niejaki gluten, bo o niego chodzi, w dzisiejszych czasach i pewnych kręgach traktowany jest już w kategoriach zarówno tragicznych, jak i politycznych. Przenosząc to na obszar nawyków lecz stosując polityczną terminologię – wyróżnić można Obóz Zagorzałych Glutenfanów oraz frakcję (jeszcze bardziej) Zagorzałych Przeciwglutenników. Są wśród nas również obywatele przyjmujący postawę obojętną i spokojnie żujący swoją bułkę dalej, nie zagłębiając się w temat. Tak zwani, Glutenowochłodni, ewentualnie Frakcja Obojętnych na Gluten.

Ci pierwsi, zagorzali fani, powołują się na fakt że chleb jadł człowiek zawsze i będzie jadł zawsze. Ci drudzy, często nie przebierając w słowach mówią glutenmafii zdecydowane „nie” bazując na doświadczeniach własnych, publikacjach naukowych, czy po prostu ulegając podążającym za modą wpływom środowiska.

A obwinia się go o wszystko. O otyłość, próchnicę, raka, wypryski, bezpłodność, nadciśnienie, depresję, autyzm, wojny domowe, obniżone libido i impotencję, rozwody, kaca i co tam jeszcze można w internecie na ten temat znaleźć. A można. I choć w kategorii wnioskowania w naukach medycznych informacje owe to plotki, tak z wieloma z nich nie sposób już się kłócić, czy im zaprzeczać. Warto natomiast przyjrzeć się im bliżej. Zwłaszcza że, jak wynika z przeprowadzonego w 2013 roku, szeroko zakrojonego jak na dziedzinę nauk o zwyczajach żywieniowych Polaków, badania pieczywo, a co za tym idzie gluten stanowi składnik wszystkich posiłków w ciągu dnia u 92,6% badanych, bez rozróżnienia o który chodzi posiłek

Ok. 

Chleby, bułki, bagietki, rogale na każdy posiłek w ciągu dnia wśród ponad 92% obywateli Polski. Dość wiarygodna informacja ponieważ autorzy badania, powtórzę, twierdzą że grupa reprezentatywna, obejmująca 2361 reprezentatywnych respondentów. Reprezentatywnych, podkreślam raz jeszcze. 

Ok. 

Czyli skoro 92% obywateli naszego kraju spożywa pieczywo pod taką czy inną postacią w dość dużej ilości, i robi to ciągle, znaczy że nie odczuwa niekorzystnych skutków takiego trybu żywieniowego, co oznacza całkowitą jego tolerancję. Tylko czy aby na pewno?

Trochę faktów w kwestii tego, czym w ogóle ten budzący niemałe kontrowersje gluten jest, oraz jak wygląda jego metabolizm. 

Jest to główna proteina budulcowa ziaren zbóż glutenowych, składająca się z gluteniny i gliadyny (pszenica), sekaliny (żyto), hordeiny (jęczmień), i aweniny (owies). Sprężystość, elastyczność i zwięzłość ciasta uzyskaną podczas wyrabiania mąki z wodą – zawdzięczamy właśnie temu kompleksowi. Wykorzystanie glutenu nie kończy się w branży piekarniczej jednakże, gdyż jego dodatek, w postaci chociażby kaszy manny, stosowany jest na przykład przy wyrobie wędlin, serków topionych, czy każdego praktycznie produktu, którego objętość lub teksturę chcemy kształtować. Gluten znajdziemy również w gotowych potrawach, przyprawach, przetworach mlecznych, koncentratach spożywczych oraz kosmetykach.

Za dzienną dawkę glutenu powodującą proces zapalny w śluzówce jelit (tzw. gluten treshold ) uważa się ilość od 10 – 50 mg, przy czym jedna kromka chleba, o masie 25 g. zawiera glutenu około 1,6 mg. Korelując to z wykazaną wcześniej częstotliwością spożywania pieczywa przez obywateli naszego kraju – niebezpieczną dawkę przekroczyć łatwo. 

