DM

No Fear

Pomimo postulowanej w świecie dietetyki różnorodności względem spożywanych potraw, nie do końca sprawdza się to w praktyce. A przynajmniej na to wychodzi w praniu.

Znaczy sprawdza, ale … trzeba wiedzieć jak tego używać, żeby nie zwariować. I do wszystkiego dochodzić odpowiednio stawianymi krokami.

Jedną z częściej spożywanych substancji z kategorii spożywczych na świecie jest kawa.

Symptomy odstawienia od kofeiny zostały sklasyfikowane dość jasno i konkretnie, a od 2013 roku ujęte zostały w kryteriach zaburzeń stosowania substancji wedle systemu klasyfikacji Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego DSM – 5, tuż obok zespołu odstawienia marihuany.

I o ile zielsko nie jest w Polsce legalne, tak kawa jest.

Ja kawę bardzo lubię, do tego stopnia że …

… no właśnie.

Do jakiego stopnia lubimy jakiś produkt spożywczy? Do jakiego stopnia przyjemność ze spożywania jakiejś biochemicznej składanki jest w stanie wynagrodzić nam, przykładowo, niewłaściwość relacji w której ją spożywamy?

Uściślając, do jakiego stopnia wchodzimy w relację, bo lubimy to samo co spożywamy? Do jakiego stopnia jesteśmy w stanie przymknąć oko na pewne sprawy, ponieważ neurochemia mózgu podpowiada nam, aby utrzymać relację, gdyż wraz z relacją będzie spożywana przez nas substancja lubiana?

W życiu wypiłam prawdopodobnie hektolitry kawy. Olbrzymie ilości.

Kubek z kawą wypełniony podwójnym espresso ze spienionym mlekiem to prawdopodobnie moja ulubiona wizja po wstaniu z łóżka. I nie jestem w tym odosobniona. Podobno 43% Polaków nie wyobraża sobie rozpocząć dnia inaczej, niż filiżanką kawy. A do tego ciasteczko … mmm.

Tyle że … mleko za mną nie przepada, a ciasteczko już tym bardziej. A z roślinnym kawa nie smakuje już dla mnie tak samo. Poza tym, lubię słodkie latte, i na jednym rzadko się kończy. A jak wynika z dostępnych danych, jak się dobrze na miasto na kawę wyjdzie, to i prawie 700 kalorii można w jednej porcji przyswoić, jak i również 14 łyżeczek cukru.

To takie niewinne się wydaje, prawda? Latte tu, latte tam, do tego małe ciasteczko, a co tam chrup. Po czym … bum. Tylko co wybuchło?

Badania wskazują, że nawet do 94% osób spożywających kawę, spożywa ją pomimo szkodliwości skutków (ang. use despite of harm). Odsetek ten dotyczy co prawda osób które zdiagnozowane mają nadużywanie owej substancji, ale wśród populacji generalnej też bywa różnie – od 7% do 57%.

Biorąc więc pod uwagę jak bardzo socjalną czynnością jest spożywanie kawy, oraz to że jest ona oficjalnie uznana za substancję, której odstawienie klasyfikuje się już do ustanowienia kryteriów diagnostycznych obejmujących zaburzenia zachowania wpływające na normalne funkcjonowanie … hm.

Czy my przypadkiem nie spożywamy przy okazji kawy relacji, pomimo ich szkodliwych skutków?

Kawa modna jest. Tak jak i temat certyfikatów ekologicznych. Zważywszy na wielkość rynku kawy, wydaje się być zasadne spożywanie tej, której uprawa nie eksploatuje w sposób nadmierny i tak już ledwo zipiącej planety.

Skoro kawa więc może posiadać certyfikat ekologiczny, to czy może taki certyfikat posiadać relacja?

Ja w odniesieniu zarówno do jedzenia, jak i kawy, a już zwłaszcza relacji przy okazji których celebrowania piję dobrą kawę, stosuję koncepcję tzw. skyisthelimitism – u. Ponieważ jest to nowe pojęcie w dietetyce, wymaga dokładniejszych wyjaśnień.

Chodzi mianowicie o to, żeby patrzeć na półkę z najwyższym standardem w każdej z powyżej wymienionych kategorii. Nie oznacza to, że kręcę nosem na coś, co nie pochodzi z nieba, ale … rozeznaję. Jak to gryzę? I co ma z tym wspólnego kawa latte?

Słodycz kawy, estetyczny papierowy kubek, wysokiej klasy personel ową słodycz serwujący. Brzmi rewelacyjnie, ale tylko i wyłącznie w przypadku, kiedy możesz sobie na to pozwolić. Kiedy nie jesteś jednostką uzależnioną ani od kawy, ani od cukru, ani tym bardziej od ludzi. Bo wtedy ciężko rozeznać, kto jest tą właściwą osobą, w której towarzystwie nie tyle nawet warto, ile powinno się spożywać przesłodzoną, acz modną, certyfikowaną ekologicznie i estetycznie owiniętą w papier kawę.

