DM

Toxic Love

Modne, a raczej coraz bardziej rzeczywiste jest określenie „osoby toksyczne”. Stosuje się je w celu skategoryzowania cech charakteru, które świadczą o pewnym typie osobowości.

Stosując analogię kulinarną, mam na myśli tak zwanych amatorów szybkiego „żarcia” na wynos, tyle że … ten fast – food przez nich spożywany, zrobiony jest z ludzi. Z ich uczuć, myśli i darów serc.

Coś na szybko, kęs, by zaspokoić głód, dostarczając sobie przy tej okazji jakoś tam satysfakcjonujących wrażeń smakowych, nie płacąc przy tym zbyt wysokiej ceny. Zjeść, i zapomnieć. Tyle.

Z racji tego, że wiemy na ich temat co raz więcej, mnożą się również z tego tytułu porady fachowców odnośnie tego, w jaki sposób rozpoznać te typy osobowości, oraz jak ich unikać. Jest również cała psychoterapia, która ma w założeniu pomóc nam się po takiej osobie wyleczyć. Tyle że, trzeba najpierw się zorientować, że latami wisiał nam na ogonie toksyczny pasożyt, który latami coś nam z lodówki, a przez lodówkę rozumiem serce czy głowę, wyjadał.

Dużą sztuką, co prawda, jest trafić na fachowca, który w życiu prywatnym sam nie będzie reprezentował wysoko stężonego poziomu toksyczności interpersonalnej.

Ponieważ taka prawda szanowni państwo. Wszyscy jesteśmy w mniejszym lub większym stopniu toksyczni. Z takich czy innych względów.

Jednakże, nie czas i miejsce na podręcznik do analizy psychoterapeutycznej. Czas i miejsce by zaparzyć herbatę, upiec ciastka, i zastanowić się co z tym fantem zrobić. A przede wszystkim, zastanowić się nad tym, czy przypadkiem najbardziej toksyczną osobowością w naszym otoczeniu, nie jesteśmy dla siebie sami, tkwiąc w błędnych przekonaniach odnośnie samych siebie, oraz otaczających nas relacji.

U mnie to było tak. 

Nigdy nie byłam dobra w deserach. Ciasta i ciasteczka stanowiły dla mnie obszar nieodgadywalny, ponieważ finalnie sprowadzały się do tego, że były po prostu słodkie. Nie wiele odkrywczych zjawisk było w tym temacie.

Oprócz jednych ciasteczek, z przepisu mojej babci.

Dojrzawszy na tyle, aby wejść w posiadanie na nie przepisu …

… wymusiłam pierwszeństwo na skrzyżowaniu, ponieważ tak mnie to podekscytowało, że pojechałam na tym skrzyżowaniu na pamięć.

Skutkiem tego, zmuszona byłam skorzystać z usług warsztatu zajmującego się naprawą samochodów. 

Ogarniając co i jak w temacie dowiedziałam się, że będąc kobietą należy w takich miejscach uważać, ponieważ są one tam wykorzystywane, oraz traktowane protekcjonalnie. Nie brzmiało to miło, no ale cóż, było konieczne.

Tyle że, mnie w miejscach tego typu spotykały częściej zjawiska co najmniej dziwne. Wystarczy, że napiszę, że dwa razy mechanicy zgubili moje kluczyki do samochodu. Raz pan mechanik zgubił je tak skutecznie, że wezwał jasnowidza do zakładu, aby pomógł je odnaleźć, ponieważ zdarzyło mu się to pierwszy raz w jego kilkudziesięcioletniej karierze, czego nie potrafił ani zrozumieć, ani przyjąć do wiadomości.

Ba, żeby tylko jasnowidz był w to zamieszany.

Sama przeszukałam każdy centymetr kwadratowy owego warsztatu samochodowego, nurkowanie w kanałach, koszach na śmieci, oraz buszowanie w zardzewiałych szkieletach pojazdów w to włączając.

Będąc więc przygotowaną na … praktycznie wszystko, wybrałam odpowiedni pod kątem charakteru naprawy warsztat, a następnie udałam się na miejsce.

Ponieważ była kolejka, usiadłam na stołku, i zaczęłam rozglądać się po miejscu. 

Warsztat jak warsztat. Pełno w nim było części, płynów, kabelków i śrubek. Ponieważ ruch był duży, zapowiadało się, że spędzę tam chwilę, zaczęłam więc szukać sobie zajęcia dla myśli.

