DM

OMG BÓB

Jest taka stara rosyjska bajka o dwóch dziewczynkach.

Obydwie trafiają pod opiekę starszej pani, która, jak to w bajkach bywa, okazuje się być nie bezbronną starowinką z leśnej chatynki, której trzeba pomóc nazbierać chrust, a królową matką, badającą przejrzystość ludzkich serc.

I ten, kto w cyklu prób wykaże się czystszym, dostaje nagrodę w postaci królewskiego serca jej syna, z czym wiąże się również, jakby serce komuś nie wystarczało, nieograniczona ilość ziemskich dóbr. 

Niestety nie opowiem całej bajki od A do Z, ale dwie próby którym zostały poddane bohaterki utkwiły mi w pamięci. 

Pierwsza próba dotyczyła kwestii typowo organizacyjnej. Dziewczynki dostały do wyboru dwa pomieszczenia do spania. Pierwsze, pomieszczenie typowo sypialniane, z bardzo wygodnym łóżkiem i bardzo dużą ilością puchowych kołderek i poduszeczek.

Drugie pomieszczenie stanowiła izdebka, której podłoga wyłożona była sianem a tym, co miało zapewniać ciepło, było towarzystwo kotków i piesków. Inne zwierzątka gospodarcze, takie jak kurki i kaczuszki – miały osobny kurniczek by w nim wygodnie na grzędach i sianku spać. 

Pierwsza dziewczynka, wybrała sypialnie godną księżniczki. Druga ucieszyła się na tą wieść, ponieważ bardzo kochała pieski i kotki, a ich towarzystwo było dla niej cenniejsze niż osobista wygoda. Korzyść ciepła płynącej ze szczerej relacji płynącej z towarzystwa futrzanej braci ogrzewała serce bardziej niż kołdry puch.

Drugą z prób było gotowanie kaszy. Starsza pani poleciła obydwu dziewczynkom, aby użyły tylko jednego ziarenka.

Pierwsza z nich, ta od wygodnych kołderek i poduszek, stwierdziła że to za mało, i kazała dołożyć więcej. Kasza jednakże, jak to w bajkach często bywa, okazała się magiczna, stąd też w niedługim czasie od nastawienia jej, wylazła z gara i było jej tyle, że brodziły w niej po kostki.

Druga dziewczynka, ta która wolała z kotkami i pieskami na ziemi spać, zastosowała się do polecenia starowinki i użyła tylko jednego ziarnka, które po ugotowaniu wypełniło cały gar, w konsekwencji czego wszyscy mieszkańcy, łącznie ze zwierzątkami, mieli co jeść przez kilka dni. 

Nie trzeba być znawcą w dziedzinie, by już na tym etapie znajomości treści bajki stwierdzić jednoznacznie, która z dziewczynek okazała się być tą wystarczająco godną, aby wziąć ślub z królewskim synem ślub. 

Nie, nie zrozumcie mnie źle. Nie uważam że jedynym słusznym sposobem na życie dla kobiety jest zamążpójście. Nawet jak najkorzystniejsze.

A historia ta powinna w mojej świadomości pozostać tylko w kategorii bajek, chociażby z tego względu że jestem już na tyle dużą dziewczynką, by wiedzieć, że pewne rzeczy zdarzają się tylko w bajkach. Na przykład królewscy narzeczeni na białych koniach.

Ale właśnie z tego względu, że jestem już dużą dziewczynką wiem, że nikt nie napisze takiej bajki jak życie. I życie owo pokazało mi, że analogia, a co za tym idzie morał płynący z tej bajki, bardzo aktualny dla niektórych będzie, jeśli już nie jest. 

Pomimo tego że nie jestem królową matką żadnego księcia, ani nie mam do rozdysponowania nieograniczonej ilości dóbr, ba, nawet nie chciałabym takiej odpowiedzialności mieć, to pewne bajkowe scenerie nie odpuszczają mnie.

Tyle że, jestem w nich na pozycji bajkopisarza, ponieważ nie da się inaczej przeprowadzić warsztatów dla dzieci bez szkód na zdrowiu psychicznym dla obojga stron, jak wyczarowując bajkowy klimat. 

No i podczas jednych z takich warsztatów miałam pod opieką dwie dziewczynki.

Jedna z nich, na samym wstępie stwierdziła, że jedyne obowiązki jakie posiada to mycie ząbków i jedzenie śniadanka, i że ona na warsztatach nie będzie robić nic.

Pomimo wyraźnie zaznaczonych personalnych granic, co w dzisiejszych czasach cenną umiejętnością jest, chciałam nawiązać relację, gdyż to również cenna umiejętność jest, zwłaszcza będąc osobą prowadzącą warsztaty. Zapytałam więc, cóż takiego na te śniadanka zjada. W odpowiedzi usłyszałam nazwę popularnych serków dla dzieci, które w głowie każdego stanowią synonim słowa „cukier”.

