DM

Samcza supremacja vs feminizm

Zamieszkała w dużym mieście przedstawicielka gatunku żeńskiego siedziała przy stole, czekając aż przestygnie herbata.

Trochę ponad 30-letnia pani grafik z zawodu, pracująca w dość dużym wydawnictwie, zaczynała mieć powoli dość oferowanych przez owo miasto perspektyw.

Zastanowiwszy się chwilę nad użytym w zdaniu powyżej słowem, mającym opisać jej aktualny stan emocjonalny stwierdziła, że nie była to kwestia perspektyw.

To była kwestia obietnic.

Zwłaszcza tych, które sama składała sobie.

Po raz kolejny obiecywała sobie, że nie straci w życiu głowy, skutkiem czego będzie panować nad sytuacją. Ponieważ znowu skończyło się tak, że siedziała oszołomiona własną głupotą, nie wiedząc z której strony zacząć ścierać rozlane mleko najpierw.

A była kałuża!

Rozmiaru metr osiemdziesiąt.

„Pf” – pomyślała sobie – „gdzieś musiało wybić. Nie można być przecież we wszystkim celującym” – dokończyła myśl. A jako że była celująca w życiu zawodowym to wybiło, a jakże, w życiu osobistym.

Zaczęło się niewinnie, bowiem od pogłosek zasłyszanych przypadkiem na mieście.


A raczej, „przypadkiem” dostarczonych jej przez życzliwych znajomych.


A że podobno w biurze u mężczyzny, z którym spotyka się od ponad roku, regularnie zjawia się prostytutka. Młoda, dość atrakcyjna dziewczyna.


Co więcej, jej mężczyzna podobno regularnie z ową panią utrzymuje telefoniczny kontakt.

Analizując sytuację, stukała paznokciami o blat stołu,
i układała sobie ustalone do tej pory fakty w głowie.

„Prostytucja, zawód stary jak świat, nie szokuje” – ułożyła się pierwsza w głowie myśl.


„Młoda, atrakcyjna dziewczyna. Ukrainka pewnie, pieniądze wysyła mężowi, i dzieciom do domu. Akt miłosierdzia” – kolejny fakt poskładany.

„Cóż, mężczyzna prezentujący ten poziom klasy co mój, no nie wypada żeby z usług tego rodzaju pań nie korzystał wręcz” – usankcjonowała ostatni fakt, i jako że herbata wystarczająco oddała temperaturę otoczeniu, chwyciła czarkę w dłoń.

„Warto było zapłacić taką ilość pieniędzy. Luksus musi kosztować” – pomyślała, zarówno na temat herbaty, jak i faktu, że od tej pory jej monogamiczny związek przyjmuję strukturę haremu.

„Cóż, jak świat stary i szeroki, rządzili nim mężczyźni których stać było na nałożnice” – zamknęła w głowie szufladkę z tematem, otwierając następną, zawierającą temat weekendowego wyjazdu na konferencję naukową pod tytułem „Płeć – marzenie, pułapka czy kreacja. O schodach do nieba dla gender w sobie”.

„Będę musiała mu oznajmić, że w tym tygodniu się nie spotkamy. Wspominał coś przez telefon, że też nie da rady się spotkać, ale nie słuchałam dokładnie. Zamknięcie budowy czy coś, pewno będą siedzieć w pracy do rana. Nie moja robota, nie wtrącam się” – ułożyła zarówno sobie, jak i jemu, plan na weekend, rozsiadając się wygodnie w nowej rzeczywistości.

Następne dni przyniosły jednak coś innego niż się spodziewała.

Okazało się bowiem, że owa ukraińska cichodajka, to jednak obywatelka Polski jest.


Ale nie to było jeszcze najgorsze.

Rzeczona pani nie była bowiem z zawodu prostytutką, a autorką książek. I to książek znanych bardzo dobrze pani grafik, ponieważ wydawnictwo dla którego pracowała, zajmowało się wydawaniem i promocją twórczości tejże.

Ale to też jeszcze nie było najgorsze, pomimo tego że literatura, którą tworzyła owa kobieta, była nieustannym obiektem żarcików wśród koleżanek pani grafik, jako „literatura do czekania aż się zupa ugotuje i pralka skończy prać”.

Najgorsze było to, że owa kobieta była chudsza od pani grafik o jakieś, na oko, 3 kilogramy.

Zaczęło jej się powoli składać w głowie, ponieważ jakiś czas temu ów mężczyzna, będący sprawcą całego zamieszania, delikatnie zwrócił jej uwagę na pofałdowanie w pewnych rejonach. Zrobił to, w jej odczuciu, w niekulturalny sposób. Co naturalne, frustracja narastała, i jak na kobiecą frustrację przystało, narastała ona w zastraszającym tempie, powracając do pierwotnej przyczyny, czyli faktu, że straciła głowę.

„I to przez … ” – zastanowiła się chwilę, chcąc tym razem od razu użyć adekwatnego słowa – ” … przez kogo tak właściwie”.

No bo facet, o którego cała afera się zrobiła, po pierwsze nie był już najmłodszy, a co za tym idzie, swoje przyzwyczajenia i nawyki miał. Niektóre ciężko jej było tolerować, ale stanowiły świetny temat do żartów, zarówno w formie bezpośrednich docinków, jak i w gronie koleżanek.