Bujając w swoich obłokach gdzieś pomiędzy pomysłem na policzenie wszystkich części, a obwiązaniem każdej z nich ekscytującą czy to kolorystycznie, czy to pod względem faktury kokardą … zeszłam na ziemię. 

A raczej, zostałam na nią dość brutalnie sprowadzona, ponieważ do zakładu mechanicznego wszedł jego właściciel.

Ponieważ zdarzyło mi się pierwszy raz w życiu, żeby czyjaś fizys, zwłaszcza męska, przykuła moją uwagę, wyostrzyłam wzrok i zaczęłam przyglądać się obiektowi bliżej.

Po chwili dogadywania się samej ze sobą ustaliłam, że facet jest przystojny i wygląda na inteligentnego. Wymieniliśmy spojrzenia, co … mnie onieśmieliło.

Na tyle, że chwilę po tym zdarzeniu musiałam przypomnieć sobie jak mam na imię, gdzie jestem, że trzeba mrugać, oraz ponownie wzbudzić w sobie dla tych kwestii jakiekolwiek zainteresowanie. 

Poddając jego osobę głębszej analizie z kategorii tego, co można na pierwszy rzut oka „wyczytać”, zorientowałam się, że ilość rzeczy która mi się w tym mężczyźnie spodobała zaczyna się niebezpiecznie zbliżać do liczby przedmiotów zgromadzonych w owym warsztacie samochodowym.

W tym momencie zorientowałam się również, że mam lekko otwarte usta. Na szczęście jestem blondynką o kręconych włosach, wyraz więc twarzy świadczący o poszukiwaniu rozumu zwalany jest na karb właśnie tego.

Zorientowałam się wtedy również, że aby żyć należy oddychać, i żeby mnie pogotowie do szpitala psychiatrycznego nie odwiozło, należy również się w miarę przyzwoicie zachowywać. 

Korzystając więc z okazji że mam już otwartą buzię, udałam że biorę głęboki oddech, zatrzepotałam rzęsami, potrząsnęłam blond grzywą i wyszczerzyłam zęby w głupim uśmiechu. Wiem że było to głupie, ale lata robienia z siebie idiotki nauczyły mnie pewnego rodzaju konsekwencji.

Tak czy inaczej.

Ponieważ kolejka do bycia obsłużoną zdawała się nie maleć, wróciłam na swoją chmurkę z kokardkami, … i pstryk. Za kolejnym mrugnięciem znalazłam się na łące.

I była to łąka dobrze mi znana, ponieważ była ona położona wśród lasów otaczających Królestwo, dla którego kroniki żywieniowe pisałam. Stąd też, nie zdziwiła mnie ta nagła zmiana miejsca pobytu, ponieważ właśnie za pomocą mrugnięcia okiem się tam dostawałam.

Tym jednak, co mnie zdziwiło, była obecność faceta z warsztatu samochodowego. Siedział obok mnie na trawie, i skubał stokrotkę.

„Kocha, lubi, szanuje … ” – padały z jego ust słowa, wraz z wyrywanymi płatkami stokrotki. „Czy miłość można kupić Pani dietetyk?” – padło z jego ust skierowane w moją stronę pytanie.

„Oczywiście, że można” – odpowiedziałam.

„Ale jak to” – wyraźnie zdziwiła go moja odpowiedź – „Przecież miłość to uczucia, a płacenie za uczucia to … handel ludźmi”.

„Źle się zrozumieliśmy proszę pana. Miłość ma wiele obliczy, a każde z nich zależy od tego, co kto kocha” – zaczęłam wypowiedź – „Osoba, która kocha, na przykład muzykę, może zapłacić za bilet wstępu na koncert ukochanego zespołu, ergo, kupuje miłość, ponieważ bez uczucia włożonego w tworzenie muzyki przez zespół, nie było by ani koncertu, a co za tym idzie, nie można by kupić biletu”.

„W tą stronę …” – zamyślił się mój rozmówca.

„Można i dalej tym brzegiem rzeki …” – kontynuowałam przedstawianie swojego punktu widzenia – ” … ponieważ, im więcej uczucia wkładanego przez zespół muzyków, tym wcześniej wykupywane i droższe bilety na ich przedstawienia”.