W kwestii zaburzonych mechanizmów tolerancji glutenu wyróżnia się

  • * celiakia – genetycznie uwarunkowana autoimmunologiczna choroba trzewna przebiegająca z enteropatią kosmków jelitowych. Istnieje szybki i jednoznaczny protokół diagnostyczny opracowany przez ESPGHAN (The European Society for Pediatric Gastroenterology, Hepatology and Nutrition). 
  • * alergia na pszenicę – charakteryzują ją nagłe i charakterystyczne objawy występujące niedługo po spożyciu produktu. Diagnostyka zakłada wystąpienie specyficznych przeciwciał w klasie IgE po kontakcie z alergenem.
  • * choroba Dühringa
  • * nieceliakalna nadwrażliwość na gluten (ang. non-celiac gluten sensitivity, NCGS) – wariant nietolerancji pokarmowej wywołanej spożyciem glutenu i związanym z tym występowaniem objawów chorobowych u pacjentów, u których wykluczono celiakię oraz alergię na pszenicę. Epidemiologia NCGS w populacji ogólnej jest trudna do oszacowania ponieważ nie istnieją żadne dane epidemiologiczne. Wzmianki dotyczące etiologii są niejednoznaczne i często sprzeczne. Dotąd nie zidentyfikowano specyficznych dla tego wariantu nietolerancji glutenu żadnych specyficznych biomarkerów, choć u części pacjentów stwierdza się obecność przeciwciał przeciwgliadynowych w klasie IgG, które zanikają po wykluczeniu glutenu z diety. Od dwóch powyższych odróżnia ten wariant „choroby” sposób odpowiedzi immunologicznej, mianowicie z dotychczas przeprowadzonych badań wynika, że NCGS rozwija się wskutek aktywacji wrodzonej, nieswoistej odpowiedzi immunologicznej, która zależy od aktywacji cytokin zapalnych, lecz nie skutkuje powstaniem pamięci immunologicznej. Wśród objawów klinicznych NCGS obserwowane są: bóle brzucha, wzdęcia,  nudności, zmiana rytmu wypróżnień, bóle mięśniowo – stawowe, drętwienie kończyn, zmiany skórne, niedokrwistość, oraz objawy psychoneurologiczne, takie jak zaburzenia koncentracji, uwagi, obniżony nastrój, bóle głowy. (proponuje się  nową zarówno nomenklaturę, jak i podział schorzeń zależnych od glutenu, oraz algorytm diagnostyczny.)
  • * asymptomatyczna celiakia

I tu zaczyna robić się ciekawie. Pozwólcie że przytoczę wam jedną pozornie niezwiązaną z tematem historię. 

Podczas niedawnej zmiany miejsca zamieszkania korzystałam z usług profesjonalnej ekipy przeprowadzkowej. Młode, silne chłopaki, niejedno pudło już na szóste piętro bez windy wniosły. Profesjonalizm poznałam po podejściu do moich „artefaktów” w postaci chociażby dość dużej ilości kwiatów doniczkowych, które wyrażało się wyjątkową troską o nie. Jeszcze na miejscu które opuszczałam, lojalnie uprzedziłam obu Panów – „Szanowni Panowie, to są pudła z książkami, jedno z nich jest wyjątkowo dopakowane, a co za tym idzie ciężkie. Sugeruję trzymanie od spodu, żeby nie stało się dla książek nieszczęście”. 

Panowie jak to Panowie, pomyśleli zapewne, co też kobieta, w dodatku blondynka, może o targaniu pudeł z książkami wiedzieć. Zapewnili mnie więc że są one bezpieczne. Zaufawszy im w tym względzie, zajęłam się transportem lżejszych rzeczy, w duchu dziękując Bogu że są ludzie dzięki którym sama nie muszę targać materialnego urzeczywistnienia posiadanej przeze mnie wiedzy. Przeprowadzka szła świetnie. Płynność dostarczania mi pudeł i kwiatków doniczkowych -godna świetnie naoliwionej taśmy produkcyjnej. Do czasu. 

Stojąc już w miejscu docelowym, próbując samą siebie gdzieś między pudłami umiejscowić (jak to przy przeprowadzkach bywa), zauważyłam że od jakiegoś czasu „dostawy zostały wstrzymane”. A akurat była kolej na moje książkowe pudła. W końcu, po pewnym czasie zjawił się Pan niosąc moje skarby (choć dla innych może makulaturę), w innych niż ja je pakowałam pudłach. 

„A nie mówiłam żeby trzymać od spodu?” – wymądrzyłam się.

„Szanowna Pani!” – wykrzyknął (z nieukrywaną choć niejasną dla mnie na ten moment satysfakcją) Pan odpowiedzialny za transport owego pudła –  „mówiła Pani żeby trzymać od spodu, a pudło pizdło bokami! Ha!”. 

Analogia owej historii do kwestii tolerancji glutenu jest w tym miejscu, że spożycie nadmiaru glutenu, jak zostało już wcześniej wspomniane, nie zawsze daje objawy ze strony układu pokarmowego, stąd wprowadzone przeze mnie do obiegu pojęcie asymptomatycznej celiakii. 

Jak zostało wcześniej wyjaśnione, typowa celiakia posiada jasno określony protokół diagnostyczny, na który składają się niedożywienie, objawy ze strony układu pokarmowego, obecność specyficznych przeciwciał oraz wyniki biopsji jelita cienkiego, które wskazują na zanik kosmków jelitowych, oceniany w tak zwanej skali Marsha. 

