DM

Narkotyki przedwojennej Warszawy vs narkotyki współczesnego Krakowa

W 1923 r. weszła w życie pierwsza polska ustawa antynarkotykowa. Zabraniała ona „wytwarzania, przewozu i wywozu, przechowywania, handlu, oraz wszelkiego w ogóle obiegu opium surowego, opium leczniczego, opium do palenia i jego odpadków, haszyszu, kokainy, heroiny, wszelkich ich soli i przetworów”.

Uchwalona ona została z konieczności podjęcia jakichkolwiek działań, aby zapobiec rozprzestrzeniającej się modzie na substancje zmieniające stan świadomości.

Co ciekawe, na drugim miejscu, wśród grup społecznych o najwyższym spożyciu owych substancji wymieniano kadrę urzędniczą – zarówno sektor publiczny, jak i prywatny. Szokujące, aczkolwiek może to wyjaśniać zawiłość niektórych procedur administracyjnych. Na trzeźwo normalny człowiek by niektórych papierów ani by nie wymagał, ani nie stworzył. Tak czy inaczej.

Pomimo tego, że do do odurzania się, podobno, nie jest potrzebne nic więcej niż religia i nacjonalizm, koncept ciągle aktualny jest. Ba, z biegiem czasu oprócz kokainy, morfiny, opium, heroiny, haszyszu asortyment „rozweselaczy” poszerzył się o … to co jest dostępne obecnie na rynku. Podobno jest w czym wybierać, idzie się zabawić.

Ilość urzędników, czy to prywatnych, czy to państwowych również zwiększyła się.

I o ile nie wiem jaki jest pomysł stojący za ciągle zwiększającą się liczbą urzędników w kraju, tak koncepcja stojąca za zażywaniem narkotyków wydaje się być bardzo prosta. Mianowicie, w zależności od efektu jaki danym narkotykiem chcemy uzyskać, tego stanu emocjonalnego brakuje nam w życiu, tyle.

Stanu emocjonalnego. Przed – uczucia. Wstępu do miłości.

Bo tak trochę w tej „zabawie” chodzi o miłość. O jej nieokiełznaną stronę osobowości. O … coś więcej.

Bo to jest tak. Albo masz w życiu wszystko i się z tego cieszysz, albo dążysz do tego, by wszystko mieć. Kwestią zasadniczą jest, jak człowiek zdefiniuje swoje „wszystko” i co będzie w stanie zrobić, by to wszystko mieć.

No i ja raz w życiu byłam w takich okolicznościach, że definiowałam swoje „wszystko” oraz to, co zrobię aby to mieć. Latałam od jednego obowiązku do drugiego, jak pod wpływem narkotyków. Co najmniej!

No i żeby nie dać się ponieść emocjom, podczas zakupów spożywczych, które najczęściej robiłam głodna, a wiadomo że robienie zakupów spożywczych będąc głodnym bardzo nie rozsądne jest, chwytałam przy kasie batonik proteinowy, żeby zaspokoić trochę głód, zanim przyrządzę w domu posiłek, oraz oszukać sumienie, że to lepsze niż batonik nieproteinowy.

Warsztat pracy dietetyka.

Przy trzecim z kolei batoniku zorientowałam się, że oprócz nazwy oraz niezbyt istotnych różnic w składzie, nie różnią się niczym, a smakują tak samo. Wszystkie. Waniliowe, czekoladowe, truskawkowe, o smaku masła orzechowego, czy też z jego dodatkiem.

Postanowiłam rozszerzyć poszukiwania smaku o większość dostępnych w komercyjnej sprzedaży batoników proteinowych aby sprawdzić czy obserwacja moja jest zasadna, i nie zawiodłam się.

Przy mniej więcej piątym batoniku zorientowałam się, że o ile stosunek ceny do jakości produktu spożywczego jest może korzystny jak na tak zaawansowany w myśl technologiczną produkt, tak za te pieniądze powinnam powinnam oczekiwać czegoś więcej. Nie wiedząc sama czego, zaczęłam oczekiwać więc certyfikatu organicznego.

Sięgnęłam w kierunku vege batoników z tej samej kategorii i spotkało mnie zaskoczenie w postaci trwałości owych batoników. Jeden był tak niejadalny, że jest ze mną do dziś, a minęło osiem miesięcy od daty zakupu. Faktycznie, sycąca sprawa. Kosztował prawie 10 zł, więc się zakup opłacił.

Co ciekawe, post niniejszy piszę sześć miesięcy po upłynięciu daty przydatności do spożycia owego batonika. Co zaskakujące, pomimo tak znacznego upływu czasu nie zmienił on ani swoich cech sensorycznych, ani jakościowych.

Tak czy inaczej, osadzając jedzenie w kontekście jego narkotycznego działania, czego nie trzeba udowadniać, zastanawiam się co ja wtedy ćpałam, że dopiero kilka miesięcy później wpadłam na pomysł, że przecież takie batoniki każdy może zrobić w domu sam.

Ba, zrobić. Owinąć!

W papier do pieczenia tym razem, nie śniadaniowy.

I cenowo wychodzi mniej więcej za darmo, w porównaniu do cen rynkowych, i skład prostszy, ponieważ tylko trzy składniki.

Generalnie – wiesz co jesz.

I mogłabym udostępnić szanownemu państwu przepis już dzisiaj, ale … lubię rzeczy do kompletu.

Co ma bycie w komplecie do przepisu na batoniki proteinowe? To, że opracowałam na razie przepis z białka serwatkowego, które vege nie jest. Są co prawda dwie wersje smakowe, ale …

… do czasu, aż opracuję satysfakcjonujący mnie smakowo i składowo przepis na batonik z użyciem vege-proteiny, niebezpiecznie zaproponuję wpadnięcie w jedyny słuszny nałóg jaki został do tej pory wymyślony, mianowicie budującej, uczciwej, bezwarunkowej i bezinteresownej relacji między ludzkiej. Wiecie, takiej regenerującej.

Jak te batoniki regenerujące siły po ciężkim, urzędniczym weekendzie spędzonym we współczesnym mieście.

Bo my mamy tylko sens, jeśli funkcjonujemy w odniesieniu do drugiej osoby. A jeśli ta osoba dodaje nam skrzydeł, powiedzmy jej o tym.

Batoniki wręczycie jak opracuje przepis na wersję z użyciem vege białka. Taką mnie satysfakcjonującą. Wiecie, bo w pierwszej kolejności trzeba sobie dodać skrzydeł. A potem dostarczyć im energii. I dopiero potem lecieć do kogoś innego.

Z batonikami na przykład, żeby spróbował czy dobre.

D.M.