„A jak to się ma do związku między dwójką ludzi?” – zapytał się przybyły niespodziewanie na łąkę mechanik samochodowy.

„Ta miłość kosztuje akurat najwięcej, ale jej wartość jest nieprzeliczalna na jakiekolwiek pieniądze” – odpowiedziałam – „Ponieważ jest za darmo”.

„A czy nie jest to takie trochę bujanie w obłokach, proszę pani? Niedojrzałe podejście do kwestii?” – zapytał mój rozmówca – „Przecież życie kosztuje, jedzenie, mieszkanie …”.

„Hm. Wskoczmy chmurkę wyżej, proszę pana” – zaproponowałam.

„Oparcie związku z drugim człowiekiem na miłości, to udostępnienie w swoim ciele miejsca na duszę drugiego człowieka. I na odwrót. Takie … współlokatorstwo dusz w ciałach”.

„A czy to nie jest zbyt niebezpieczne?” – pan chyba złapał koncept – „Przecież nie wpuszcza się obcych do mieszkania, a co dopiero do duszy”.

„Ależ to jest najniebezpieczniejsze!” – odparłam – „I właśnie z tego względu kosztuje najwięcej, ponieważ walutą jest zaufanie”.

„To faktycznie droga sprawa” – zamyślił się mój rozmówca – „Kogo na to stać w dzisiejszych czasach?”

„I wszystkich, i nikogo” – odparłam – „Ponieważ oprócz mieszkania, jak Pan słusznie zauważył, dochodzi jeszcze koszt jedzenia, a raczej tego, czym karmimy tą drugą osobę.
I mimo tego, że profesjonalnie zajmuję się stricte żywieniem, tak w tym przypadku mam na myśli żywienie drugiej osoby, ale uczuciem. Ba, do tego dochodzi jeszcze pragnienie, ale przede wszystkim dobra dla tej drugiej osoby”.

„Wygląda coraz bardziej na to, że związek damsko – męski to nie jest tania zabawa” – podsumował towarzysz powyższe, wydając się zawiedziony kierunkiem, jaki obrała nasza pogawędka.

„I nigdy nie będzie, ponieważ …” – zmuszona byłam zawieść rozmówcę jeszcze bardziej
– „… ponieważ ta druga osoba jest najdroższym prezentem, jaki może zostać w nasze ręce włożony”.

„Czyli można miłość kupić jednak” – z odkrywczym tonem w głosie chciał sprowadzić dyskusję, na bardziej miarodajne ideologicznie tory.

„Szanowny Panie” – zaczerpnęłam powietrza – „Jeszcze chmurkę wyżej wskoczymy. To, że użyłam słowa prezent, nie oznacza, że sprowadzam osobę do roli … przedmiotu transakcji, tudzież zakupu. Mój błąd, powinnam była użyć słowa dar. Bardziej adekwatne, ponieważ ta druga osoba nas obdarowywuje wszystkim, z czego sama jest poskładana”.

„Kości, uszy, ręce, nogi, mózg i cała reszta ciała?” – wszedł w szczegóły mój rozmówca.

„Tak, to też” – odpowiedziałam – „Ale bardziej w znaczeniu kręgosłupa, który podtrzyma nasz, gdy upadamy na duchu, wysłuchania, gdy potrzebujemy rozmowy, rąk podających nam herbatę, gdy sami jeszcze nie wiemy, że jesteśmy jej spragnieni, ciepłych myśli o nas, czy pomysłów, gdy nam już zabraknie. Chociażby” – doprecyzowałam.

„Brzmi, jakby ta druga osoba dawała nam z siebie, wszystko co najlepsze” – podsumował towarzysz.

„Bo tak jest w istocie proszę Pana” – przytaknęłam – „Chodzi o najlepszą wersję siebie, jaką możemy dać tej drugiej osobie. Inaczej nawzajem karmimy się … toksycznym szitem, za przeproszeniem”.

„Najlepsza wersja siebie” – powtórzył mój rozmówca – „To takie dość modne określenie w dzisiejszych czasach. Kiedy nią jesteśmy? Tą najlepszą wersją siebie?” – zapytał. „I … czy wtedy spotykamy tą najlepszą dla nas osobę” – doprecyzował pytanie, po chwili milczenia.