Tyle że, duża grupa pacjentów zdiagnozowana na klasyczną celiakię w obrazowaniu diagnostycznym, nie wykazuje typowych dla omawianego schorzenia objawów i symptomów, prezentuje natomiast szeroki wachlarz innego badziewia, w postaci cukrzycy typu I, ciężkiej hipoglikemii w przebiegu cukrzycy typu I, łuszczycy, dziecięcego zespołu bezdechu sennego, neoplazji, atopowego zapalenia skóry, depresji, reumatoidalnego zapalenia stawów u dzieci, autyzmu, schizofrenii i zespołu jelita drażliwego. 

Co więcej, autorzy powyższej publikacji przywołują dane, według których tylko 17% zdiagnozowanych na celiakię cierpi z powodu typowych dla niej objawów. Idą wręcz dalej w analizie dostępnych w temacie doniesień naukowych, a z nich wynika że wśród osób (z populacji starszych wiekiem), u których stwierdzono obecność przeciwciał przeciwgliadynowych, u 54% wykazano stan zapalny jelit, ale tylko niewielka liczba z nich skarżyła się na dolegliwości ze strony układu pokarmowego. 

Zgodnie z powyższym, w 2009 roku w Wielkiej Brytanii zasugerowano prowadzenie badań przesiewowych w kierunku celiakii u pacjentów cierpiących na cukrzycę typu I, zespół jelita drażliwego, schorzenia tarczycy, chorobę Addisona, padaczkę, chłoniaka, krzywicę, powtarzające się poronienia, chorobę Sjorgena i Turnera. 

Zadano również pytanie, jak to jest w ogóle możliwe, że pacjenci z asymptomatyczną celiakią oraz dowiedzionym klinicznie stanem zapalnym w jelitach nie doświadczają typowych dla celiakii objawów ze strony układu pokarmowego? Na podstawie wyników obserwacji klinicznych pacjentów cierpiących na schorzenia neurologiczne nieznanego pochodzenia (jak na przykład obwodowe polineuropatie) powstało rownież drugie pytanie, czy nie jest to system połączonych bardziej, niż manifestacja wrażliwości na gluten. 

Pytaniem – pochodną natomiast, które zawraca mi głowę ostatnio, jest wątpliwość, czy coraz większa zwiększona zapadalność na choroby psychiczne i zaburzenia osobowości, nie jest skorelowana przypadkiem ze zwiększonym spożyciem glutenu przez członków cywilizowanych społeczeństw, tak jak nie jest to prawdopodobną przyczyną wzrostu zachorowań na celiakię. 

A jakie choroby i zaburzenia psychiczne mam na myśli? Schizofrenię, depresję, lęki, fobie społeczne…Istnienie wysokiego poziom beznadziei wewnętrznej na jakim funkcjonuje duża część bliskich z otoczenia większości czytelników, lub też samych czytelników,  jest przecież nie do zaprzeczenia. 

Już w 1953 roku zauważono korelację pomiędzy występowaniem schizofrenii a celiakii u dzieci. Odróżnia się jednak patomechanizmy nadwrażliwości na gluten występujące u osób cierpiących na schizofrenię wyłącznie, od zdiagnozowanej klasycznie celiakii z towarzyszącą schizofrenią. 

Ja pozwolę sobie pójść w dywagacjach dotyczących tematu jeszcze krok dalej, i stwierdzę że system naczyń połączonych jest, ale pstryczkiem uruchamiającym cały mechanizm jest … nawyk.  

Zabiegi technologiczne ukierunkowane na zwiększenie zawartości glutenu w ziarnie znane są nie od dziś. Cofając się w czasie, do starożytności, kiedy to dietetyka, oprócz chirurgii i farmakologii była jedną z trzech głównych gałęzi medycyny, jeden z żywieniowych „guru” tamtejszych czasów, łączący koncepcje dietetyczne z rozwojem duchowym, niejaki Klemens Aleksandryjski, stwierdził że „nawet tak proste pożywienie jak będący podstawowym pokarmem chleb starają się uczynić bardziej delikatnym, przesiewając specjalnie pszenną mąkę, by stał się on też zasługującą na naganę przyjemnością”. 

Stał on tym stwierdzeniem okoniem wobec drugiego „guru” żywieniowego owych czasów, Galena, który w swojej klasyfikacji chleba pszennego (a starożytne klasyfikacje tej kategorii potrafiły być rozbudowane – wspomnieć można chociażby 70 gatunków „pszennego chleba ekskluzywnego” wg Atenajosa) za najcenniejszy pod względem zdrowotnym uznawał dobrze wyrośnięty chleb z mąki pszennej przesianej i oczyszczonej. Powoływał się on tym na jego lekkostrawność oraz pożywność co przekładać się miało na ujecie spożywania chleba jako „zastosowania procedury medycznej” w zakresie rekonwalescencji ciężko chorych.

Wracając do kraju, nie da się ukryć, a raczej nikt nie będzie zaprzeczał że pieczywo w 2019 roku w niczym nie przypomina pieczywa pierwszych Słowian (teraz już Chrześcijan), a nawet gdyby chciało to by nie mogło, ze względu na, chociażby,  utrwalone już w kulturze agrarnej zabiegi których celem jest genetyczne zwiększenie zawartości omawianego białka, by podnieść jego wartość wypiekową.

