DM

Presto Szpinak Pesto

Jako osoba zajmująca się profesjonalnie żywieniem, ba, w której żyłach płynie oprócz krwi pasja do smaku, często się zastanawiam nad różnymi rzeczami patrząc na nie z perspektywy ich „najlepszej wersji siebie”.

Pracując nad perfekcją względem istoty tego, co mam zaserwować na talerzu, nie jestem w stanie odłączyć tego od całościowego patrzenia na świat, w tym również, a może i przede wszystkim na ludzi.

I obserwuje nowy trend w społeczeństwie – nikt nie umie, a wszyscy gotują! Poszukują idealnego przepisu, idealnego smaku. A jeśli tak nie jest, uczciwie się przyznają do tego że ich znajomość technik gastronomicznych zawęża się do wybrzydzania pomiędzy ofertami poszczególnych diet pudełkowych.

Powoli umiera, jeśli już nie skończyła się era „słoików”.

Tylko czy powinna?

I w którą stronę nakrętka powinna się zakręcać?

Nie byłabym sobą, gdybym nie dostrzegła literackiej analogii pomiędzy żywieniem a człowiekiem, oraz nie osadziła tego w aktualnym kontekście społecznym.

Otóż, zgodnie z tym, co jest wymieniane jako główna przyczyna „słoiczej” relokalizacji, jest „podążanie za pieniędzmi” w kierunku aglomeracji miejskich. Podobno w stolicy, czy innym większym mieście, jest łatwiej o chleb do życia. I z tą myślą wyjeżdża człowiek z domu.

Po czym bum, okazuje się, że w mieście do którego przyjechał, nikt nie je chleba.

Spotyka go tym samym zaskoczenie. Czy miłe czy niemiłe, to zależy od podejścia do człowieka. I tutaj właśnie zaczyna się ten moment w przedstawieniu życia, kiedy wchodzi na scenę koncepcja „najlepszej wersji siebie”.

Nie da się ukryć że społeczeństwo toczą „wojenki” bazujące na podziałach wynikających z różnic płciowych. Ku czemu zmierzają? Rzekomo ku standaryzacji, zwłaszcza względem możliwości w życiu, oraz szacunku okazywanego sobie nawzajem. Tylko czy należy to robić tak, jak społeczeństwo podpowiada że tak, właśnie tak?

Bo jest bój o to, kto lepiej wie, jaki kto ma być.

Zaczęłam się więc zastanawiać i ja, jaki jest dla mnie ideał mężczyzny. Jak ta „najlepsza wersja faceta” w moich oczach miałaby „wyglądać”. „Wyglądać” celowo napisałam w cudzysłowiu, ponieważ wiele razy miałam okazję w życiu przekonać się, że wygląd to nawet nie wszystko, co często przykrywka do tego, że w środku kryje się mniej niż nic. Sprawiedliwie po równo wedle płci.

Na warsztat wzięłam wszystkich mężczyzn ze swojego życia, jakich miałam do tej pory okazję poznać, oraz to, co z teorii o idealnym facecie wiem.

Przystojny? Kwestia gustu. Mnie najbardziej pociąga inteligencja.

Bogaty? Broń Boże nie. Mężczyzna z pieniędzmi równa się przewrócone w głowie. Wystarczy żeby umiał na siebie zarobić. Chociaż … inteligentny facet chce więcej. Inteligentny facet ma cel, i do niego dąży. Pieniądze więc będą mu potrzebne na drogę. Tak, musi mieć przede wszystkim cel. On go będzie w moich oczach determinował.

Alkohol? Po tym tekście co nieco w temacie już wiem, więc może żeby spożywał tyle co ja? Może ciut więcej? Może nie? Bo to w mojej opinii i tak zdecydowanie za dużo.

Papierosy? No ja już nie palę papierosów, ale dalej ciągnie, więc kategorycznie nie.

Stosunek do kobiet? Tu się chwilę musiałam zastanowić. I wyszło tak.

Przydarzyła mi się w życiu taka sytuacja, że miałam daleko do domu, a byłam na nogach. Poprosiłam więc znajomego mężczyznę z którym aktualnie załatwiałam sprawy, o podwiezienie mnie. Ponieważ znajomość nasza oparta była o względy czysto zawodowe, nie miałam zielonego pojęcia jaka jest jego sytuacja prywatna, ba, nie było stosowne z mojej strony interesowanie się tym.