„Dobrze że chociaż ząbki myje” – pomyślałam, ale zanim zdążyłam wymyślić kolejną linię obrony, a raczej zachęty, aby może przemyślała udział we wspólnym gotowaniu, ta odwróciła się na pięcie, zostawiając po sobie jedynie szelest falban i smugę brokatu. 

Druga dziewczynka natomiast, nie pytając nikogo o zdanie, usadowiła się tuż przy moim boku z pytaniem, czy będziemy jeść bób. Zbiło mnie to z tropu, ponieważ nie był to sezon na bób, odpowiedziałam więc że nie, że będziemy jeść coś innego. Na szczęście, nie zmartwiło jej to, i podczas aktywności warsztatowej, jaką było przygotowywanie surówki, ciągnęła dyskusję dalej. A raczej, bajkę o bobie.

Jak to ona bardzo lubi bób. Że jak tylko jest w sklepie, to mama kupuje jej bób. A potem jej mama gotuje jej ten bób. I ona go najpierw łuska, a potem je. Czasem pomaga mamie robić sałatkę z bobem. Wtedy mama też gotuje bób, i ona też go łuska, ale zanim trafia do brzuszka, trafia najpierw do miski z sałatką. 

„Mała kuchmistrzyni” – stwierdziłam, chwaląc ją za dzielność – „mama ma z ciebie pociechę i pomoc”. 

„Tak, ale niech pani nie mówi mamusi, że ja czasem, zamiast do miski, to ja trochę bobu do brzuszka wrzucam”. 

„No oczywiście że nie powiem” – obiecałam, powstrzymując śmiech, ponieważ zaobserwowana przeze mnie kątem oka ilość pomidorków, która trafiała do brzuszka dziewczynki, zamiast do miski z sałatką, wskazywała na to, że pomidorki też bardzo lubi, a sałatką z bobem przyrządzana przez nią razem z mamą jest bajkowa – wystarczy jedno ziarnko i jest! Kwestia wiary, ot co. 

A gdzie morał w tej bajce tkwi? I czy w ogóle jest?

Bo to, że uszczęśliwia nas wiele i pełny brzuch, to nie ulega wątpliwości. 

Tylko wiele i pełny brzuch czego? I czy potrzeba do tego serków pełnych uzależniającego cukru, szelestu falban i brokatu? Czy człowiek nie jest szczęśliwszy jak po prostu kocha coś innego niż tylko siebie? Chociażby na przykład bób?

Odpowiedź na to pytanie pozostawię jednak wam, ponieważ ja wobec bobu żywię uczucie bliższe uzależnienia, niż miłości. To narkotyki są. No może nie do końca narkotyki

Na szczęście nie jest to miłość sezonowa, ponieważ można kupić mrożony bób. 

I wiecie co, nie jest to nawet miłość zazdrosna, ponieważ na przepis z użyciem mrożonego bobu podzielę się. 

Pochodząca z innej bajki

D.M. 

Gotujemy makaron ryżowy. Widok trochę jak z bajki o gotujących się meduzach.

Do ugotowanego makaronu ryżowego, albo bohaterów bajki o meduzach – w zależności od odbiorców owego dania, dodajemy pesto, tuńczyka i ugotowany bób.

Układamy przy użyciu marchewki bajkową porcję i posypujemy brokatem. A nie! Nie ta bajka, przepraszam. Parmezanem. Posypujemy parmezanem

Czy misterność konstrukcji okaże się godna serca królewskiego syna?

A teraz … brutalna rzeczywistość i prawda. Przyszedł na obiad królewski syn, którego serca okazałyśmy się godne, zamieszał widelcem w meduzach, zburzył naszą bajkę i bez słowa komentarza zaczął konsumpcję.

Po czym mniej więcej w tym momencie spożywania posiłku królewski syn przestaje patrzeć w talerz a zaczyna na was. I jego wzrok, tak jakby, również przywodzi na myśl konsumpcję.

I jak tu nie wierzyć w bajki, jak to wszystko prawda jest?

Tyle że, inaczej zaserwowana niż nam się wydaje. Bo królewski syn królewskim synem, ale to człowiek, w dodatku mężczyzna jest i zjeść musi. I będzie to sałatka z bobem prędzej, niż serek waniliowy, szelest falban i smuga brokatu.

Znaczy nie, tacy też są, co jedzą brokat i falbany. Ale gdzieś mi mignęło badanie, że facet na takiej diecie nabiera tendencji anemicznych, co wyklucza na przykład możliwość wspólnej wycieczki w góry. I co kto lubi, ale ja lubię chodzić w góry.

D.M.