Co prawda był prezesem jednego z największych holdingów developerskich w kraju, ale jeszcze ani nie dostała od niego w prezencie mieszkania, ani nawet nie zaoferował jej kupna żadnego po „dość” okazyjnej cenie.
A spotykali się od ponad roku!

W głębi duszy chciała to odczuwać jako porażkę, ale przecież nowoczesna kobieta nigdy się nie poddaje, więc nie traciła nadziei na to, że matka fortuna od nieruchomości się do niej kiedyś uśmiechnie.

Jak wyglądały spotkania? Romantyczne kolacje w najmodniejszych lokalach w mieście, koncerty i imprezy w klubach, zakupy w galeriach, głównie. Rzadko spędzali czas tylko we dwoje, chyba że w nocy, co zrozumiałe.

Śniadania po wspólnie spędzonej nocy jedli na szybko, najczęściej w jednym z modniejszych lokali. A potem każde do swojej pracy. Były również wycieczki samochodem do innych, modnych miast, ale jako że nie była fanką zwiedzania zabytków innych niż modne knajpy i galerie handlowe, więc po kilkukrotnym zakręceniu na jego propozycje nosem, temat się urwał.

„Czyli tak, jak powinien wyglądać związek silnej, niezależnej, pewnej siebie kobiety” – podsumowała fakty. „Dlaczego więc spotyka się z inną? Może o te trzy kilogramy chodzi? Może go nie podniecam? Może w towarzystwie nie wypada?” – szukając możliwej przyczyny dość niekorzystnie, z developerskiego punktu widzenia stanu rzeczy stwierdziła, że skorzysta z usług dietetyka.

Kilka dni później wizyta do specjalisty była umówiona. Była nią kobieta, która, podobno, dobrze znała się na rzeczy.

Po zdawkowej wymianie uprzejmości, i kilku pytaniach wprowadzających, pani dietetyk zadała pytanie, które w oczach pani grafik postawiło jej kompetencje pod znakiem zapytania.

„Dlaczego chce pani zrzucić te 3 kilogramy” – właśnie to pytanie w głowie pani grafik zabrzmiało … dość bezsensownie, zważywszy że chciała za instrukcje jak to zrobić trwałe i skutecznie, zapłacić.

„No jak to dlaczego. Chcę się ich pozbyć, w dodatku na stałe. A podobno potrafi pani tak pracować, że to nie wraca” – zaperzyła się pani grafik.

„Szanowna Pani, cel pani wizyty ze zdrowotnego, tudzież estetycznego punktu widzenia, nie budzi we mnie większych wątpliwości” – odpowiedziała pani dietetyk – „Chciałam najpierw sprostować, że to nie ja wykonuję pracę, a Pani. Żebym jednak mogła uszyć dla Pani metodę, muszę poznać co jest prawdziwa przyczyną, dla której chce się pani tych trzech kilogramów pozbyć”.

Po chwili milczenia, Pani grafik postanowiła nie owijać w bawełnę.

„Facet mnie zdradza ze szczuplejszą” – padło z jej ust wyznanie.

„Hm” – zastanowiła się chwilę pani dietetyk – „Czy mogłabym prosić o zdefiniowanie, w pani rozumieniu oczywiście, kim dla pani jest facet?”.

„No jak to kim” – zabrała się powoli do udzielania odpowiedzi Pani grafik.

„Facet jest po to, żeby mieć z kim spędzać wolny od pracy czas od pracy,
i kiedy nie ma w pobliży przyjaciółek. Ma mi dodawać punkty do poziomu życia, więc im lepiej finansowo stoi, tym lepiej. Ma mnie stawiać na piedestale, i generalnie sprawić że będzie mi się żyło lepiej” – zakończyła myśl.

„No i dobrze było by, gdyby sąsiedzi nie mówili o mnie stara panna” – dodała, jednakże to tylko w duchu.

„Aha” – pani dietetyk przyjęła do wiadomości odpowiedź pani grafik –
„a ślub? Ma Pani może, w jakiejkolwiek perspektywie, ślub z tym Panem?”.

„Ślub?” – zdziwiła się srogo pani grafik – „przecież małżeństwo to skostniałe i archaiczne narzędzie patriarchatu, by usankcjonować samczą opresję wobec kobiet! Co tam opresję, a co będzie jak mi się spodoba ktoś inny?”.

„Hm” – zaczęła wywód pani dietetyk.

„Szanowna Pani. Chcąc nie chcąc, nasz światopogląd na wiele spraw, osadzony jest w kulturze chrześcijańskiej. To, ile ma on z prawdziwym chrześcijaństwem wspólnego, jak my ten światopogląd realizowaliśmy przez wieki i realizujemy go obecnie to jedna kwestia, ale niezaprzeczalnym faktem jest, że patrzymy na sprawy przez pryzmat pewnych wartości. I choć albo się z nimi zgadzamy albo nie, tak … koncepcja dozgonnie monogamicznego związku opartego na miłości nie jest taka do końca głupia. Niezrozumiana w ząb – owszem. Ale nie głupia.

Że żebym sobie te koncepcje między bajki z raju włożyła?

Otóż, ta cała teoria o wygnaniu z raju może nie być taka niedorzeczna jak się wydaje. I o ile było tam z ekologicznego punktu widzenia jak w bajce, tak wracając do kwestii damsko – męskich, wystarczy inaczej spojrzeć na sprawy, a raczej … puścić wodze fantazji. Otóż.