Patrząc więc na sprawę od strony nawyków, które stanowią cel moich poszukiwań – źródłem wszelkich nieszczęść kojarzonych z glutenem nie jest on sam w swojej istocie, a przyczyna dla której sięgamy po niego, i to przyczyna która sprawia że sięgamy po niego w nadmiarze. A ta, z przykrością stwierdzam, nie leży w rękach piekarza, gdyż, nie on nam do rąk bułkę siłą wkłada. 

Więc co?

Odpowiedź na to pytanie tkwi w tym fragmencie cyklu metabolicznego glutenu, podczas którego powstają tak zwane peptydy opioidowe, czyli narkotyki przekładając język biochemiczny na nasz. Mają one zdolność przenikania bariery krew – mózg i łączenia się z receptorami opioidowymi w mózgu oraz innych organach. 

Zostało owszem, postawione pytanie, czy egzogenne endorfiny pochodzące z żywności mają jakąkolwiek możliwość wywołania efektu neurologicznego, zwłaszcza w kontekście ich zdolności przekraczania bariery krew – mózg, ale zważywszy na łatwość z jaką ulega ona uszkodzeniu przez, chociażby, stres, dietę, alkohol czy leki OTC, nie powinno ono stanowić przyczynku do zaniechania dalszych rozważań w temacie.

Zwłaszcza że. 

Produkcja egzorfin w organizmie należy do efektywnych – dane wskazują, że wystarczy spożycie już jednego grama kazeiny (ilość odpowiadająca około dwóm łyżkom mleka), by wywołać efekt fizjologiczny. W kontekście glutenu jest to o tyle znaczące, że działanie opioidów glutenowych jest o wiele silniejsze niż kazeinowych. 

Swoją budową przypominają morfinę, i podobnie jak ona łączą się z receptorami opioidowymi, które dedykowane są wytwarzanym przez nasze ciało opioidom – endorfinom. Substancje te podane bezpośrednio do mózgu szczurom odpowiedzialne były za „dziwne” efekty z kategorii behawioralnej – w początkowej fazie obserwowano duży niepokój, następnie obniżenie aktywności. 

Ich obecność jest obserwowana zarówno moczu i we krwi pacjentów chorych na schizofrenię. Co więcej, u tych pacjentów, oraz u dzieci z objawami psychotycznymi, jak i kobiet z psychozą poporodową, wykryto podwyższony poziom egzorfin w płynie mózgowo – rdzeniowym. Z fizjologicznego punktu widzenia nie powinny one tam występować, jednakże za ich obecność (prawdopodobnie) odpowiedzialny jest uszkodzony mechanizm zabezpieczający w jelitach, stąd też przenikają do krwi, gdzie dodatkowo pobudzają układ autoimmunologiczny, a następnie do płynu mózgowo – rdzeniowego (ang. cerebrospinal fluid, CSF). Mechanizm ten potwierdzany jest przez, chociażby, obserwację dodatniej korelacji pomiędzy poziomem przeciwciał przeciwglutenowych we krwi a poziomem egzorfin w CSF u chorych na schizofrenię. 

Czyli, na chłopski rozum, jesz bułę czy tam makaron, po czym to trawisz, a w efekcie – mechanizm odpowiedzialny za haj dostajesz do posiłku gratis. W dodatku legalnie. Mind, nomen omen, blowing.

Na tej podstawie zrodziło się w mojej odstawionej (w miarę możliwości) już jakiś czas temu od glutenu głowie pytanie, czy wykluczenie glutenu z diety w dzieciństwie (lub też na późniejszym etapie rozwoju), może zmniejszyć ryzyko wystąpienia (tudzież złagodzić objawy), dajmy na to schizofrenii, i jaką rolę mogą odegrać w tym profilaktycznym procesie, prawidłowo ukształtowane nawyki. 

Jako że nie jestem prorokiem, co podkreślam po raz drugi, a i temat dla mnie nowy, musiałam przyjąć inną postawę. Wybrałam więc kormorana nurkującego we wzburzonym oceanie, gdyż zarówno głęboka jak ocean jest etiopatogeneza tego schorzenia, jak i burzliwy może być jego przebieg. 

Genetyka wyjaśnia ryzyko zachorowania na schizofrenię tylko w około 30% przypadków, a i tak postuluje się konieczność prowadzenia intensywnych poszukiwań mechanizmów pośredniczących w interakcjach geny – środowisko, odpowiedzialnych za ekspresję owych genów. Rozumie się to jako poszukiwanie czynników zarówno z kategorii diety, jak i relacji, zwłaszcza w najbliższym otoczeniu, czyli rodzinie. 