Wszystko leży w sercu. Tylko żeby do niego dotrzeć, trzeba na chwilę odstawić od cukru, kofeiny i nieodpowiednich relacji głowę.

Zaczęło się wszystko od talerza kaszy jęczmiennej. Wsypałam odpowiednią jej porcję na gotującą się wodę i po chwili … poczułam zapach gotującego się krupniku. „Jak to” – pomyślałam – „przecież to jest tylko kasza, bez żadnych dodatków”. Zastanowiłam się chwilę, czemu nigdy wcześniej nie zwróciłam na to uwagi. Czyżbym gotowała do tej pory kaszę o mniej intensywnym zapachu? Ta co prawda była ekologiczna, ale …

… kiedy „potrawa” się ugotowała, nałożyłam jej porcję na talerz, zanurzyłam w tej porcji łyżkę, nabrałam na nią niewielką ilość i wsadziłam do ust. „No smakuje jak krupnik, nic więcej nie trzeba dodawać” – stwierdziłam sama do siebie, po czym ta sama ja odwróciła się od kuchni w kierunku osoby, z którą chciałam się podzielić tą informacją. W myśli miałam ułożony już cały monolog spostrzeżeń, którymi chciałam się podzielić. Tyle że …

… tej osoby w miejscu w którym jej oczekiwałam, nie było. Była w pewnej odległości fizycznej.

Tyle że wiem, ba! Jestem pewna, że gdyby ta osoba była wtedy przy mnie, prawdopodobnie w tym punkcie skończyło by się przygotowywanie posiłku, bo …

… jak jest właściwa relacja, to nie potrzeba pretekstu w postaci dodatkowej stymulacji, w postaci chociażby takiej ilości cukru na raz, aby sparaliżować neurony.

Talerz ugotowanej kaszy jęczmiennej wystarczy. No, i może odrobina soli, dla smaku.

Satysfakcję dostarcza po prostu obecność drugiej osoby.

I to takiej, której do szczęścia wystarczą wasze ręce, podające talerz ugotowanej kaszy.

I jak znajdzie się w waszym życiu taka relacja, można zacząć wtedy mówić o różnorodności.

W postaci na przykład dodatku do ekologicznej kaszy jęczmiennej równie ekologicznego amarantusa, ekologicznej śmietany, grzybów suszonych, i buraka – albo ugotowanego, albo surowego.

Dość słowiański posiłek. Tak jak i kawa z żołędzi. O, jak zmieni odległość na bliższą, to opowiem o tym co wyczytałam o kawie z żołędzi. Dobrze że ma otwarty umysł i nie boi się nowych smaków, to nie trzeba będzie długo namawiać na spróbowanie. A może tak nam zasmakuje że się zupełnie przerzucimy na tą prozdrowotną i na 100% ekologiczną alternatywę? No fear.

Wiem że latte art najwyższych lotów nie jest to może, ale hej, przynajmniej zrobione burakiem.

Niestety filozofia ta, w przeciwieństwie do kawy pochodzącej z certyfikowanych upraw ekologicznych ma okropnie negatywny wpływ na środowisko. Twoje. Ponieważ oznacza to że przez długi czas prawdopodobnie będziesz spożywał kawę samemu.

Znaczy, najpierw proponuję odstawienie kawy. A tak chociażby z ciekawości, żeby sprawdzić, jak silnie dają się we znaki symptomy odstawienia kofeiny. I jest trochę prawdy w powiedzeniu że ciekawość prowadzi do piekła, bo wśród nich wymienia się: ból głowy, wyraźne zmęczenie i/lub senność, nastrój dysforyczny, nastrój depresyjny lub drażliwość, trudności w koncentracji i objawy grypopodobne (mdłości, wymioty, sztywność i/lub ból mięśni).

Ale jak już minie dyskomfort, a ty dostaniesz zaproszenie na kawę, grzecznie przyjmij, a na spotkaniu zamów wodę, chociażby. Wyłam się z dotychczasowego schematu relacji i poczekaj na reakcję. Prawdopodobnie nie będziecie mieli ze sobą więcej tematów do rozmowy.

Ale z mojego punktu widzenia to akurat dobrze.

O jedną osobę zagrożoną ryzykiem nadwagi i otyłości mniej.

No fear.

Dasz radę.

I odstawić kawę, i odstawić cukier, i znaleźć czystą relację.

No, może z odrobiną soli.

D.M.