Lektura Pisma Świętego zaczyna się od refleksji snutych przez starożytnego Hebrajczyka na tematy dla niego na tamten czas tak niedostępne, jak pochodzenie świata, natura człowieka, czy koncepcja małżeństwa.

Biorąc pod uwagę jego, nie tyle nawet poziom intelektualny, co dostęp do wiedzy z dziedziny antropologii, bezsensownym ze strony Ducha Świętego, a to na jego natchnieniach oparta jest tak silna wiara Chrześcijan w Słowo, byłoby przemawianie, do owego Hebrajczyka antropologiczną terminologią. A już tym bardziej antropologicznymi faktami.

A zgodnie z nimi, co stoi w zgodzie również z tym co sam natchnion przez Ducha Świętego był napisał, najstarsze odkryte kopalne szczątki uważane za dotyczące gatunku ludzkiego są płci męskiej. Czyli, na logikę, mężczyzna był pierwszy. Większy notuje się również odsetek kopalnych szczątków przodków płci męskiej, a pseudonimem „złota rączka” nazwano szczątki, tak tak, faceta z gatunku homo habilis, który to gatunek uznawany jest za protoplastę ewolucyjnej linii, z której wywodzi się człowiek, jak rozumiemy to słowo dzisiaj.

Nie wyklucza to, a wręcz według mnie potwierdza słowa, że po wygnaniu z raju „w trudzie będzie zdobywał pożywienie dla siebie”, ponieważ nie da się zaprzeczyć, że trudnym i złożonym procesem jest ewolucja, która, na pewnym etapie, zakładała taki poziom świadomości, że wydarzeniem w stadzie było wyjmowanie ziemniaków z ogniska.

A to, że wpadnięcie na pomysł, że możemy je do tego ogniska wsadzić zajął nam jakiś milion lat, to inna sprawa. Zapewne z tego powodu, do dzisiaj ziemniaki z ogniska są takim wydarzeniem. Na upamiętnienie przodka, który pierwszy na to wpadł. Ale tym się od przodków różnimy, że owe ziemniaki z ogniska zjadamy z solą i masłem. Ależ ten Pan Bóg ma poczucie humoru, nie?

Tym jednak, co odróżnia nas od małp jest fakt, że w obliczu niedostatku tych podstawowych produktów spożywczych, takich jak ziemniaki, masło czy sól, ów niedostatek zaczęlibyśmy odczuwać jako uczucie głębokiej tęsknoty, co więcej – zmaterializowalibyśmy owo uczucie jako myśl, przywołując wspomnienie prawdopodobnie z dzieciństwa, kiedy nic więcej oprócz ogniska, ziemniaków, soli i masła do szczęścia nie było potrzebne.

I szczerego towarzystwa wokół niego.

I tym, co jeszcze odróżnia nas od małp jest cel, dla którego gromadzimy się wokół tego ogniska, oraz to, jak traktujemy innych siedzących wokół niego. Zwłaszcza w kontekście masła i soli, które są nam nie tylko do szczęścia, ale i życia potrzebne. Ale to się wlicza w to szczere towarzystwo.

Szczęście i życie, otóż. Wracając.

Do szczęścia owemu starożytnemu Hebrajczykowi miało wystarczyć więc wiedzieć, że świat powstał, powstał w jakiejś tam kolejności, a jemu – czyli mężczyźnie – nie będzie dobrze samemu.

Stąd też, ponieważ dalekiego wujka jakiś czas temu nie satysfakcjonowały rozmowy ze zwierzętami, jeszcze w raju dostał do towarzystwa i pomocy kobietę. Więcej wiedzieć nie musiał, ponieważ i tak by nie zrozumiał.

Ba. On nie musiał rozumieć. O szczęśliwa prostoto życia …

Ponieważ kobieta owa, jako że miał z nią w założeniu spędzić całe życie, wręcz jedno ciało mieli stanowić, miała mu się przede wszystkim podobać.
I to tak podobać, że aż krzyknie z zachwytu, iż jest ona oto brakującą częścią jego ciała, wręcz z jego kości zrobiona.

Wystarczyło więc, że rozumiał uczucie jakie ta kobieta miała wywołać.
A miała wywołać ZACHWYT.

Ba. Zachwyt. Rzucić na kolana go miała! A że była równie inteligentna,
co urodziwa, dodało się.

W dzisiejszych czasach, i przy użyciu dzisiejszej terminologii, prawdopodobnie słowa jakimi ten mężczyzna wyraziłby ów zachwyt bliższe byłyby stwierdzeniu w stylu „O Boże, jaka laska, tydzień z nią bym … Tydzień. Pf. Dwa. A potem ani nie spuszczę z oka, ani nie wypuszczę z rąk”.

No i, to, co działo się potem, czyli opuszczenie ojca i matki, w dzisiejszych czasach często nie jest już spakowaniem worka i podpisaniem papieru czy dwóch, a długoletni i bolesny proces psychoterapeutyczny.

Cóż, prawdopodobnie cena jaką płacimy za rozwój.

A rozwój, właśnie tym się miał zająć ów starożytny Hebrajczyk.

Przedłużaniem rodu. Budowaniem cywilizacji. Gruntowaniem wartości moralnych w owej cywilizacji.