Nurkując w pierwszej kolejności w obszar neuronutrition, koncepcje z tej dziedziny są następujące:

  • * Teoria zapalna, obejmująca udział makrofagów i cytokin, potencjalnie wskazująca na miejsce gdzie zaczyna się cała „zabawa”. Jako że jelita to największy powierzchniowo organ, którym kontaktujemy się ze światem zewnętrznym, a wedle najnowszych doniesień, powierzchnia ta sięga 40 metrów kwadratowych – „zabawa” jest raczej w chowanego, ponieważ jak i chować, jak i bawić się jest gdzie. 
  • * Mechanizmy z funkcjonowaniem osi mózgowo – jelitowej znane już Galenowi, jednakże dokładna anatomia osi jest nam znana dopiero od XIX wieku, kiedy to Auerbach wespół z Meissnerem odkryli w ścianie jelita włókna zazwojowe tworzące jelitowy układ nerwowy. Należą do nich chociażby drogi metaboliczne, którymi jelita komunikują się z mózgiem, zaliczyć do nich można na przykład kwasy tłuszczowe SCFA (ang. short-chainned fatty acids), stanowiące produkt fermentacji w jelicie grubym, a zmiany w zawartości których opisano w kale pochodzącym od dzieci z autyzmem. Kiedy administrowane u szczurów, powodowały wystąpienie zachowań autystycznych i agresji. Chociażby.

Wśród czynników mających wpływ na funkcjonowanie osi mózgowo – jelitowej wymienia się:

  • * Mikrobiom jelitowy – pomimo rosnącego zainteresowania w temacie, zarówno z teoretycznego, jak i praktycznego punktu widzenia, bakterie kolonizujące nasz przewód pokarmowy stanowią „narząd zapomniany”, przez niektórych określany również „niedocenianym”, chociaż znany jest udział bakterii w tworzeniu centralnego układu nerwowego i regulacji jego funkcjonowania poprzez chociażby zaobserwowane obniżenie poziomu BDNF, czy ekspresji niektórych receptorów w hipokampie czy korze mózgowej u istot nie posiadających mikrobiomu, tzw. germ – free. Koncepcja ta zawiera również udział mikrobioty w obniżaniu poziom cytokin prozapalnych. W grupie badanej otrzymującej probiotyk, u której zjawisko to zostało zaobserwowane, zauważono również wzrost stężenia tryptofanu i jego metabolitu – kwasu kynureninowego, który ma neuroprotekcyjne działanie, a zaburzenia na szlaku jego metabolizmu uważane są za jeden z centralnych czynników w rozwoju schizofrenii. Zwraca się uwagę na konieczność dokładniejszego zbadania korzystnego składu mikrobiomu, gdyż obecność niektórych szkodliwych związków produkowanych przez bakterie uszkadza uszkadza barierę jelitową, co w konsekwencji otwiera drzwi niepożądanym substancjom do krwioobiegu.
  • * Zespól cieknącego jelita – Rzecz rozbija się przede wszystkim o aktywację układu odpornościowego poprzez odżywieniowe aktywowanie czynników, które zwiększają przepuszczalność jelita, takich jak zonulina, której mechanizm przypomina mechanizm działania toksyny produkowanej przez przecinkowce cholery. Na aktywację i ekspresję zonuliny wpływ mają gluten, antybiotyki, bakterie, leki. U pacjentów cierpiących na schizofrenię jest to również istotne ze względu na podwyższoną ekspresję markerów zapalnych, której prekursorem jest haptoglobina, a której receptory występują w mózgu. dowody na strukturalne uszkodzenie bariery jelitowej u osób cierpiących na schizofrenię pochodzą z trzech rodzajów badań:
  • – autopsyjnych – w grupie przebadanych 82 osób chorych na schizofrenię u 92% stwierdzono colitis, u 88% colitis, u 50% gastritis.
  • – badań nad markerami zapalenia jelita i translokacją bakterii w schizofrenii, które wykazują m.inn. podwyższony poziom przeciwciał przeciwko Saccharomyces cerevisiae (co wskazywać może na nadwrażliwość na drożdże spożywcze), oraz rozpuszczalnego antygenu różnicowania komórkowego sCD14, który jest wskaźnikiem bakteryjnej translokacji. Jego podniesiony poziom skorelowany był również z poziomem CRP, przeciwciałami klasy IgG przeciwko glutenowi, co uznano za sugestię w kierunku istnienia związku pomiędzy stanem zapalnym, przepuszczalnością jelita i nadwrażliwością na antygeny pokarmowe u pacjentów chorych na schizofrenię.
  • – badań nad chorobotwórczymi antygenami, dotyczącymi możliwości przenikania antygenów do układu krążenia i wywoływania reakcji immunologicznej przeciwko własnym tkankom i komórkom poprzez zjawisko mimikry molekularnej, który to proces odgrywa centralną rolę w rozwoju chorób autoimmunologicznych, których częstsze występowanie obserwowane jest u osób chorych na schizofrenię i ich rodzin.
  • * Nadwrażliwość na gluten oraz kazeinę mleka krowiego – wyniki płynące z badań wśród osób chorych na schizofrenię potwierdzają obecność przeciwciał przeciwko glutenowi, odnoszą się one jednak wyłącznie do przeciwciał związanych z nadwrażliwością na gluten, ponieważ nie zostało stwierdzone występowanie przeciwciał charakterystycznych dla celiakii, lub też ich rozpowszechnienie było zbliżone do notowanego w grupie kontrolnej. Jednakże, nie są one wystarczające aby stwierdzić związek, ponieważ wyniki znacznie różnią się pomiędzy poszczególnymi obserwacjami. Tylko że, istnieją doniesienia mówiące o złagodzeniu lub całkowitej remisji objawów psychotycznych po wprowadzeniu diety bezglutenowej. Stąd też postuluje się również rozważenie wprowadzenia diety eliminującej gluten jako dodatkowego czynnika terapeutycznego przy tradycyjnym leczeniu przeciwpsychotycznym