Podczas jazdy samochodem wywiązała się pogawędka, która przedłużyła się po dojechaniu pod moje miejsce zamieszkania. Ponieważ czerpię z każdego człowieka tyle, ile jest mi w siebie stanie dać – wiecie, te modne inspiracje, a facet brał żywy udział w dyskusji, nie zwracałam uwagi na czas zwłaszcza, że rozmawialiśmy o rzeczach których życiowo po prostu nie ogarniałam, i potrzebowałam aby ktoś mi doradził i pomógł.

Wtem, mężczyzna ów nagle urwał rozmowę, i bez uprzedzenia oznajmił, że u swojej matki czeka na niego jego kobieta, i że mam wysiadać. Nagłość, a raczej nizgruszkopietruszkość stwierdzenia tak zbiła mnie z tropu w kontekście całej sytuacji, że przez kilka sekund nie wiedziałam gdzie jestem, i co mam zacząć ze sobą robić. W pierwszym odruchu chciałam zacząć się tłumaczyć, że jeśli pomyślał, że moim celem jest zawrócenie mu w głowie, czy też, co gorsza, sprawienie przykrości jakiejkolwiek innej kobiecie, to jest w błędzie.

Musiałam chyba jednak z zastanowienia zatrzepotać rzęsami o dwa razy za dużo, ponieważ powiedział, nie czekając na moją ani reakcję ani odpowiedź, że nigdy więcej mnie już nie podwiezie, i powtórzył tekst o wysiadaniu.

Nie odzywałam się już więc, ponieważ cokolwiek powiedziałabym w tym momencie, zostało by zrzucone na karb tego, że faktycznie zawracam panu w głowie, i chcę, o zgrozo, odbić go owej kobiecie. Pan mnie wziął najwidoczniej za kogoś innego niż jestem, po prostu wysiadłam więc i poszłam w swoją stronę.

Jakiś niedługi czas później zmienił się charakter moich obowiązków zawodowych, więc utrzymywanie relacji z tamtym człowiekiem nie było ani konieczne, jak wyeliminowało równocześnie jakikolwiek dylemat względem „podwieźć panią czy nie podwieźć”, ponieważ jak się okazało – nie było by stosowne. Ja w każdym razie nie chciałabym, aby mężczyzna łamał złożoną obietnicę, głównie sobie.

Ale zapadło mi wydarzenie w pamięć, ponieważ uświadomiłam sobie wtedy po raz pierwszy, jak łatwo dać się ponieść chwili w relacji z przedstawicielem drugiej płci. Zawsze byłam typem kumpla, kolegi raczej, niż zagrożenia dla integralności związku, ot co. A i niezobowiązujące acz przedłużające się w czasie pogawędki ucinam nawet z rybami podczas podziwiania odbicia blasku wieczornego księżyca w stawie.

I o ile dla mnie ta sytuacja była bardzo nieprzyjemna, tak spojrzałam na nią oczyma kobiety do której jechał tamten mężczyzna. Prawdziwa z niej szczęściara, facet chociaż uprzejmy (przecież podwiózł), nie wdawał się w pogawędki z żadnymi fruziami, z braku lepszego słowa, w stosownym czasie kończąc dyskusję.

A że w nieprzyjemny sposób? Cóż, podobno mężczyzna nie powinien być za dobry dla kobiety, ale nie mój facet, więc i dyskusja o tym że zasady zachowania obowiązują niezależnie od płci – nie moja.

Ciekawe, pomyślałam sobie na marginesie, jak taki mężczyzna zachowałby się w sytuacji, kiedy jego kobieta za długo rozmawia przez telefon, dajmy na to z ową matką. Wyjmuje telefon z jej rąk i rzuca nim o ścianę? Tak czy inaczej.

Podsumowując do tej pory … inteligentny, nie pije za dużo, nie pali, wie czego w życiu chce, posiadający swoje zasady i konsekwentnie się ich trzymający, uprzejmy, pomocny, wiedzący kiedy powiedzieć stop, nie zdradza swojej kobiety …

Tyle? Nie.