Bo szczerze? Jeśli ktoś myśli o „dzisiaj” w kategoriach „ach ta dzisiejsza młodzież”, to nie był najwidoczniej nigdy w starożytnej Grecji. Stąd też, ów Hebrajczyk dostał dość poważne zadanie, nie uważa Pani?

Dlatego też, owa kobieta nie została zaprojektowana jak jakieś podfruwajło oplątane wstążkami, czy hedonistyczną ideą o czymkolwiek,
a uśmiechnięty cud, który robi zakupy o świcie, gotuje, żywi, pierze, sadzi, uprawia, lepi, szyje, sprzedaje to co uszyje, piecze, fermentuje, i tak dalej.

Brzmi jak napięty plan dnia? A dzisiaj każdy dzień taki nie jest?

Tylko że, w tamtych czasach, napięty plan dnia kobiety miał w założeniu sprzyjać rozwojowi cywilizacji przez to, że Hebrajczyk tak na prawdę nie musiał po powrocie do domu myśleć o niczym innym, jak o tym, by cieszyć się życiem. Co również, a może zwłaszcza, oznaczało cieszenie się i obecnością, i ciałem swojej żony. Bo tylko radość i pozytywne uczucia sprawiają, że cywilizacja się rozwija.

Oczywiście, było to możliwie tylko i wyłącznie w przypadku dobrze dobranych do siebie ludzi. Zakochanych w sobie ludzi. Kochających się ludzi. Cieszących się samym faktem budzenia się rano obok siebie ludzi. Dających sobie buzi na dzień dobry ludzi. Rozwiniętych w samoświadomości na tyle, aby twardo stać na ziemi w poczuciu własnej sprawczości, oraz szacunku dla drugiego człowieka.

Ponieważ świadomość w kierunku rozwoju szanowna Pani jest tym, co cechuje nawet nie tyle dobrze ułożony, co oparty na właściwych intencjach związek partnerski.

Rozwój.

Ciągnięcie się w górę nawzajem. Wyciąganie z drugiej osoby tego co najlepsze. Budowanie. Czynienie przestrzeni dookoła siebie, a rozumiem przez to również przestrzeni relacji, przyjaźniejszej. Bezpieczna przestrzeń na uczucia, które są poprzez swoje ciepło piękne.

Podobno „kochać to estetyzować otoczenie”, a mężczyzn zawsze ciągnęło w stronę piękna. O gustach się co prawda nie dyskutuje, ale każdy jakiś kanon piękna wyrobiony ma i wie, co mu pasuje, a co nie. Zarówno jeśli chodzi o wygląd, jak i o uczucia.

I stąd właśnie szanowna Pani, pomysł na instytucję małżeństwa, ponieważ będąc członkiem jakiegokolwiek społeczeństwa, konieczne jest usankcjonowanie w jakikolwiek sposób, obowiązków wynikających z faktu bycia razem w celu, (chociażby), wyciągnięcia konsekwencji, w razie wykazania się nieodpowiedzialnością którejś ze stron.

Konieczność ta, wypływa z faktu naszego człowieczeństwa i tego, że wchodząc w relację z drugim człowiekiem tworzymy przestrzeń.


A przestrzeń tą można wypełnić albo miłością, albo nadużyciami. Niestety, w dzisiejszych czasach, co widać po statystyce rozwodów chociażby, większość związków opiera się jednak na tym drugim.

Ponieważ dalsze konsekwencje po wygnaniu z raju są równie poważne, jak konieczność stawienia czoła procesowi ewolucji. I ta konsekwencja to tak na prawdę tak samo piękny jak proces ewolucji prezent – wolna wola i relacje.

A raczej, wolną wolę co do kształtu i charakteru relacji. I co osobiście polecam każdemu, z kim dane jest mi rozmawiać na ten temat, to polecam aby każdą relację, a zwłaszcza damsko – męską jednak oprzeć na uczuciach, na cieple, na dobraniu osobowości, a nie na wyglądzie lub, co należy do moich ulubionych sposobów na morderstwo, statusie społecznym.

Oparcie relacji na wyglądzie bowiem implikuje zakochanie emocjonalne, a jest to bardzo krótkotrwała i zwodnicza podstawa, a rozsądek podstawą do związku jest jeszcze bardziej zwodniczą i o jeszcze krótszym terminie przydatności do spożycia.

Czy wiedziała pani, że małżeństwo wymyślono po to, żeby facet nie mógł tak łatwo zostawić kobiety z którą szedł przez życie, bo np. zaczął mu przeszkadzać stopień w jakim ona była owłosiona? A podobno praktyka była to nagminna? I taka sytuacja, kobieta wnosi siebie, posag, czas, i … siebie, więc wszystko, i traci to wszystko, ale to wszystko w życiu, bo obok estety i kontestatora damskich wdzięków zakręciła się bardziej gładka pani.

Oczywiście, szło to również w drugą stronę, ponieważ ktoś obok tego estety i kontestatora zakręcić przecież się musiał, i istniało prawdopodobieństwo, że miała takie same poglądy na wierność jak ów esteta i kontestator.

I chociaż osobiście uważam że dzisiejsze ustawodawstwo w szkodliwy dla społeczeństwa, a rozumiem przez to jego najwrażliwszych obywateli czyli dzieci, reguluje małżeńskie układy, faworyzując rolę kobiety, tak jest to naturalna konsekwencja wielowiekowego obrotu spraw, gdzie facet mógł porzucić długoletnią żonę, ponieważ ta straciła na przykład zdrowie, stając się tym samym niezdolna do pracy.

