DM

kwasy alfa i omega

Każdy z nas ma jakieś koszmary z dzieciństwa, które prześladują nas w późniejszym życiu.

Jeden z moich znajomych za dzieciaka bał się ośmiornic. Z tym wczesnodziecięcym lękiem poradził sobie tak, że w dorosłym życiu został szefem kuchni w restauracji, która serwuje dania kuchni śródziemnomorskiej. 

Do dań tych zaliczają się również potrawy przyrządzane z, a jakże by inaczej, ośmiornic. Stąd też obecnie regularnie, i podejrzewam że, z niemałą satysfakcją, ukatrupia ośmiornice na życzenie Szanownych Klientów. Po czym, zbiera od nich gratulacje, w postaci pozytywnych opinii. 

Z racji tego, że jestem osobą dość intensywnie twórczą, o wyjątkowo eksplozywnej wyobraźni, a tym bardziej potencjale, nastawionym na proces i działanie, bałagan z moich spraw dookoła tworzył się jakoby sam. Stąd też, po każdym „akcie stwórczym”, musiałam sprzątać. Można by rzec, logicznie uwarunkowana procedura. Nie miałam nigdy z tą czynnością problemów, tak jak i z logiką. 

Koszmar tkwił natomiast w nadmiarze otaczających mnie rzeczy, które, pomimo tego, że nie należały do mnie, musiały być przeze mnie nie tyle pilnowane, ile musiałam je sprzątać. I o ile z metodologicznego punktu widzenia bałagan, jaki powstaje podczas procesu twórczego, jest uzasadniony, takie ryzyko wpisane w zawód, tak … nie sprzątanie i logika były dla mnie najstraszniejsze.

Relacje.

Nie, że damsko – męskie, bo byłam brzydka, czy coś, modelką nigdy nie zamierzałam być, ale sytuacje, w których, pomimo tego, że nie oczekiwałam nigdy reakcji zwrotnej, tak wyrażając swoje zdanie, dostawałam ją, ale w postaci nieuzasadnionej żadnym bałaganem ani logiką, krzywdzącej krytyki. 

Psychiczne tortury.

A raczej … konieczność trwania pośród nich, aby ukończyć rozpoczęte przeze mnie dzieło.

Stąd też, wybrałam posiadać nic, a i wykonywać wolny zawód. Pracuję głównie na zlecenie, dzięki czemu jedyne procedura, za którą muszę podążać, to jakość. I o ile niektórzy jeszcze w matematyce, jaką jest równanie pracy zawodowej, dokładają zmienną w postaci czasu, tak w przypadku mojej branży czas, choć nie istnieje, tak … 

Zarobić? Byle przeżyć, i na jakieś ludzkie przyjemno – drobnostki. Halo ziemia, ot co. 

I pomimo niszowej specyfiki pracy zawodowej, udało mi się złapać jedno zlecenie, a mam na myśli posadę kronikarza ds. żywieniowych pewnego królestwa. 

Praca – marzenie. 

Robiłam to w czym byłam dobra, na zamku zjawiałam się kiedy wymagała tego sytuacja, w postaci chociażby sporządzenia dokumentacji tego, co tam Król z polowania naprzywoził, i na jakież to specjały zamkowa kuchnia to przetworzyła, albo w sezonie, kiedy Królowa pakowała w słoiki dary wyrosłe w promieniach słońca.

Opisać w królewskim biuletynie technologię, przypilnować druku, dystrybucji, i do widzenia. Zdarzały się owszem, jak w każdej pracy jakieś tam jednostkowe awarie, ale do zniesienia.