„Myślałam o tym dużo i bardzo długo” – przyznałam szczerze – „I chociaż za wszystkie przypadki w życiu gwarancji nie daję, tak najlepszą wersją siebie jesteśmy, choć zabrzmi to paradoksalnie, nie wtedy kiedy jesteśmy na szczycie, nie kiedy nasz upragniony w życiu cel już osiągnęliśmy, a kiedy … patrzymy na horyzont, za którym on się kryje. Kiedy myślimy, jak do niego dojść, jak go osiągnąć, jak pokonać wszelkie przeszkody, stojące na drodze do jego osiągnięcia. Wydaje mi się, że tak jest, ponieważ wtedy jesteśmy na maksimum własnych możliwości, praktycznie pod każdym względem. Tutaj niestety tkwi właśnie niebezpieczeństwo napotkania na swojej drodze osoby toksycznej, ponieważ będąc skupionym na celu, łatwo zapomnieć o sobie, i stracić … rachubę czasu i przestrzeni. Trzeźwy pogląd na rzeczywistość. Upić się działaniem. Być wszystkim, czego nam samym potrzeba.
I wtedy właśnie mamy do dania drugiej osobie tego, czego ona akurat najbardziej potrzebuje. A o ile w relacjach, zwłaszcza damsko – męskich, rzecz tkwi w dawaniu, tak różnica pomiędzy relacjami toksycznymi, a budującymi polega na tym, czy tym, co mamy do zaoferowania chcą nakarmić swoje ego, czy głodne tego jest ich serce. W ostatecznym rachunku, co prawda, wychodzi na to samo, ale … liczy się sposób, w jaki biorą to, co mamy do zaoferowania. Oczywiście …” – dodałam po chwili namysłu – ” … liczy się też to, co sami mamy do ofiarowania tej drugiej osobie”.

„Tyle że ..” – kontynuowałam – ” … większość kobiet obiera sobie za życiowy cel wykończyć materialnie jakiegoś mężczyznę, większość mężczyzn natomiast, za cel swojego życia wyznacza sobie zniszczyć psychicznie jakąś kobietę. Czy są tego świadomi, czy nie, kwestia do rozeznania w gabinecie psychoterapeuty, ale z braku tego rozeznania właśnie, bierze się błędne przekonanie, że dawanie i branie opiera się głównie na idei, że relacja zachodzi, kiedy mężczyzna rzuca w kobietę pieniędzmi, a kobieta rzuca w mężczyznę swoim ciałem. I im więcej pieniędzy i ciała jest rzucane tym … relacja lepszej jakości, z braku bardziej odpowiednich słów na określenie całokształtu zjawiska”.

„Piękne słowa, Pani Dietetyk, ale nie brzmi to zbyt realnie” – wyraził swoje zdanie przebywający ze mną na łące mężczyzna.

„Zdaję sobie z tego sprawę, proszę Pana” – pokornie uznałam jego rację -„Chociaż na zewnątrz jestem dość prostym dziewczęciem, tak wewnątrz jestem straszną idealistką. Taka … z duszy rozanielona poetka”.

„A nie anioł?” – zapytał, ze słyszalnym przekąsem w głosie.

Zanim jednak zdążyłam dobrać słowa by odpowiedzieć, nadjechał luksusowy samochód typu limuzyna, w kolorze białym. Kiedy się zatrzymał, i otwarły się jego drzwi, moim oczom ukazało się … niebo. Przynajmniej z perspektywy każdego mężczyzny na sytuację patrząc, ponieważ samochód ten wypełniony był … aniołami. Aniołami w ludzkich skórach, o których „najlepsze wersje siebie” napisać, to obraźliwie, gdyż niewiele napisać. Każdy centymetr skórzanego siedzenia zajęty był przez, jak podejrzewam, gładkie, jędrne, i opalone pośladki, których zwieńczeniem z jednej strony były takie same nogi, a z drugiej, no cała reszta kwintesencji kobiety, wliczając w to anielsko nie rozdwojone końcówki włosów. Nogi aniołów natomiast, ozdobione były butami, których ceny wolałam się nawet nie domyślać. Sądząc natomiast po odgłosach perlistego śmiechu, jaki dobywał się z wnętrza limuzyny, domyślić się mogłam tyle, że każdy z tych aniołów nie jeden cel w życiu osiągnięty ma za sobą, wie doskonale jak pokonywać przeszkody, stąd też może sobie pozwolić na relaks w luksusowym otoczeniu zarówno innych aniołów, jak i szampańskiego poczęstunku.