Zarówno konkretny jak i dosadny pokaz siły mężczyzny i jego umiejętności w kategorii prowadzenia związku, nieprawdaż?

Chociaż, aby oddać sprawiedliwość naszej naturze, mężczyźni mają tacy być właśnie – konkretni i dosadni, a kobiety pomocne, ale … bez przesady.
I z odrobiną człowieczeństwa chociaż.

Tak na prawdę dopiero od niedawna ślub i małżeństwo, w powszechnym rozumieniu, jest przede wszystkim deklaracją miłości.

Deklaracją uczuć względem tej drugiej osoby. Nie traktatem handlowym dwóch rodzin, a świadomym wyborem, decyzją dwójki ludzi.

Powiedzeniem esencji człowieczeństwa drugiej osoby „tak, chcę”. Biorę ciebie, i od teraz mam w życiu wszystko, co jest mi do niego potrzebne. Mam ciebie. Mam miłość.

Brzmi pięknie, prawda? Miłość.

Skąd tyle rozwodów i tragedii rodzinnych więc? A to z tego powodu, że wchodzimy w relacje oparte na niewłaściwych podstawach. Trudno nas winić, o pewnych wartościach albo zapomnieliśmy, albo nie mieliśmy z nimi nigdy do czynienia.

Bo się naoglądaliśmy niedobranego małżeństwa w rodzinnym domu, gdzie dwójka ludzi, która z założenia miała pluć na siebie pastą do zębów ze śmiechu o poranku, owszem pluła na siebie od rana, ale jadem przy śniadaniu.

Jad na śniadanie, wyobraża sobie pani? Smacznego.

Obecnie co prawda funkcjonuje pogląd, że dobry związek to taki, w którym nie ma miejsca na litość, ale większość ludzi którzy ten pogląd wyznają powinni zadać sobie jedno proste pytanie – czy na śniadanie należy spożywać i/lub serwować jad?

Niech mnie pani źle nie zrozumie, ja ani nie faworyzuje, ani nie dewaluuje żadnej z płci, nie stoję po stronie żadnej.

Ja stoję po stronie człowieka, niezależnie od płci.

A człowiek, powinien się przede wszystkim odżywiać, bez tego żadna relacja nie ma nawet biologicznych podstaw, aby zaistnieć. A jak się dobrze odżywia, to znaczy że może sam na sobie polegać, czyli relacje sam ze sobą ma przyjacielskie, z czego w prostej linii wynika, że i do drugiego człowieka w relacji wyjdzie z ludzkim, odżywczym obliczem. I dokładnie na tych samych zasadach co z drugą płcią, oparte są relacje z jedzeniem.

A przynajmniej powinny.

A żeby być już zupełnie sprawiedliwą, ja stoję przede wszystkim po stronie miłości.

Konkludując szanowna Pani, uważam że nie w trzech kilogramach tkanki tłuszczowej leży problem. Ponieważ tak na prawdę zjawiła się pani u mnie z problemem nieszczerości uczuć.

Przykro mi, z aktualnym partnerem traktujecie się w charakterze obiektów eksperymentalnych z zakresu inżynierii społecznej. A nie ma to nic wspólnego z miłością.

Nie wnikam w intencje, jakie stały za wejściem w „związek” z owym mężczyzną, ale podejrzewam, że skoro tłumaczę podstawy miłości od kilkunastu minut, znaczy że mogły nie być wyjątkowo czyste.

Zakładam oczywiście, że mogę się mylić, a i pragnienie prawdziwej miłości w każdym z nas tak na prawdę jest, bardzo silne nawet.

Tyle że, musiałaby pani trochę zejść ze swojego stołka i otworzyć się na mężczyznę i na to, jaki on z natury jest. A nie ma to wiele wspólnego z bajką o kopciuszku, zwłaszcza ciągle na balu.

Prędzej z bajką o pięknej i bestii, przy dużym udziale świadomości, że bestia jednak nie zamienia się w księcia, oraz, że równie często co główna bohaterka wspomnianej przeze mnie opowieści, będzie pani rozmawiać z kuchennymi utensyliami. Podczas gotowania, chociażby. Ponieważ mężczyzna potrzebuje przede wszystkim dużo, i dobrze zjeść.

Czy wiedziała pani, że zapotrzebowanie energetyczne, dajmy na to pracownika magazynu, podczas jednego dnia pracy może wynieść prawie 1000 kalorii? Dokładając do tego podstawowe zapotrzebowanie energetyczne, plus dajmy na to sport, może wyjść koło 3000 kalorii na dzień. A żeby było zdrowo, tego się nie powinno zapełniać ani wieprzowiną z ziemniakami, ani białkiem pszennym.

Stąd też, Pan Bóg, w swojej odwiecznej i niezgłębionej mądrości wykazał się zmysłem inżynieryjnym w zakresie projektowania kobiety, gdyż w każdą z nas wpisał najgłębiej jak się dało potrzebę bycia przede wszystkim potrzebną.

Bycia towarzyszką – pomocnicą.

W tym właśnie celu zostałyśmy stworzone. Bez tego nie wiemy kim jesteśmy, i po co.

A mamy towarzyszyć, oraz pomagać mężczyźnie. A miłość jest wtedy, kiedy jedno bez drugiego może i przeżyje, ale nie da rady.

