DM

Szacunek ludzi ulicy

Podobno jedyne co się w życiu liczy, to mieć szacunek ludzi ulicy. Czy ja wiem? Szacunek ludzi umiejących jeździć autobusem też jest spoko. 

Pozornie, umiejętność jazdy autobusem wydawać się może prozaiczna. Aby odbyć skuteczną podróż autobusem, należy w pierwszej kolejności dotrzeć na stosowny przystanek, a następnie odczekać stosowny czas do przyjazdu oczekiwanego przez nas pojazdu. Stosowność owego czasu zależy od natężenia ruchu na trajektorii autobusu, którym zamierzone jest poruszać się. Chociażby. Bo od popularności trasy, którą obraliśmy, również. Tak czy inaczej. Po przyjeździe wyczekiwanego środku transportu, należy zająć miejsce na pokładzie owego pojazdu, oraz dokonać stosownej opłaty za przejazd nim. Stosowność wysokości owej stawki również zależy od trajektorii, jednakże nie ruchu pojazdów na drodze, czy popularności linii, a rozmiaru miejskiego deficytu budżetowego, którego trajektorię należy, za pomocą owej stawki, zmienić z galopującej w dół, na stabilnie załataną, lub też pnącą się w górę. Po pokonaniu stosownej odległości, należy opuścić pojazd, i udać się w nam tylko znanym, obranym stosownie wcześniej kierunku.   

Tak jeżdżą autobusem normalni, choć pewno tylko z pozorów, ludzie. Tak zwani użyteczni członkowie społeczeństwa. Ale jest w społeczeństwie grupa ludzi, którzy z powyżej opisanej, pozornie prozaicznej czynności, uczynili … sztukę. Mowa o pseudokibicach. 

Otóż dla nich przejażdżka autobusem to nie rutynowa czynność, a wydarzenie kulturalne. Happening. Jedyna niepowtarzalna okazja, by ociemniałym od bułek i wieprzowiny, a co za tym idzie, mniej utalentowanym artystycznie członkom społeczeństwa obwieścić (chociażby) mesjanistyczne przesłanie, iż „najbardziej brutalni kibice Jastarni”, „je**ać Wisłę, Legię, Kryniczankę Kartuzy”. O integracyjnym aspekcie przejażdżki nawet nie zacznę. 

Ale skąd temat. 

Siedząc ostatnio na przystanku autobusowym, stosownym do obranej przeze mnie trasy, nadjechał pojazd wypełniony tymże artystami. Od tego, dość bohemicznie nastawionego do życia, kolektywu odłączył się jeden z jego przedstawicieli, oraz usiadł. Tuż obok mnie na przystanku. 

Jako że przyzwyczajona jestem do ludzkich spojrzeń skierowanych w moją stronę, spokojnie robiłam swoje, mając jednakże świadomość bycia poddawanej wizualnej ocenie pod względem … ciężko mi było stwierdzić czego, ponieważ nie jestem typem kobiety, w której gustują przedstawiciele tego prądu artystycznego. Czas jednak objawił, że mężczyzna ten szukał towarzystwa do pogawędki. Najwidoczniej okazałam się godna, gdyż …

„Zostałem ojcem” – padło z jego ust zdanie skierowane w moją stronę. 

„Najszczersze gratulacje” – powinszowałam panu, tłumacząc sobie tym samym lekką woń alkoholu wyczuwaną z jego strony. 

„Ponad 10 lat temu” – kontynuował rozmowę dość wyczuwalnie już poważnym tonem.  

Ponieważ nie pierwszy raz znalazłam się w tak absurdalnej, choć tylko pozornie, sytuacji, wzięłam głęboki oddech i przygotowałam się na dłuższą konwersację. Jako że nastała moja kolej, a nie wypadało nie podtrzymać rozmowy, starając się więc nadać mojemu głosowi ton radosnej, acz uprzejmej pogawędki zapytałam, czy wiadomość o dziecku ucieszyła pana aż tak, że świętuje do teraz, czy może dopiero teraz dotarła do niego ta radosna nowina dotarła. 

Wiecie, różnie w życiu bywa.

Koleś powoli zaczął się chyba dodzwaniać na przystanek na którym dane mu było wysiąść, ponieważ też wziął głęboki oddech. I opowiedział mi całą historię. 

Szczerze? Po jej wysłuchaniu byłam pełna podziwu dla tego człowieka, zwłaszcza dla tego, że nie jest pod wpływem alkoholu do tego stopnia, żeby wymiotować sobie na buty, w tym właśnie momencie. Najwidoczniej lata przynależności do pseudokibicowskiej grupy artystycznej wzmocniły jego charakter na tyle, by w taki sposób stresujących sytuacji nie odreagowywać. A było co. 

Maltretowanie psychiczne i fizyczne jego syna ze strony zarówno matki, jak i jej licznych partnerów. Długoletnie zaniedbania jego dobrostanu psycho – fizycznego. Wykorzystywanie dziecka w celu uzyskania korzyści finansowych, tytułem należności alimentacyjnych, 500+, oraz wszelkich dobrodziejstw opieki społecznej, wynikających z tytułu bycia matką samotnie wychowującą dziecko. Przyjazdy policji po nocach do dziecka, które z klatki schodowej wzywało pomocy, w sytuacji realnego zagrożenia życia. To tak w skrócie. O nie dostrzeganiu żadnego problemu przez szkołę czy pedagogów nie wspominając. Pomimo nadzoru kuratora i opieki społecznej nad sytuacją. Na zrzeczeniu się praw rodzicielskich przez matkę, w dość obrzydliwych okolicznościach skończywszy. Kiedy fakty i sytuacje poskładały się w całość, wziął tygodniowy urlop z pracy i przyjechał po syna, ponieważ sam pracował za granicą. Na alimenty, które przepijała matka jego dziecka, chociażby. 