Wśród czynników natomiast środowiskowych, które rozważane są  nie tylko jako przyczynek do wystąpienia objawów schizofrenii, ale również warunkujących jej przebieg, wymienia się przede wszystkim stres. 

Przewlekły i nadmierny, jest zjawiskiem o potwierdzonej roli w wyzwalaniu pierwszego epizodu schizofrenii, szczególne znaczenie przypisuje się oddziaływaniu stresorów w wieku dziecięcym, kiedy to zarówno układ nerwowy, jak i hormonalny jest niezmiernie na ich destrukcyjne działanie podatny. Ponadto, ekspozycja na sytuacje stresowe jest potwierdzonym czynnikiem wyzwalającym zarówno pierwszy epizod psychotyczny typu schizofrenicznego, jak i skorelowana ona jest z ryzykiem nawrotu choroby. Mechanizm który uważa się za odpowiedzialny za ten stan rzeczy ujęty został w hipotezie „dwóch uderzeń”, (two-hit hypothesis), w myśl której zmiany w obrębie mózgu wynikłe na bazie zaburzeń procesów neurorozwojowych dziecięcego z okresu , traktowanych jako pierwsze uderzenie, są podłożem zwiększonej wrażliwości na bodźce stresowe. I jeśli w życiu jednostki w ten sposób „predystynowanej” wystąpi drugie uderzenie, w postaci wystąpienia zdarzenia traumatycznego, spodziewać się można będzie klinicznej manifestacji w postaci psychozy typu schizofrenii.

Oczywiście jest cała kaskada mechanizmów łączących stres ze schizofrenią, zachęcam do zapoznania się z oryginalną publikacją. Co niezaskakujące, przywołano znaczący udział normalizacji ekspresji BDNF w przebiegu farmakoterapii depresji, jako kluczowy szlak, który ulega naprawie, a który to szlak uważany jest za niezmiernie istotny w zakresie zachowania plastyczności neuronalnej i adaptacji do sytuacji stresowych.

Ale czym tak właściwie jest schizofrenia? I jak można osadzić jej profilaktykę w kontekście nawyku stosowania odpowiedniej diety? 

Sięgając do etymologii tego słowa, znaczy mniej więcejschizo” – rozszczepiam, rozdzieram i „phren” – serce, umysł, wolę. 

Jest to schorzenie przyjmujące tyle postaci, ilu pacjentów z nią zdiagnozowanych,

Czym natomiast jest nawyk? Jest czystą neurochemią mózgu, wypadkową wyrzeźbionych przez neuroprzekaźniki szlaków tego, jak odbieramy bodźce ze świata zewnętrznego oraz wewnętrznego, w jaki sposób je przetwarzamy oraz jak na nie reagujemy. A to już jest kwestią czysto behawioralną. Chcąc nie chcąc, na codzień rządzi nami więc chemiczny koktajl w mózgu, którego skład warunkuje naszą tożsamość. To kim jesteśmy. Nasze „Ja”. I właśnie ten koktajl, w przypadku schizofrenii, ma zaburzony, oraz co więcej – nie pewny sam siebie, skład. Oraz co więcej więcej, oczekuje się od chorych na schizofrenię radzenia sobie z czynnikami społecznymi, które zdrowi ludzie, o wiele mniej podatni na działanie stresorów, określiliby jako nie dające się tolerować. Czyli nie dość że choroba wywołana przez stres, wywołuje stres sama z siebie, to jeszcze trzeba włożyć trzy razy więcej siebie, którego nie do końca się ma, żeby życie jakoś do przodu pchać. Neurochemiczny koktajl w mózgu ma pełne prawo zabuzować. Ba! I dobrze że to robi! Inaczej prawdopodobnie ów mózg poprzez eksplozję rozsmarowałby się sam na pobliskiej ścianie. 