Znaczy da, ale jest to bardzo dla obydwojga smutne.

Owszem, rutyna codzienności zabija najpiękniejszy nawet związek, ale ona stanowi właśnie jego kwintesencję. Jak dwójka ludzi nie widzi sensu w rozmowie na tak podstawowy temat, jak kwestia tego co jeść, to wie Pani jak to się kończy? Dokładnie tak jak w raju.

Facet gdzieś poszedł, my wykazałyśmy się inicjatywą i bum. Pierwszy w historii akt feminizmu skończył się tak, że od tamtej pory mamy ich słuchać. Ich, znaczy mężczyzn. I do nich kierować swoje potrzeby. A oni mają je spełniać oczywiście. Zarówno te cielesne, jak i duchowe.

I dalej ciągnąc „bajeczkę” z raju, tym razem opierając ją już o zasady mechaniki kwantowej i emisję fotonów z organizmów żywych, czym pani karmi siebie, tym karmi jego i na odwrót, ponieważ tak została zaprojektowana relacja kobiety i mężczyzny. Jako jedno ciało. Nie do rozłączenia.

Stąd też, niestety nie biorę odpowiedzialności za pani związek, z braku lepszego słowa, ale biorę odpowiedzialność za pani masę ciała.

I w pierwszej kolejności zalecam karmienie siebie, ale wyłącznie dobrym uczuciem.

A jeżeli jest tak jak podejrzewam, to w pierwszej kolejności do tych trzech nadprogramowych kilogramów, dojdą jeszcze dwa, ponieważ musi pani dożywić właściwym jedzeniem te szlaki neuro-metaboliczne, którymi aktualnie pani utrzymuje na sobie owe trzy kilogramy.

A jeśli pani set point w mózgu ustali się na umiejętność radzenia sobie z problemami na linii damsko – męskiej w sposób inny, niż dogadzanie sobie za pomocą jedzenia, to i apetyt sam wyhamuje, a panią przestaną satysfakcjonować szybkie dostarczacze pozytywnych emocji, na rzecz pożywienia, które głęboko odżywi organizm.

Tyle że, z tymi pięcioma kilogramami nie wiadomo co się będzie działo, bo może z nimi właśnie dopiero poczuje się Pani kobieco? Zalotnie? Ale nie jak towar na sprzedaż, a jak prezent dla faceta.

Najwyższa wartość jaka istnieje. Dać siebie. Może dopiero wtedy polubi pani swoje ciało? Poczuje, i zaakceptuje do czego została stworzona?

Ponosi pani te kilogramy przez chwilę, po czym dojdzie do wniosku że jest super, ale chce je zgubić. I wtedy Pani przyjdzie do mnie, a ja znów powiem co robić.

Ba. Przyjdziecie!

Z facetem który będzie miał metr dziewięćdziesiąt osiem wzrostu,
a wszystkie pozostałe cechy, którymi się będzie różnił od poprzedniego pana, będzie można sprowadzić do jednej – będzie panią zainteresowany, na wyłączność i długoterminowo. Kimkolwiek ów pan będzie.

I jeśli połączy was szczere uczucie, to nie będzie miało dla pani znaczenia, czy jest to pan prezes, pan pracownik służb oczyszczania miasta, czy pan geodeta.

A jego najbardziej będzie interesować kwestia, czy nie ma jakichś żywieniowych sposobów, żeby te trzy czy pięć kilogramów zostawić, ale przesunąć w jedno konkretne miejsce. Piersi lub pupę, w zależności od upodobań.

Po czym ja odpowiem, że da się zrobić, tylko będzie musiał wytrwale masować. Na co on zaskoczony faktem, że dietetyk a umie żartować, odpowie że da się zrobić, będzie masował.

Pani natomiast, poczuje się oburzona, potraktowana jak obiekt, ale w końcu marzeń. A nie pionek na planszy gry, której reguły ustala inżynieria społeczna, czy ruchy feministyczne.

Bo ta wojna pomiędzy nimi, to się o szacunek toczy. I chociaż nikt nie sprowadził kobiecego ciała do konceptu obiektu jak feministki, zakrzywiając w dodatku niemiłosiernie, tak metoda w tym szaleństwie jest, a raczej … przyczyna.

Może w końcu przyszedł na jakąś konstruktywną dyskusję w tym temacie czas? Co prawda, przy obecnym kształcie, jaki przyjmuje dyskurs publiczny w temacie, prędzej skończy się to wojną, ale może jest na nią odpowiedni czas?

Wie pani, podobno natura zawsze obroni i odrodzi się sama, chociaż wyniki płynące z dobrze zaprojektowanych badań w temacie, a podobno na tym opierają się wszystkie założenia tak dynamicznie postulowane i przez jednych i przez drugich, świadczą o tym, że cywilizacja pomknie w troszkę innym kierunku niż się obojgu wydaje. Ale to nie na teraz temat.

Tak czy inaczej.

Pomimo tego, że te „żarciki” będą sucharkiem, tak pani chrupnie je z godnością, bo odbierze jako komplement, ponieważ mając miłość obok siebie, przestaną panią zjadać kompleksy.