On? Szczerze przyznał, rozsiadając się wygodniej na przystanku, że sam święty nie był. 

Zdziwiło mnie to co prawda, gdyż do tej pory żyłam w przekonaniu, że artyści pseudokibice to bardzo religijni ludzie są, wiecie, Bóg, honor, ojczyzna. Ale pokornie czekałam na dalszą część wypowiedzi, gdyż ani na sztuce się nie znam, ani tym bardziej na pseudokibicach. 

Pociągnąwszy nosem, mój towarzysz wyciągnął telefon i zaczął mi pokazywać zdjęcia swojego syna. Chłopak przedstawiony na nich wydawał się być zaciekawiony życiem, choć niewiele miał w oczach z radosnego dziecka, które chętnie wita każdy dzień. Wyglądał raczej na zmęczonego już życiem chłopaka, który lada dzień zacznie szukać ukojenia duszy w używkach. 

Nie chcąc dokładać nic więcej na barki mojego przypadkowego towarzysza rozmowy, przemilczałam swoje spostrzeżenie. On jednakże, sam przywołał temat.

„Czy pani wie, że on się bawi z kolegami w ćpanie kresek?” – zapytał, spoglądając mi w oczy.


Nie wiedząc w pierwszej chwili co odpowiedzieć, sięgnęłam pamięcią wstecz do roku 1995, czyli momentu w którym sama miałam 10 lat. I pomimo tego że sama nie pochodzę z najszczęśliwszego domu, to bardziej mnie wtedy interesowały kreskówki niż kreski. Cóż, najwidoczniej znak czasów. 

Ale pamiętam z tamtego czasu jeden dość głośny film który dotyczył tematu. Mam na myśli film „Tato”, w reżyserii Macieja Ślesickiego.

I gdyby nie to, że koleś siedział żywy, pijany i na granicy płaczu przede mną, w życiu bym nie uwierzyła że w rzeczywistości kobieta może być zdolna zrobić swojemu, czy jakiemukolwiek dziecku takie rzeczy.

W skrócie, fabuła dotyczy walki ojca o prawo do opieki nad córką. Spiera się o nie na wyjątkowo skurw… ciężkiej do przejścia drodze sądowej, za przeciwnika mając chorą psychicznie żonę, oraz utrudniającą ową walkę sadystycznie nastawioną do niego teściową.

Pomimo tego, że dawno filmu nie widziałam, jedna scena sama przywołała się w mojej pamięci. Otóż, tak na prawdę główna bohaterka filmu, czyli kilkuletnia Kasia postanawia zrobić obiad dla ojca. Idzie do sklepu, kupuje książkę kucharską, wszystkie produkty potrzebne do przyrządzenia potrawy i zabiera się za gotowanie. 

Finał oczywiście jest do przewidzenia – bałagan w całym mieszkaniu a potrawa niejadalna, ale … w tym wieku liczą się chęci, umiejętności przyjdą z czasem, albo jak przekaże je dorosły, pomyślałam sobie. 

„A wie pani co jest w tym wszystkim najgorsze?” – ni to zapytał, ni to stwierdził mój rozmówca – „że ja totalnie nie umiem gotować”. „A chciałbym go dobrze żywić. Bo do tej pory same chipsy i kabanosy, u tej pseudomatki” – dokończył myśl. 

Zamrugałam oczami, wręczyłam panu swoją wizytówkę i ze słowami, że nie taki diabeł straszny jak go malują i udałam się w kierunku autobusu, który o stosownym czasie przyjechał. 

Pierwsze co zaproponowałam, kiedy facet wytrzeźwiał i się do mnie odezwał z prośbą o pomoc w temacie, było najprostsze danie makaronowe na świecie. Tak, żeby mu nie dokładać, chociażby garów w zlewie. Do jego przyrządzenia wystarczy patelnia, drewniana łyżka i pokrywka.

Do roboty kibicu złoty.

Wszystkie składniki kroimy i wrzucamy na patelnię z dodatkiem soli, pieprzu i oliwy z oliwek.

UWAGA!!! można dodać avokado!!! Sos będzie bardziej gęsty, a sama potrawa – bardziej treściwa.

Czekamy aż wszystko podochodzi do siebie na tyle, że stosownym wyda się dodanie makaronu.

Sześć, może osiem minut roboty.

Przykrywamy i znowu czekamy aż wszystko podochodzi do siebie.

Kolejne sześć do ośmiu minut.
Gotowe : )
Pure pleasure just to look at.

Nie wiem czy takim pudełkiem facet zdobędzie szacunek u kolegów, ale syn urośnie wśród kolegów na pewno. Bo wiecie, dietetyczne drugie dania do szkoły to teraz modne, nie obciachowe są.

Róbcie to!

Po inspirację w kwestii tego co zawinąć w papier śniadaniowy zapraszam na przykład tu

Artystycznie nastawiona do życia

D.M.