Na widok ten, towarzysz pogawędki spojrzał na zegarek, i stwierdził, że choć niezmiernie ciekawie się rozmawia, tak nadeszła już jego godzina, i musi zbierać się z powrotem .

„Podwieźć Panią gdzieś może?” – zapytał z uprzejmości.

Pomimo tego, że w pierwszej chwili propozycja zabrzmiała kusząco, to patrząc prawdzie w oczy, w zestawieniu z tymi aniołami w ludzkich skórach prezentowałabym poziom … kluski.

A raczej – kompromitacji polskiej dietetyki.

Co do miejsca w życiu, najtrafniejszym porównaniem byłoby prawdopodobnie umiejscowienie mnie jako aspirującej gwiazdy muzyki z rodzaju disco – polo, w zestawieniu z gwiazdami panteonu światowej sceny muzyki bardziej wymagających gatunków.

Ponieważ, realnie patrząc na sprawy, jestem w miejscu w życiu w którym dążę do bycia osobą społecznie akceptowalną, a do bycia bezbłędną, tudzież aniołem, jeszcze hohoho, daleko. Owszem, ciągle jestem w drodze. Wychodzi mi jak wychodzi, ale nie zadręczam się, gdyż mam nad czym pracować. 

Niewyparzony język, obciach, bujna wyobraźnia, roztrzepanie, bałaganiarstwo, absolutny brak odpowiedzialności, dzikie serce i naiwna głowa, a w niej rewolucyjne teorie. Mieszanka wybuchowa. Tykająca bomba. Dużo cebuli kroję w życiu. Znam swoje ograniczenia.

Spojrzawszy natomiast po sobie, aby się zorientować w co jestem ubrana, to nawet gdybym ubrała najlepsze ciuchy z szafy, wyglądałabym najwyżej jak zaangażowana społecznie tancerka burleski na początku występu, w porównaniu z Aniołkami prosto z wybiegu Victoria’s Secret.

A buty? Moje jedynie ozdabiało błoto, ponieważ wieczór wcześniej w mojej bajce padał deszcz. Tylko bym naniosła tego błota na dywaniki limuzyny, i byłaby siara. CO NAJMNIEJ.

Stąd też, poprzeliczawszy sobie wszystko w głowie, doszłam do wniosku, że jedyne co miałabym do zaoferowania owemu towarzystwu to błoto na dywanikach, oraz zażenowanie spowodowane moją osobą, a w konsekwencji konieczność wzbudzenia w sobie miłosierdzia, aby nie chichotać, choć słusznie, to z pocieszności całokształtu mojego „ja”.

Fakt faktem, rzecz się działa w mojej bajce, i nie znalazłam się tam przypadkiem, bo Król, na zlecenie którego piszę kroniki żywieniowe, wezwał mnie na audiencję. I choć byłam zmęczona, i chętnie skorzystałabym z pomocy, tak … nie chciałam być toksyczna. Zresztą, wydawali się jechać w drugą stronę. Zanim jednak zdążyłam podziękować za propozycję …

… poczułam lekkie szarpanie za ramiona. Potrząsnęłam głową, otwarłam oczy, i zorientowałam się, że jestem już nie w swojej bajce, a z powrotem na ziemi, a dokładniej – w miejscu, gdzie naprawiano mi samochód.

Osobą natomiast, która potrząsała mnie za ramiona, okazał się być facet, naprawiający mi samochód.

„Proszę Pani, czy wszystko w porządku?” – zapytał, wyraźnie zaniepokojony – „Wezwać lekarza? Pogotowie?”.

„Nie nie, nie trzeba” – odpowiedziałam, starając się jednocześnie zebrać się jak najszybciej w garść, żeby uspokoić sytuację.

„Czy jest pani pewna?” – dopytywał – „Utrata przytomności w biały dzień, to wygląda dość poważnie”.

„W moim przypadku to niestety konsekwencja leków, które zmuszona jestem przyjmować” – wymyśliłam na prędce w miarę racjonalnie brzmiący argument – „Lekarze zdiagnozowali u mnie nową jednostkę chorobową, tak zwany Syndrom Alicji w Krainie Czarów. Jeszcze nie do końca wiedzą jak to leczyć, więc dobierają leki metodą prób i błędów. Zasypianie w miejscu publicznym o niespodziewanej godzinie to, niestety, jeden ze skutków ubocznych”.