A jako że wynagrodzenie nigdy nie miało dla mnie większego znaczenia, grosze, które zarabiałam, zadowalały, ponieważ wystarczały na kawałek ziemi do spania, i zagwarantowanie czegośtam z kategorii tzw. z potrzeb życiowych. Których, na szczęście, nigdy miałam nigdy zbyt wyśrubowanych. Przyjemności? Można obywać się bez. Że dziwne? Twarda szkoła życia, jaką do tej pory odbyłam nauczyła mnie nie tyle czerpać satysfakcję z wyników, ile nauczyła realnie myśleć, że …

… życie to sztuka, sztukę tworzy natura, którą jest w stanie dostrzec, i docenić tylko człowiek, a … 

… bycie człowiekiem to proces, tak jak i metodologia badań naukowych, a nauka rzadko równa się biznes, bo nikt nigdy, zwłaszcza w kraju, w którym przyszło mi spędzić życie, nikt nigdy nie cenił i szanował naukowców, tym bardziej artystów, stąd też zdecydowałam się podjąć pracę w Królestwie.

Tyle że, ostatnimi czasy, zarówno Królestwo, jak i praca na jego rzecz zaczęły się jawić gorzej niż koszmar z dzieciństwa właśnie, ponieważ …

Lubiłam Króla, ot co. I nie dlatego, że swój chłop był, ale z tego powodu, że szanował przede wszystkim myśl, stąd przede wszystkim darzyłam go szacunkiem. Sympatia była tego szacunku wynikiem. Ale i Król, pomimo pozornego chłodu w obejściu, zarówno o Krainę, jak i mieszkańców bardzo dbał. 

I o ile ja zawsze w książki, i w krainę zwierząt uciekałam, kiedy tortury psychiczne spowodowane zbyt długim przebywaniem w toksycznym środowisku niewłaściwych ludzi były skrajnie już nieznośne, tak Król istotą zsocjalizowaną był w o wiele większym stopniu niż ja, wykazując tym samym większą nie tyle ciekawość względem zjawiska, co chęć znalezienia przyczyn, dla których ktokolwiek maltretuje kogokolwiek. Co stało się przyczyną, dla której powstała poniższa opowieść.

Hm.

Przede wszystkim, zaniepokoiła Królewską Mość coraz mniejsza ilośc laurek od dzieci, które dotychczas spływały z oszałamiającą serce regularnością, jak i w równie satysfakcjonującej ilości.

Następnie, trochę starsze, a młodsze pokolenie, snuło się pogarbione przez miejskie uliczki, co prawda wykonując swoje obowiązki z należytą dokładnością, jednakże z wewnętrznym „eee”, co Król odczytał jako olbrzymią niechęć, a skutkiem tego efekty końcowe ich prac tym samym tchnęły obrazem braku nadzieji na lepsze jutro.

Trochę bardziej wyfrunięci z rodzinnych gniazd … 

Zaokrąglił się natomiast kler, arystokracja również, oraz ministrowie, a i pozostali mieszkańcy, którzy czerpali wzór z powyższych, lub pracowali na ich usługach, zaczęli nabierać objętości.

I to nie tylko objętości, która wywołana została przyrostem nadprogramowej tkanki tłuszczowej, która, choć niewiadomego źródła, to przy zastosowaniu adekwatnych metod analitycznych, dość łatwo identyfikowalnego była rozmieszczenia, oraz gęstości. Zaczęli …

Nadymać się. 

Zaniepokoiło to władcę na tyle, a że znany ze swojej samodzielności, a i niechęci do zbyt długiego siedzenia na stołku, przebrawszy się za szpiega, co w jego wykonaniu było bardziej miłościwym happeningiem, niż taktyczną akcją z zakresu działań, jakie wykonują służby wyspecjalizowane w tym zakresie, w odpowiedzi na postawione samemu sobie pytania, oraz rozeznania sytuacji, ruszył w teren. Efekty Królewskiej inwigilacji efekt przyniosły Jegomości jeden – absolutną pewność że stan magazynowy spichlerzy pisany jest bajkowym językiem, tak jak i archiwa Królewskie. Obydwa również pełne są bałaganu niewiadomego pochodzenia, zwłaszcza w kontekście przyczyn powstania. 

Król w swojej cierpliwości, i oceanicznym wręcz opanowaniu, postanowił przedsięwziąć najpierw dialog z mieszkańcami Krainy, nie odniosło to jednak spodziewanego efektu, ponieważ informacja zwrotna przybrała postać wiadra niezawinionej niczym, absurdalnej wręcz, krytyki. No i dalej tych laurek do dzieci było coraz mniej, co Króla martwiło akurat najbardziej.