Jednakże, wracając do tematu,  

Ażeby wyjaśnić na przykładzie proponowaną korelację, czyli jak jej zapobiec (lub odsunąć w czasie, lub złagodzić przebieg), zacznę od przedstawienia w jasny, acz teatralny sposób, gdzie schizofrenia się według mnie, a co potwierdzają powoli doniesienia naukowe, zaczyna. 

Akt I

Główna bohaterka, Cecilia McGough wybitna studentka, która będąc jeszcze w liceum odkryła pulsar. Odkrycie to otworzyło dla niej drzwi do kariery naukowej, umożliwiając chociażby reprezentowanie Stanów Zjednoczonych podczas Space Olympics w Rosji, czy uzyskanie stypendium Virginia Aerospace and Technology, które wiązało się ze współpracą z naukowcami NASA w ichniejszym centrum badawczym. 

Sprawy zaczęły się jednakże komplikować na pierwszym roku studiów, kiedy to wykończona fizycznie i psychicznie pchaniem życia do przodu, a przez pchanie życia do przodu mam na myśli wkładanie trzy razy więcej w to życie, niż statystyczny zjadacz chleba wkłada sił, podejmuje najtragiczniejszą z możliwych decyzji – postanawia targnąć się na swoje życie. 

Dzięki Bogu, jest to nieudana próba. W konsekwencji zwraca się z prośbą do matki o pomoc, co jest to bardziej niż naturalne, matka ma chronić dziecko, pomagać mu i się nim opiekować, prawda? Co słyszy od niej w odpowiedzi?

„Nie nie nie, nie możesz tego zrobić. Nie możesz szukać profesjonalnej pomocy! Nie możesz nikomu powiedzieć o tym że coś ci się dzieje! Pomyśl o swoich siostrach! Pomyśl o przyszłości swoich sióstr! Będą skończone, jeśli rozniesie się wieść, że jesteś na cokolwiek chora!

Minęło osiem miesięcy od próby samobójczej i rozpaczliwego szukania pomocy u osoby najbliższej do momentu, kiedy dziewczyna wzięła samą siebie w garść i postanowiła szukać ratunku. Jak sama przyznaje, szukanie profesjonalnej pomocy i wyrwanie się z toksycznego systemu rodzinnego było tym, dzięki czemu jej psychika wstała z martwych na tyle, by nie tylko samej na nogach stać, ale móc na tych nogach nieść pomoc innym młodym ludziom borykającym się z tym schorzeniem. Ilu z nich uratowała życie? Ciężko stwierdzić. Żyje niestety z bardzo ciężkim brzemieniem, ponieważ nie zawsze udaje jej się zdążyć na czas. 

Didaskalia: 

Ideologiczne podsumowanie psychologicznej koncepcji schizofrenii jako bezpośredniej pochodnej zaburzonego systemu rodzinnego, nałożonego na podatną strukturę neurologiczną. Ów zaburzony system rodzinny orbituje wokół pierwszej postaci tragicznej – matki, będącej źródłem i przyczyną wszelkich nieszczęść, nie tylko w tej akurat rodzinie. 

Lećmy dalej. 

Akt II 

Schizofrenogenna matka zostaje osadzona w roli babci. W jednym ręku dzierży ona śmiercionośną dla dynamicznie kształtującej się tożsamości władzę, w postaci czasowej opieki nad dziećmi. W drugiej – gluten. Kieszenie babcinego fartucha natomiast wypchane ma, i co kluczowe dla mnie,  premedytacją.

Cała sytuacja obarcza dość silnym ładunkiem emocjonalnym dzieci, które są jej mimowolnymi i zupełnie niepotrzebnymi odbiorcami. I o ile niewprawiony konsument treści pisanej może dopatrzyć się absolutnie niczego, tak wnikliwy kontestator rzeczywistości która otacza go dookoła, a być może nawet takiej, w której sam tkwi, weźmie sobie moje słowa do serca, i zamknie wnukom do takiej babuni drzwi.

Gdyż ogarniając nawet tylko mniej więcej temat neurobiologii rozwoju umysłu, a co za tym idzie psychiki dziecka, i wiedząc już, z lektury powyższego artykułu co nieco na temat glutenu i jego działania na organizm, zwłaszcza w kontekście opioidotwórczym, sytuacja opisana w poniższym komentarzu, zacznie jawić się w świetle trochę bardziej poważniejszym niż „nawyk” rozpieszczania wnuków przez dziadków. 

Przypuśćmy, że analiza powyższego aktu traglutengedii rozgrywa się na maturze, a polecenie do zadania brzmi „Co autor miał na myśli. Osadź powyższe w kontekście zastosowania diety ubogo lub bezglutenowej a zmniejszeniem ryzyka wystąpienia tragicznego scenariusza jakim jest objawienie się schizofrenii w rodzinie ”. 

I odpowiedź jaka usatysfakcjonowałaby nie tyle mnie, co klucz, powinna brzmieć jakoś tak. 