„Pierwsze słyszę” – mruknął ów mężczyzna, którym to stwierdzeniem akurat mnie nie zdziwił, zważywszy na to, że wymyśliłam chorobę przed chwilą – „Czym się ten syndrom objawia?” – zapytał, przyjmując ton dobrotliwej pielęgniarki w szpitalu psychiatrycznym.

„Rozmowy ze zwierzętami, picie herbaty na sposób obłąkany, z dziwnych naczyń oczywiście, opowiadanie niestworzonych historii, niespodziewane zmiany rozmiaru, chociażby” – wymieniłam to, co zapamiętałam z jednej z moich ulubionych lektur.

„Aha … tak … więc … ” – zbierał słowa mechanik samochodowy – „Więc Pani auto jest już naprawione, coś tam dołożyliśmy od siebie, ale nie dopiszemy tego Pani do faktury, bo chyba ma Pani dość problemów w głowie … Na głowie. Przepraszam bardzo, przejęzyczyłem się”.

Faux pas wyszło z mojej strony jak fix, więc zabrałam swoją torebkę, i pojechałam do domu piec ciasteczka, żeby przy ozdabianiu ich cukrem pudrem, zapomnieć jak najszybciej o całej sprawie.

Stąd też wybaczcie więc,  że poniższy przepis jest wyjątkowo mało dietetyczny, ale … pochodzi z nieba, a raczej … z Krainy Czarów. Wiecie, tej do której pogadać ze zwierzętami udawała się Alicja.

I dla czego takie niezdrowe składniki? A bo jak człowiek siada do kubka herbaty, żeby pogadać sam ze sobą o wszystkich relacjach w których tkwi, to kubek herbaty prawdy może okazać się na tyle gorzki, że dobrze, żeby chociaż słodkie były ciasteczka.

Więc uwaga, lojalnie uprzedzam, nadmiar tych ciasteczek może skończyć się niespodziewaną zmianą rozmiaru. Na większy.

Ale nie hamujcie się. Zróbcie z podwójnej ilości składników. Znikają w zastraszającym tempie. Są przepyszne.

Składniki na ciasto zagniatamy w misce. Mąkę dobrze przesiać, ciasto wychodzi delikatniejsze.

Kiedy składniki się już połączą w jedną całość, przekładamy ciasto na blat podsypany mąką.

Rozwałkowywujemy.

Przy użyciu małego szklanego naczynia wycinamy kształt. Ja używam kieliszka do alkoholu.

Ciastka powinny mieć mniej więcej taką grubość.

Płaskoziemcy, hop hop? Jest tu ktoś?

Układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.

Wiecie, że planeta Ziemia ma kształt kuli, prawda? Znaczy spłaszczonej na biegunach, but still …

Po około 15 minutach w piekarniku, w atmosferze 175 stopni Celsjusza, grzanie góra i dół, bez termoobiegu, powinny wyglądać mniej więcej tak.

Wszystkie, oprócz kawy, składniki na krem łączymy w jedną całość. Można to robić mikserem, albo za pomocą miksującej nakładki blendera. Kawę wcieramy w krem na końcu. Na tą ilośc powinna wystarczyć ilość odpowiadająca połowie espresso, ale dobieramy intensywność kawowego smaku do osobistych preferencji.

Ja to robię w sposób tradycyjny

Kiedy krem jest już puszyście gotowy, za jego pomocą łączymy spód ciasteczka z górą, i obsypujemy cukrem pudrem.

Jeśli wybieramy się w gości, lub chcemy kogoś uraczyć prezentem od serca, to w pudełeczku, wyścielonym nawet zwykłym papierem śniadaniowym, prezentują się niezmiernie elegancko i atrakcyjnie.

Kraina Czarów czy odległa galaktyka?

Cukru pudru

D.M.

p.s. Swoją drogą, w tej całej historii miałam chyba wyjątkowe szczęście w życiu, ponieważ byłam kobietą u mechanika samochodowego, a nie zostałam ani wykorzystana, ani nie potraktowali mnie protekcjonalnie. Nie wiem więc zupelnie, skąd w społeczeństwie panoszy się to szkodliwe przekonanie o osobach trudniących się tym zawodem.

d.m.