DM

OMG BÓB II

Należę do kategorii osób cudownych. Mianowicie, jeśli spożywam posiłek w obecności postronnych obserwatorów, jest bardziej niż pewne że padnie skierowane w moją stronę pytanie „jakim cudem się w tobie tyle mieści”. Ci co bardziej dociekliwi pytają również „gdzie”, ponieważ jestem osobą dość małego rozmiaru odzieży, przy zastosowaniu wzrostu standardowego.

Ale, nie zawsze tak było. Przez lata borykałam się ze zbędnymi kilogramami. A i do teraz jak ścisnąć w odpowiednim miejscu, jest za co. Taka kluska.

Tak czy inaczej.

Nie odpowiadał mi ani jeden centymetr sześcienny mojej osoby. A było ich trochę. Po czym przyszedł taki czas w moim życiu że zrzuciłam trochę zbędnych kilogramów, osiągając rozmiar zadowalający. Jednakże pozornie.

Ponieważ dalej nie byłam ze sobą szczęśliwa. Ciuchy leżały spoko, faceci zainteresowani, ale ja … w żadnym ubraniu ani w niczyim towarzystwie nie czułam się dobrze. A najbardziej przeszkadzało mi w tym wszystkim moje odbicie w lustrze. Gehenna. Zaczęłam więc szukać ucieczki z powrotem w objęciach smakołyków nie mających nic wspólnego ani z odżywianiem ani kochaniem.

Skutkiem tego było osiągnięcie rozmiaru małej foki, ale o ile foka jest z tym szczęśliwa, bo tłuszcz jest jej potrzebny do utrzymania odpowiedniej temperatury ciała w lodowatym morzu, tak ja byłam jeszcze bardziej nieszczęśliwa niż poprzednio. Znowu gehenna.

Wstałam więc, wyszłam z siebie i poszłam szukać szczęścia.

Trochę się nachodziłam, ale dotarłam do miejsca gdzie tkwi odpowiedź na pytanie „jak uszczęśliwić człowieka?”.

Dając mu dużo i dobrze do jedzenia.

I dotyczy to zarówno kobiety jak i mężczyzny.

Tyle że, to jedzenie musi być właściwe. Lekkie, świeże, czyste i pełnowartościowe. Ale co najważniejsze, podane na talerzu czy w misce ze słowem „kocham” w sercu. Ale takim super szczerym. Chcę cię uszczęśliwić. Akceptuję każdy centymetr sześcienny twojego jestestwa. Bez niego nic nie ma sensu w moim życiu.

I w pierwszej kolejności podane z takimi słowami samemu sobie. Niezależnie od płci. Oraz tego czy w misce, czy na talerzu.

Bo dopiero wtedy można cokolwiek zaczynać, myśleć o jakichkolwiek zmianach, jak człowiek sam siebie polubi. A zaczyna się właśnie od polubienia tego co nam się w sobie nie podoba. Chociażby kilku zbędnych kilogramów.

Bo inaczej? Za jakiś czas wraca się do tego samego miejsca w życiu, tylko z poczuciem zmarnowanego czasu i winy, że dało się ciała. Albo znowu go nabrało. Wiem dobrze że mam kilka zbędnych kilogramów. Może jednak zostało we mnie jeszcze coś z tej foki i nabrałam je na zimę? Żeby nie marznąć? Może. Ale odkładając żarciki na bok.

Jestem w takim miejscu w życiu, że patrzę na siebie w lustrze i widzę ciało, ale przede wszystkim to, że w jakimś celu stąpa po tej ziemi. Ciało z całym dobrodziejstwem inwentarza, czyli wszystkimi jego słabościami, skłonnościami i zdolnościami. Patrzę na nie raczej jak na partnera, a nie projekt. A tym bardziej przedmiot oceny w jakiejkolwiek liczbowej skali. I o ile wszelkie liczbowe skale bywają w życiu przydatne, chociażby do określenia w jakim tempie przybierają na wadze nadbałtyckie foki, tak partner …

… partner natomiast to człowiek, który potrzebuje czasem dostać buzi w czubek głowy, a nie kolejne wytyczne, czy wpinać się w procedury. Zwłaszcza że ciało tak na prawdę, jest tylko po to, żeby zabezpieczyć przed … zimą to, co w sercu, oraz to co w głowie, ponieważ właśnie serce i głowa są w człowieku najcenniejsze. To im w pierwszej kolejności trzeba zapewnić poczucie bezpieczeństwa. I jak myślę właśnie o tej wersji siebie, której nie ma za co ścisnąć to … chyba się trochę boję, ale też jest mi trochę smutno.