Bo trzeba się poczuć najpierw dobrze ze samym sobą, i zrealizować swoje potrzeby. Wtedy dopiero jesteśmy w stanie wczuć się, i odpowiedzieć na potrzeby drugiego człowieka. Być dla niego pokarmem, pożywieniem, a nie … mięsem, z braku lepszego słowa.

Usłyszałam kiedyś zdanie, że gdyby kobieta miała choć trochę honoru, po pięciu latach sama by od mężczyzny odeszła. Ja poszłam trochę głębiej w rozważaniach, mianowicie że gdyby kobieta miała choć trochę oleju w głowie, nie weszła by w żaden związek bez konkretnej psychoterapii za sobą, żeby wiedzieć czego od mężczyzny potrzebuje.

I może pani potrzebuje mężczyzny, który będzie wolał w piątek po pracy pooglądać czegóż to nadprogramowe pięć kilogramów nauczyło się w tym tygodniu na warsztatach, ale nie z jakiejś nowej ideologii, a starożytnego tańca brzucha.

I niech mi pani wierzy, światu bardziej potrzebna jest jedna zadowolona z życia, potrafiąca kochać innych ludzi niezależnie od statusu społecznego, ważąca 3 kilogramy za dużo kobieta, niż sześć wychudzonych, oschłych, nie zainteresowanych niczym ani nikim w życiu, ale pełnych „sukcesu zawodowego” oraz wizji tego, jak innym kobietom będzie lepiej, kobiet”.

Tymi słowami skończyła swój monolog pani dietetyk, informując że przeprasza, że urywa w najciekawszym momencie, ale następny pacjent czeka już przed gabinetem.

„Jadłospis zostanie dostarczony w formie poczty elektronicznej za kilka dni, dziękuję bardzo za wizytę i przemiłą pogawędkę. W razie jakichkolwiek pytań, zapraszam do kontaktu mailowego, lub telefonicznego”.

Po otrzymaniu zaleceń, Pani grafik ucieszyła się niezmiernie, bowiem większość dań stanowiły potrawy, które spokojnie można było zastąpić jedzeniem dostępnym na wynos, takie jak sałatki, smoothies, czy sushi.

Pani dietetyk wspominała co prawda o sile, jaka tkwi w samodzielnym przygotowywaniu posiłków, i że to na tym w dużej mierze opiera się sukces, jakim jest bezpowrotne zrzucenie zbędnych kilogramów.

„Ale przecież jedzenie to jedzenie” – pomyślała Pani grafik, i za pomocą trzech kliknięć zamówiła na kolację sushi z najlepszej knajpy w mieście.

Tymczasem w piątek, w biurze pana prezesa od developerów robota wrzała, i nic nie zapowiadało się na to, żeby miała się szybko zakończyć.

Na dyżur wezwani zostali wszyscy, którzy umieli dodawać dwa do dwóch,
i nie leżeli aktualnie na oddziale intensywnej terapii. Czyli kierownik budowy był nie obecny. Tak jak i reszta załogi, ponieważ wszyscy byli tak wykończeni tempem ostatnich tygodni pracy, że poskutkowało to tym, że po prostu poszli do domów spać. Obowiązki musiał więc przejąć sam pan prezes.

Pomimo tego że większość dokumentacji była w formie elektronicznej, jednak dużą jej część stanowiły mapy w odpowiednich skalach, które musiały mieć formę papierową. Oznaczało to ni mniej, ni więcej niż drukowanie, sklejanie, składanie, dziurkowanie, i wkładanie w odpowiedniej kolejności do adekwatnych dla danego obiektu budowlanego segregatorów.

„Robota do zaje…” – przeklął w duchu pan prezes, dziurkując prawdopodobnie milionowy egzemplarz mapy z dokumentacją hydrogeologiczną problematycznego fragmentu drogi dojazdowej do działki oznaczonej symbolem HA-031/B2019.

Wtem, otwarły się drzwi i do biura weszła pani literatka.

„Przyniosłam sushi” – odezwała się pierwsza, ponieważ jedno spojrzenie na otaczającą ją i jej towarzysza sytuację papierologiczną wystarczyło, aby stwierdzić, że wesoło nie jest, i że ktoś musi rozpalić blask pozytywnego nastawienia do wieczoru.

Nie czekając na odpowiedź, ani w zasadzie na jakąkolwiek reakcję, przekroczyła lub ominęła stojące na podłodze kartony z dokumentacją,
i podążyła w kierunku jedynego kawałka blatu nie pokrytego Bardzo Ważnymi Papierami.

„Jak idzie interes, Pani literatko?” – zaczął rozmowę Pan prezes, pytając tylko z grzeczności w zasadzie, ponieważ był tak głodny, że i książkę by zjadł. Bez keczupu nawet.

„Sprzedają się jak świeże bułeczki” – odpowiedziała Pani literatka.

„Znaczy to, że jest popyt na świeże bułeczki. A moje książki nie są o niczym innym, jak o ciepłych bułeczkach. A mam przez to na myśli ciepłe uczucia. Znaczy że zapotrzebowanie jest nie na książki, a na uczucia które budzą. Że nie jest to ambitna literatura? Cóż, sprzedaje się. Zarabiam tym na czas, żeby móc napisać coś ambitniejszego, a tego się nie robi w trzy dni. Życie kosztuje”.

„Sushi chyba zwłaszcza kosztuje, dość wyszukana potrawa” – zauważył Pan prezes, będąc już posilonym na tyle, by móc sobie pozwolić na elokwencję.

