DM

Niedzielne śniadanie

Podobno klasę człowieka można poznać po tym, w jaki sposób spędza niedzielny poranek. Ja pozwolę sobie dołożyć do tego stwierdzenia, a raczej rozłożyć je na czynniki pierwsze, że niezmiernie ważne jest również to, co w ten niedzielny poranek na niedzielne śniadanie spożywa. A żeby jeszcze smaczniej było, jak owo śniadanie jest zaserwowane.

Niedziela to dla mnie pierwszy dzień tygodnia.

Że poniedziałek jest pierwszy? A kto tak powiedział? Że można to przecież przeczytać w każdym kalendarzu? No nie. Nie przemawia do mnie ten argument.

Po pierwsze, lektura kalendarza, o ile wciągająca, wydaje się być monotonna. Ja wiem, że o gustach się nie dyskutuje, ale mam wrażenie, że przy takiej konstrukcji fabuły łatwo stracić wątek. A to denerwujące jest.

Ja natomiast wybieram zacząć tydzień od odpoczynku, relaksu i patrzenia się w niebo. Ktoś mi zabroni?

No dobrze pani dietetyk, ale takie śniadanie może, a nawet napewno zaburzy bilans kaloryczny. A tak w pierwszy dzień tygodnia chyba nie powinno się robić. Powinno się zacząć zgodnie z planem, bez wymówek, wie pani, żeby pozostać zmotywowanym.

Ach, i tu dochodzimy do sedna, mój partnerze w dyskusji. Motywacja to charakter, a on musi być, tak jak mięśnie, trenowany. Musi po treningu również odpocząć. Ale kluczową jest właśnie kwestia tajmingu.

Ponieważ uważam, że o wiele lepiej upaść w niedzielę. Ba! Należy upaść! I oddać się w niedzielę temu upadkowi całkowicie! Ponieważ jest ku temu i czas i okazja. Wtedy można to zrobić i z premedytacją i bez poczucia winy.

A przez „ów” upadek rozumiem niedzielne rozleniwienie zarówno cielesne jak i obyczajowe. Po czym, z żywą, realną i przede wszystkim absolutną świadomością tego upadku – powstać i stać mocno na nogach rano w ten drugi poniedziałek. I zacząć go od najciekawszej nawet, ale jednak owsianki. Z cynamonem. I szczerym do niej entuzjazmem.

O wiele łatwiej wtedy przemówić sobie samemu do rozsądku, z nastawieniem – „do dzieła” i zacząć odrabiać straty, a raczej likwidować nadbagaż na duchu i ciele, ale w bardzo dobrym, zupełnie nie poniedziałkowym humorze. Znaczy poniedziałkowym, ale tym pierwszo – poniedziałkowym.

I wyobraźcie sobie taką sytuację, w poniedziałek, ale ten drugi poniedziałek.

Poniedziałek. Wszyscy w pracy dookoła śnięci. Kolejka do ekspresu do kawy na kilometr. Stania i czekania na conajmniej do przyszłego poniedziałku poniedziałku. Roboty od groma, terminy gonią, a team w kondycji lekkopółumarłej. Ktoś tu nie dowiezie dedlajnu.

A wy? Wy macie drugi poniedziałek w tym tygodniu. I skoro pierwszy był zajebisty, to dlaczego drugi miałby nie być? Stąd też, zamiast stać w kolejce po kawę, wy w absolutnej wolności i bez konieczności stania w jakiejkolwiek kolejce – popijacie rumianek.

Rumianek. Czy od rumianku człowiek staje się bardziej rumiany? Co było pierwsze? Słowo rumianek, czy człowiek rumiany? Który połączył fakty?

O Boże.

Znowu bujam w obłokach, zamiast w raporcie łączyć fakty. Ah, spokojnie, mam świeżą jak rumianek głowę, i nawet jak będą po tą kawę stać do piątku, projekt dopnę sam. Bez spiny. O, racja, niech stoją jak najdłużej, bo ich spiny tylko wydłużają pracę. Sam ogarnę szybciej. Bez jakiejkolwiek spiny.

Tylko skończę wspominać wczorajsze poniedziałkowe śniadanie …

Do roboty!

Rukolę zawijamy w kozi ser i smarujemy ajwarem. Kładziemy na tosta francuskiego zrobionego z chałki dostępnej tylko w piątki, w bardzo niszowej piekarni.

Na drugą grzankę kładziemy wędzonego łososia. A na niego kozi twarożek wymieszany ze szczypiorkiem. Plus, do malutkich porcelanowych miseczek drobno pokrojone i przyprawione warzywa.

Oddajemy się konsumpcji a następnie upadkowi obyczajów.

Psssst! Jeśli ktoś wam serwuje w poniedziałek takie śniadanie, a wy nie zaczynacie upadku obyczajów od całowania tej osoby po stopach, zastanówcie się nad sobą. Jeśli natomiast to wy serwujecie takie śniadania, a w zamian ta druga osoba nie całuje was po stopach, również się nad sobą zastanówcie.

Wasza upokorzona wobec ilości jaką zjadłam na prawdę

D.M.