DM

Zupa z podłogi

Podobno najcenniejsza w przyjaźni jest dyskrecja. Tyle że, często tym tłumaczymy swoje własne zaniedbanie w kwestii tego typu relacji. I nie usprawiedliwiam tym faktu, że jestem taka „trochę” z gatunku niewyparzonego języka. 

Co w sercu, to na języku. A w sercu? Trotyl, brokat i dynamit. Plus ze dwa galopujące jednorożce. To wyobraźcie sobie o czym ja rozmawiam na żywo! Miny rzedną, serca truchleją a szatan się chowa, tylko nie wiadomo czy ze strachu, czy ze wstydu że nie on pierwszy na to wpadł.

Ale o dziwo, za to mnie ludzie lubią. Gdzie więc tu miejsce na dyskrecję? Wydaje mi się że nie ma. Bo najcenniejsza jest w relacji między ludzkiej, która chce być oparta na przyjaźni, a taka powinna być każda, nie dyskrecja, a prawda. 

Tyle że, tak jak w przypadku serialu „Przyjaciele” jest prawda czasu i prawda ekranu. To co pięknie wygląda na ekranie prędzej czy później i tak zweryfikuje czas. A do weryfikacji przyjaźni mamy wszyscy najwierniejszego towarzysza – biedę. 

Ja tam biedę akurat lubię, wręcz cenię niezmiernie. Jej objawienie ocaliło mnie od tkwienia w najgorszym bagnie w jakim człowiek może się znaleźć – gronie nieszczerych przyjaciół. Na ekranie? Wszystko pięknie. A czas pokazał gdzie kto dla mnie miejsce w życiu ma. I na ile metrów tego miejsca kwadratowego wystarczy mi pieniędzy.

Co rozumiem przez nieszczerość w kontekście przyjaźni? A na przykład wbijanie drugiej osobie kilku noży w plecy, a ich trzonków używania jako schodów do kariery. Na przykład zawodowej. Lub towarzyskiej. Lub wygodnego ułożenia sobie życia, bez patrzenia na uczucia drugiej osoby. 

Z tego właśnie względu  serial „Friends” był, jest i będzie takim hitem. Pokazywał codzienne życie grupy ludzi którzy nie bali się być sobą, akceptowali siebie takimi jakimi są, i przede wszystkim – kochali się z całego serca. Nikt nie wahał się ani minuty przed udzieleniem pomocy. 

Nikt nie karmił się nikim. Chyba że Monika gotowała. Tak jak w jednym odcinku, kiedy miała za zadanie skonstruować przepisy z wykorzystaniem wprowadzanego na rynek nowego rodzaju dietetycznej czekolady. Produkt testów laboratoryjnych nie przeszedł, ze względu na radioaktywność. Ale zanim wyniki testy przyszły z laboratorium, w kuchennych testach tego, również z organoleptycznego punktu widzenia obrzydlistwa, równo i sprawiedliwie brali udział wszyscy.  O ile dobrze pamiętam.

A pamiętacie w ogóle pierwszy odcinek? Od którego cała historia się zaczęła? Kiedy szalona panna młoda ucieka sprzed ołtarza, do którego zawiódł ją konstrukt społeczny, czyli nie jej oczekiwania względem przyszłego małżonka, a oczekiwania grupy społecznej w której dane jej było się wychować? Rodzina ją wyklęła. 

A co zrobili przyjaciele? 

Udzielili dachu nad głową. Pomogli znaleźć pracę. Przyjęli ją. To po ludzku. Ale bardziej po ludzku – wyrwali z piekła. Piekła nieszczęścia od którego była na odległość jednego słowa. Słowa „tak”.  

Znam temat z autopsji. Sama często wyrywałam ludzi z piekła, i dalej będę to robić. 

Często niestety nie ma to nic wspólnego z dyskrecją. Za to bardzo często bardzo wiele wspólnego ma z workami na śmieci, dodatkowymi kosztami paliwa, pakowaniem jedzenia na wynos, czy wchodzeniem do czyjegoś domu przez okno. I miotłą. Pożyczaliście kiedyś miotłę od kogoś? Albo ktoś wam? Nie? To wy nic o przyjaźni nie wiecie.

Za to nie wiele z przyjaźnią wspólnego ma spędzanie czasu na wzajemnym szukaniu jak najlepszego ujęcia do kolejnej fotki na serwis społecznościowy. Zwłaszcza, jeśli celem nie jest zrobienie jak najlepszej fotki pod względem technicznym, jakościowym czy estetycznym, a prezentacja nieszczerego uśmiechu, dzióbka czy też cycków. Wiecie. W celu budzenia ducha w społeczności. 

Ale. 

Tą przysłowiową beczkę soli i przyjaźni trzeba razem nie zjeść, ale znaleźć miejsce w lesie, posadzić tam drzewo, poczekać aż wyrośnie, ściąć, obrobić, z tego zrobić beczkę i napełnić solą. 

A wtedy usiąść i zastanowić się, czy zamiast soli w nierozsądnej ilości nie jest lepiej zjeść razem smaczną zupę. 

Znaczy co kto lubi, ale gdybyście jednak zdecydowali się na zupę, to mam całkiem niezły przepis. 

Inspiracją były dla mnie pierogi ruskie oraz lenistwo i bezglutenizm. Ponieważ kocham pierogi ruskie, nie chce mi się ich robić, a żadne z dostępnych komercyjnie nie spełniają moich wyśrubowanych standardów względem farszu. No i nikt jeszcze, o ile mi wiadomo oczywiście, nie wpadł na to żeby oprócz zwykłej cebuli dodawać cebulę dymkę. A to robi dużą część smaku tej potrawy. 

Zainspirował mnie również, nie ukrywam, jeden z odcinków przyjaciół. Ten w którym Rachel i Chandler jedzą sernik z podłogi na klatce schodowej. Ba. Najpierw kilkukrotnie kradną go sąsiadce. A potem jedzą z podłogi. Potem przychodzi Joey, wyciąga widelec zza pazuchy i też wcina.

https://www.hungryforever.com/friends-cheesecake-recipe/

No to ta zupa jest wytrawną wersją tego sernika. I zawiera ser biały, i jest tak smaczna że można by ją jeść nawet z podłogi. I o ile ten sposób spożywania pokarmów sprawdzi się w przypadku sernika, tak w przypadku zupy sugeruję jednak konsumpcję w sposób tradycyjny. Można łyżką od razu z garnka.

Uwaga, mimo tego że bez glutenu – nabiał. I ziemniaki. Ale raz na jakiś czas można.

Do roboty. Samo się nie sklei, chociaż nie trzeba kleić. A klei się tak.

Rozkręcamy imprezę, znaczy kręcimy ser. Wy blender, ja makutra. Różnicy większej nie zrobi.

najpierw biały ser
następnie lekko podsmażona cebula, zarówno zwykła jak i dymka
na koniec ugotowane ziemniaki
dodajemy do podgrzanej uprzednio Królowej
talerz zupy dla głodnego przyjaciela. Ale garnek trzymajcie w pogotowiu. I nie pytajcie czy chce, po prostu dolewajcie.

Nie twierdzę że jestem wzorem przyjaciela. Gdyby zapytać kogo trzeba, pewno wiele bym się na swój temat dowiedziała. Tylko po co. Ciekawość prowadzi do piekła. A stamtąd trzeba wyrywać ludzi. Na szczęście od wyrywania mnie z piekła, dobry Bóg stawia ludzi tam gdzie trzeba i kiedy trzeba. Czy można to nazwać przyjaźnią? To pokazuje czas i to, kto i ile zupy na czyje konto zjadł.

D.M.