„Czy ja wiem, czy to takie drogie jest?” – zamyśliła się Pani literatka, podnosząc w zastanowieniu wzrok do góry. „Ryż można użyć normalny,
a reszta zależy od tego, co się w ten ryż zawinie” – padła z jej ust odpowiedź.

„To dla tego mi to jedzenie przyniosłaś?” – zapytał Pan prezes – „Że to nie takie drogie jest? Chcesz żeby mi przestało smakować?”.

„Nie, nie, nie, zupełnie nie to miałam na myśli – zaczęła wyjaśnienia Pani literatka – „chodzi o to, że dzielenie się z kimś nie musi, a często nawet nie powinno być przeliczalne na wartość finansową”.

„Ta dietetyk, ona może mówi dziwne rzeczy, ale przekładając to na konkret, sens w tym jest. Nawet od najkosztowniejszego ciastka, ale podarowanego bez szczerości w uczuciu, to albo się porzygasz, albo przytyjesz. I jako że pogadałyśmy sobie kilka razy dłużej, to okazuje się, że nie tylko o ciastka chodzi, ale o wszystkie prezenty. Jakieś cząstki elementarne, czy coś. Stąd, prezentów od facetów nigdy nie należy przyjmować żadnych”.

„Że wojująca feministka, ta Pani dietetyk?” – zapytał Pan prezes, sięgając po kolejną porcję posiłku, składającego się z glonów, ryby i warzyw.

„Nie, ona nie jest feministką, silną niezależną kobietą też nie, odpowiadając na twoje, Panie prezesie pytanie. Ona bardzo szanuje obydwie płcie, tyle że … postuluje wolność” – odpowiedziała literatka.

„Wolność? Jak ją rozumie? Tą wolność?” – ciągnął temat zaintrygowany pan prezes – „Przecież wolność jest zaprzeczeniem istoty związku” – stwierdził tonem nie znoszącym sprzeciwu – „Związek to kajdany i już. Wszyscy o tym wiedzą”.

„No właśnie nie do końca tak jest” – podniosła rękawicę w dyskusji Pani literatka – „Ludzie często sami nie wiedzą co od życia chcą dostać, a już tym bardziej nie wiedzą, jak to od życia wziąć. Najprostszym rozwiązaniem, jakie przychodzi im do głowy, jest więc uczepić się kogoś innego, i brać wszystko co popadnie. Głównie pod postacią relacji. A jak idą za nią profity materialne … miód. Stąd cały koncept inżynierii społecznej.

Tyle że, to podejście w relacji cofa człowieka do czasów pierwotnych, gdzie „dać” wcale nie oznaczało „dać”. „Dać” oznaczało „pożyczyć na chwilę, żeby przeżyć”. Ale … wypożyczyć można usługę prasowania koszul, a nie uczucie.

W cywilizowanym społeczeństwie natomiast, relacja oparta na wolności, oznacza tyle, ile człowiek jest z siebie w stanie dać drugiej osobie. Wolna wola determinuje wolność w dawaniu, ale siebie. Tylko tyle. A może i aż tyle”.

„Nie rozumiem” – przyznał uczciwie Pan prezes.

„Hm” – zastanowiła się Pani literatka – „Weźmy na warsztat związek, w którym aktualnie jesteś. Czy czujesz się obdarowywany w jakikolwiek sposób?”.

„To zależy co masz na myśli” – odpowiedział Pan prezes, mając w głowie wspomnienie ostatniej, dość upojnej nocy, którą spędził w towarzystwie Pani grafik.

„Czas, przestrzeń, myśli, emocje” – zaczęła wyliczać Pani literatka – „ważne jest to, czy dajecie z siebie siebie na tyle, aby zarówno jedno, jak i drugie czuło, że jest … coś jeszcze. Coś niewypowiedzianego”.

Pan prezes się zamyślił.

„To ekonomiczne sushi” – powiedział, zmieniając tym samym temat – „Bardzo smaczne jest. Inne, ale smaczne. Ta dietetyk, poleca takie rzeczy?”.

„Tak” – odpowiedziała Pani literatka – „Szczerze mówiąc, sama jest trochę inna. Mówi trochę dziwne rzeczy, ale jak się poskłada jedno z drugim, to wychodzi jak to sushi. Po prostu smaczne. No i, przede wszystkim, lubię z nią pracować. Siedząc przy komputerze praktycznie całymi dniami, łatwo się zapomnieć z jedzeniem, i raz dwa, znowu jest na czym siedzieć.

I chociaż ona twierdzi, że w dobrze dobranym związku, te 3 kilogramy w tą czy w tamtą, ani nie przeszkadzają, ani nie o to chodzi, tak … czy moglibyśmy zmienić temat? Przyszłam żeby ci pomóc, a nie rozmawiać o pracy. A jeśli nie pamiętasz, tym się właśnie zajmuję zawodowo, pisaniem o miłości, a chwilowo czuję się, jakbym przyszła nie pomagać bliskiemu znajomemu w jego pracy, a do swojej pracy”.

„A czy … tylko piszesz o tej miłości” – zaczął pytanie Pan prezes – ” czy stosujesz teorię w praktyce?”.

„Hm.” – odpowiedziała Pani literatka – „Ja nie zabieram roboty do domu”.

The love story end.

A może to dopiero początek?

Owinięta w zastanowienie

D.M.