Bo to jest trochę jak z dorabianiem się w życiu. Ustala sobie człowiek jakiś cel, i bierze się do roboty. Dajmy na to tym celem jest wymiana samochodu. Ze starego poloneza na … nie wiem czym teraz jest modnie jeździć po mieście, ale, no, jakieś motoryzacyjne marzenie. Silnik, tapicerka, całe wyposażenie. Kumple gwizdną jak zobaczą i sobie pójdą. Całe osiedle będzie zbierać szczękę.

I przychodzi taki moment, że w salonie samochodowym wszystkie papiery już klepnięte, czekamy tylko na dostarczenie do owego salonu zamówionego przez nas modelu. Chwile się czeka, bo custom made robota, rzemieślnicy muszą dopieścić.

No ale zbliża się w końcu dzień odbioru wymarzonego samochodu, jesteście w stanie wczuć się w klimat.

Tyle że, zostaje jeszcze kwestia naszego starego samochodu, który wiernie czeka pod blokiem.

Nie wiem jak u was w mieście, ale u mnie jest dość duży problem z miejscem parkingowym, więc żeby spokojnie zajechać pod dom nową furą, wypadało by się pozbyć starej.

Tylko co z nią zrobić. Przerobić na śrubki, gwoździe i nakrętki? Zrzucić z urwiska? No nie, nie wypada. Zezłomować też nie ma sensu, bo jeszcze całkiem nieźle jeździ. Trzeba znaleźć nowego właściciela, tyle.

Tylko czy on … włoży tyle samo uczucia w ten pojazd co wy? Z przeglądami okresowymi owszem, było różnie. Tankowanie też nie zawsze na najlepszej stacji benzynowej. Ale przecież, jesteście ze sobą od urodzenia! Znaczy tfu, od wyjazdu mechanicznego towarzysza życia z fabryki! To unikat jest! Nie można oddać go nieodpowiedzialnemu właścicielowi! Czy on będzie miał świadomość, że za jakiś czas będzie to okaz kolekcjonerski? I w ten deseń rzeczy.

Dopóki nie macie w swojej głowie myślenia o sobie, tej wersji siebie którą jesteście teraz, w postaci takiej analogii, nie macie co zaczynać. Bo jeżeli chcecie porzucić z pogardą starą powłokę cielesną, to znaczy że nie macie w sobie miłości.

A dopiero jak jest miłość, to można zaczynać, cokolwiek się chce w życiu.

I proponuję czytelnikowi owych słów zacząć przygotowywać potrawę. Jest obłędna w swojej prostocie. Intencją która natomiast stała za jej powstaniem nie było nic innego, niż urzeczywistnienie na talerzu podsuniętym pod nos miłości.

Avec.

Wszystkie składniki z listy, oprócz makaronu wrzucamy na patelnię, w następującej kolejności:

to coś spod pieczonego indyka

por

cebula dymka

fasolka szparagowa – jeśli mrożona, wrzucamy mrożoną

bób – jeśli mrożony, najpierw gotujemy

kawałki pieczonego indyka

Gotujemy następnie makaron ryżowy, zgodnie z przepisem podanym na opakowaniu, i mieszamy wszystko razem na patelni.

E Voila.

Akceptacja samego siebie to tak naprawdę bardzo złożony i wymagający zarówno emocjonalnie jak i energetycznie proces. Stąd też, ja ufam ciału. I jeśli mówi że potrzebuje tyle przepysznego dania, żeby poczuć się dobrze, to mu daje tyle.

Za jakiś czas może potrzebować już tylko tyle.

Kiedy?

Dzwonili już z salonu że zamówione arcydzieło motoryzacyjnej techniki zjechało z taśmy produkcyjnej i jest w drodze, więc napisałam ogłoszenie. Czekam aż godny kupiec się zgłosi.

Ale co najważniejsze, wysłuchuję słusznej reprymendy od samej siebie, że jestem przede wszystkim silnikiem. Znaczy sercem. I nie ma znaczenia karoseria, jeżeli nie ma w nim oleju. Znaczy w głowie oleju jeśli nie ma. Bo nawet najśliczniejsza karoseria nie dojedzie za daleko, jeżeli nie będzie oleju i silnika.

D.M.