DM

Wilk syty pomimo bycia na redukcji oraz ograniczeniu glutenu i wieprzowiny, więc owca cała

Poniższa potrawa powstała z konieczności chwili.

Tej chwili, kiedy w domu zapada na sześć spustów decyzja o tym, że Pan Domu przechodzi na dietę redukcyjną z ograniczeniem tłuszczów zwierzęcych i, a co tam, zaszalejmy, glutenu.

Aby dzień ten nie zapisał się czarnymi literami w rodzinnej kronice, konieczne jest przede wszystkim – uniknięcie paniki. I rozsądne podejście do tematu.

Z jakich powodów owa decyzja zapadła – nie wnikam, taka sytuacja wynikać może z konieczności zaopiekowania się różnymi stanami chorobowymi.

Ale, co również prawdopodobne, spowodowana może być nagłym objawieniem się dietetyczno-światopoglądowej fanaberii Pani Domu. Wiecie, kobiety.

I o ile pierwszy przypadek, paradoksalnie jest łatwiejszy w „ogarnięciu”, gdyż z diagnostyką się nie dyskutuje ponieważ to twarde dane są, tak w drugim przypadku … sytuacja może rozwinąć się różnie.

Znane są mi przypadki, kiedy zmiana jadłospisu na zdrowszy podawana była w sądzie jako jedna z przyczyn rozpadu małżeństwa. I jako że jest to, patrząc realnie śmieszne, tak jako dietetyk kliniczny chciałabym tego u pacjentów uniknąć.

I o ile nie moją rolą jest wnikanie w to jak tam między Państwem się układa, a tym bardziej ocena istotności argumentów używanych podczas małżeńskich negocjacji, tak konieczne jest z mojej strony wniknięcie w dwie struktury.

Pierwsza z nich, to struktura emocjonalna Pana Domu względem odżywiania, i takie jej ukształtowanie, aby przekonania odnośnie spożywanych przez niego od tej pory potraw były tylko i wyłącznie pozytywne. Żywię wiarę tym samym, że niezależnie od przyczyn zaistniałego stanu rzeczy – facet podejdzie do sprawy dojrzale i racjonalnie, skutkiem czego nie będzie wyładowywał restrykcji żywieniowych na rodzinie. Albo, o zgrozo – szukał glutenu i wieprzowiny na talerzu gdzieś indziej.

Drugą strukturą w którą wnikam, a która wypadkową jest pierwszej, to zaprojektowanie takiego smaku i składu potrawy, aby zadowolić nawet najwybredniejszych, nie dając odczuć że zostały wprowadzone uszczuplające ją w kalorie modyfikacje. Co również może doprowadzić do poszukiwania kotletów w innym barze.

Tak czy inaczej.

Pozbawiona (w miarę możliwości) glutenu i wieprzowiny wersja mojej ulubionej pasty – carbonarry. Jej pierwotnym sercem jest jednakże dość ciężki w konsekwencjach, jeśli spożywany zbyt często, sos tworzący się na bazie połączenia żółtka, parmezanu i ciepła makaronu wraz z dodatkami.

Stąd też, by zrównoważyć tą grzeszną przyjemność, zamiast boczku – masa zieleniny i pieczarki. A i makaron ryżowy – nie dość że bezglutenowy, to jeszcze łatwiej strawny niż pszeniczny.

Celowo nie podaję ilości poszczególnych składników, można je wydedukować ze zdjęcia. Ilość – na dwie w miarę głodne osoby. W przypadku zjadania przez większą grupę złożoną z dość głodnych osobników – składniki należy w czarodziejski sposób rozmnożyć.

A danie przyrządza się tak.

Zieloną pietruszkę szatkujemy, jak i pieczarki. Ja używam całych, nie tylko kapeluszy.

Żółtko mieszamy z parmezanem.

Nastawiamy wodę na makaron, rozgrzewamy oliwę.

Pieczarki wsadzamy na chwilę do kąpieli oliwnej, ale tak żeby się zrelaksowały, a nie umarły.

Można robić to partiami. Ważne żeby pieczarki miały miejsce do swobodnego oddychania.
o pieczarkach pogadamy kiedyś dłużej, obiecuję.

Kiedy makaron się ugotuje odcedzamy go, ale tak nie radykalnie. Dodajemy do niego pieczarki, pietruszkę i mieszamy. Następnie clue całej potrawy – parmezanowo – żółtkowe zamieszanie – dodajemy je do garnka z resztą składników potrawy i mieszamy. Jak się zetnie, bez zmartwień. Sztuka robienia carbonarry wymaga kilku powtórzeń i, będąc szczerą, nawet najlepszym zdarzają się wpadki.

nie bać się, mieszać.

E voila. Szybciej niż zaserwują kotlet w barze.

Smacznego

P.s. Nie demonizowałabym parmezanu. To całkiem niezłe źródło białka i tryptofanu jest.