„Autorka powyższych słów, czyli matka, jawi się jako postać naiwna. Ulegając mitowi społecznemu, wedle którego „babcia jest po to żeby rozpieszczać a rodzice po to by wychowywać” umieszcza regularnie swoje dziecko w „oku cyklonu” emocjonalnego konfliktu nawet nie tyle wewnętrznego, co wewnątrz rodzinnego,  podsycanego dodatkowo opioidowym, czyli narkotycznym, działaniem serwowanych przez nią potraw. Niszczy tym samym trud wychowawczy jaki wkłada w opiekę nad synem, a rozumiem przez to kształtowanie właściwych nawyków żywieniowych. Co więcej, zezwala na stosowanie przez swoją matkę wyrażeń w treści „bo mama ci tego w domu nie da”, dopuszczając tym samym na ukształtowanie w dziecku poczucia wybrakowania, niedostatku w zakresie tak podstawowej opieki, jaką jest wyżywienie. Uderza tym samym w rdzeń, na którym opiera się więź między rodzicami a dziećmi, czyli zaufanie względem zaspokojenia naturalnego ludzkiego instynktu jakim jest głód. Wspomniane wcześniej opioidowe działanie potraw przez nią do tego celu używanych, kształtuje rozwijającą się osobowość dziecka w poczuciu słuszności względem kategoryzowania „dobrze – lepiej”, na korzyść niewłaściwych, ze zdrowotnego punktu widzenia, potraw. Dziecko stanowi mimowolną ofiarę konfliktu na linii matka – córka, co przełożyć się może w późniejszym okresie na zwiększone prawdopodobieństwo wystąpienia zaburzeń osobowości.”

Szczerze? 

Istna schizoglutenfrenia. A to i można, i trzeba leczyć. 

Czym więc przejawiać się powinna zawarta w tytule niniejszego tekstu, dojrzałość glutenemocjonalna? 

Powracając do fragmentu tekstu, w którym starożytny myśliciel Atenajos zbytek pszennej mąki w jadłospisie przyrównał do zasługującego na naganę nawyku żywieniowego, pozwolę sobie udzielić odpowiedzi – racjonalnym w ilości jego spożywaniem. I mam na myśli podejście do diety ubogo lub bezglutenowej w dwóch wymiarach rozpatrywania tematu.

Wymiar pierwszy, dość ortodoksyjny. Stosowany w przypadku gdy zarówno gluten jak i matka/babcia/teściowa nie daje żyć. Zakłada całkowite jego wykluczenie. Na szczęście jest 2019 rok i można wybrzydzać w sklepie, stojąc przed półką z bezglutenowymi makaronami. 

Jeżeli jednak jesteście w szczęśliwymi posiadaczami zarówno zwiększonej biologicznej tolerancji na gluten, jak i na toksyczne kobiety w waszym życiu – zapraszam do skorzystania z moich przepisów.

Ale, sprawdźcie wpierw, czy zamiast bułki nie chce wam się po prostu pić. Albo głód który czujecie to nie jest jakiś dobijający się deficyt emocjonalny. Albo zachowanie kompulsywne. Albo psychoza. Albo chęć odurzenia się. Albo co tam sklasyfikowane jest w tym temacie w ICD – 10. 

Wasza coraz bardziej bezglutenowa

Dieta Minima

p.s. Podczas zbierania materiałów do niniejszej publikacji, natrafiłam pod którymś z kolei artykułem, na komentarz jednej z matek, opisującej swoje doświadczenia z chorym na schizofrenię synem. Przywołała sytuację, kiedy ten, zniesmaczony treścią telewizyjnych wiadomości, postanowił zadzwonić do swojego wykładowcy, z propozycją wspólnego założenia nowej partii politycznej. Ona, ponieważ nie spuszczała z syna z oka, zainterweniowała i odebrała mu telefon, zanim panowie się dogadali. 

I niech ktoś teraz obiektywnie stwierdzi na co jestem psychicznie chora ja, ponieważ jedyne co mi przyszło do głowy po przeczytaniu tej historii to to, że zachowanie owej matki było nie tyle pochopne co głupie, oraz ojczyznobójcze.  Istnieje bowiem szansa, że nie tylko ucięła synowi skrzydła zanim je rozwinął. 

Jej gorliwość w blokowaniu tożsamości syna może być prawdopodobną przyczyną, że w ostatnich się wyborach na listach obecni byli sami popaprani wariaci do wyboru, i ani jednego geniusza który cierpi na schizofrenię.

W mojej opinii o wiele rozsądniejsze było by zapytać syna jaki ta partia miałaby według niego mieć program. Pięknego umysłu nie oglądała? Sztuki Zofii Stryjeńskiej nie zna? Isaak’a Newtona pies drapał? O Świętym Bracie Albercie nie słyszała? Czy co? Mamunia.

D.M.