Prawdziwy mężczyzna jest najlepszą wersją siebie kiedy nie boi się podjąć ryzyka. Kiedy jest pewny siebie. Kiedy nie ma kompleksów. A jak ma, to ej pokonuje. Wtedy jest nią constans, non stop. Żyje, działa, idzie na przód, walczy.

I wracamy teraz do momentu w którym przyjezdny, pieszczotliwie określany „słoikiem”, zdaje sobie sprawę że w mieście, do którego przyjechał za chlebem, nikt nie je chleba. Że niby gluten jakiś. On nie za bardzo kuma o co chodzi, bo pochodzi ze stron gdzie matka piekła chleb, i wszyscy żyli, żyją i nic nie zapowiada żeby coś w tej materii miało się zmienić.

No ale wyjście na obiad raz czy dwa ze znajomymi z nowej pracy, i trafia na bezglutenowy makaron z pesto ze szpinaku. Żeby nie wyjść na małomiasteczkowego, zamawia potrawę i zaczyna jeść.

„Czy ci ludzie jedli kiedykolwiek szpinak?” – zastanawia się po dwóch pierwszych kęsach, jednocześnie zerkając ukradkiem do menu, aby przypomnieć sobie cenę potrawy którą zamówił.

Szybko przelicza w głowie co i jak, wie że długo już w mieście na chleb, przepraszam, bezglutenowy makaron, że długo już w mieście na bezglutenowy makaron pracować w mieście nie będzie musiał, bo po pradziadku jeszcze odłogiem leży kawałek ziemi pod lasem. On go szybko zagospodaruje, a i sąsiadka w rodzinnej miejscowości jest, co się z nią za dzieciaka po tym lesie gonili, może mu pomoże?

A w wolnym czasie, jak będzie szpinak rósł, to on będzie chodził i doglądał, a ona się będzie opalać. I będzie love.

A potem, przerobią ten szpinak na pesto, ale takie super pesto, z organicznego, żywego szpinaku, który jest pełen witamin, słońca, i przede wszystkim miłości. Po czym pozamykają go w słoiki, z pięknymi etykietkami zaprojektowanymi przez jej młodszą siostrę, i pół aglomeracji miejskiej je.

Na sam początek!

Wszystko pięknie, love story jest, ale zanim on podejmie decyzję o wyjeździe do miasta, spakuje się, dotrze tu, zamówi ten makaron … no upłynie czas. A wy byście pesto pewno chcieli już?

To mam dla was super szybki przepis.

Wszystkie składniki wrzucacie do blendera i już.

Po czym, pakujecie do słoiczka i chowacie do lodówki. Żeby zawsze w domu było.

psssst! jeszcze jedna kwestia odnośnie super faceta. On jest jak ten słoiczek pesto w lodówce na zapas – po prostu zawsze jest. Narzekacie szanowne panie że nie macie super faceta? A nie ma przypadkiem w waszej lodówce jakiegoś słoiczka pesto, który zawsze jest? Odkręćcie go może, co? Pesto nie może leżeć w lodówce nie wiadomo ile.

I wiecie co jest najlepsze? Że dopiero po napisaniu tego tekstu przypomniałam sobie że taka historia się już przydarzyła. Rzecz się co prawda nie tyczyła słoiczków z pesto, a miodem, ale … było dokładnie tak samo. Mężczyzna nie bał się zaryzykować, a jego partnerka patrząc jak jej mężczyzna dogląda wzrostu kapitału w postaci roju pszczół, opalała się.

I właśnie ta kobieta opowiedziała mi tą historię, podczas profesjonalnego zabiegu nadawania kształtu moim brwiom. Niezła w tym jest, mam nadzieję że zostanie w fachu, jak już jej facet przerobi na złoto miód. Chociaż, wygląda na silą, niezależną kobietę, co to lubi być w ruchu, a nie tylko leżeć i pachnieć. Chociaż to kobieta, to kto ją tam wie.

Miodowo nastawiona do życia

D.M.

p.s. a skąd w ogóle pomysł na tekst? Nie czaicie? Szpinak! Przecież szpinak rodzaju męskiego jest.