Przedsięwziął kolejny krok.

Zebrani na oficjalną audiencję przedstawiciele ministerstw, arystokracji, i kleru na zapytanie Króla, skąd tak ponury nastrój panuje wśród mieszkańców, i czy nie jest on „przypadkiem” wynikiem” bajkowych archiwów, tylko rozglądali się po sobie, rozkładając w gestach bezradności ręce, i że przecież Król wie, nie dogodzimy wszystkim, nie jesteśmy przecież saloonem towarzyskim.

Po czym, urządzali pod oknami królewskiej komnaty marsz, tudzież paradę na cześć Królewskiej Jegomości, zaprzągawszy do bicia czołem pokłonów o bruk mieszkańców Krainy.

Władca obserwował to cierpliwie, jednak swoimi kanałami pytał, doglądał, mówił, i pisał, i mówił, a i heraldów wysyłał gdzie mógł, jednak bałagan w Krainie robił się większy, i laurek coraz mniej. 

Pomimo tego, Król ciągle Krainy cierpliwie doglądał, mieszkańców słuchał, coś na przeróżne tematy poczytał, z nadwornym cyrulikiem pogadał, a i że sam w miarę ogarnięty chłop jest, to doszedł do wniosku, że sprawa zdrowego odżywiania się zarówno jego, jak i poddanych, to istotna kwestia jest, zwłaszcza w kontekście przede wszystkim chęci do życia, oraz wynikłego na ich podstawie uczucia radości, ale też zasobów królewskiego skarbca, ponieważ cyrulik tani nie jest. Tak jak i grabarz. 

A że odżywianie i usługi, które serwują zarówno cyrulik, jak i ten drugi, to nie dość że system naczyń połączonych jest, to od konieczności korzystania z nich może ustrzec zdrowe odżywianie się. Nie wspominając już o konieczności szukania nowego miejsca na archiwa, które rozrosły by się były by, gdyby zaistniała konieczność wzmożonego korzystania z usług obydwu. 

Ponadto zainteresowała Króla rozwijana przeze mnie własnym sumptem dziedzina wiedzy. Co więcej, okazała się być ona na tyle dla Króla w kontekst sytuacji obniżonego nastroju mieszkańców aplikowalna, że metody, do których doszłam balansując pomiędzy jednym obłokiem a drugim, zamierzał wykorzystać w praktyce. 

Stąd też, zaprosił mnie na rozmowę, na której tonem uprzejmym, oraz łagodnym, acz nie znoszącym jakiegokolwiek sprzeciwu, zaproponował rozszerzenie kompetencji, jakie wpisane były w zakres zajmowanego przeze mnie dotychczas stanowiska zawodowego.

Usłyszawszy to …

… co innego hopsać sobie po zamku, będąc nie tyle co nie zauważoną, co traktowaną z gorzej niż politowaniem, a i wykorzystywaną przez te warstwy społeczne, na rzecz powodzenia których mniej niż psie wynagrodzenie przewiduje, zgodziłam się pracować, a co innego … hopsać bardziej. 

W pierwszym odruchu grzecznie podziękowałam za nowe stanowisko, nie bacząc na ryzyko utrzymania dotychczasowego. Wielokrotnie miałam już dość środowiska mieszkańców, arystokracji, ministrów, kleru i reszty poddanych do … osoby piszącej biuletyny.

Na szczęście uczucie to towarzyszyło mi odkąd pamiętam, a że wartość dialogu znam, stąd szepty i żarciki odczytywałam jako wycenę tworzonych przeze mnie treści równą dół, stąd obowiązki pełniłam tylko i wyłącznie ze względu na fakt, że Król traktował mnie właściwie, dookoła pełno było zwierząt, a ja zawsze lubiłam z nimi rozmawiać, i chociaż ze świecą szukałam, to nikogo zainteresowanego rozmową nie znalazłam.

Król sam zaś doskonale zdawał sprawę, że trwam na stanowisku tylko i wyłącznie dla tego, że daje mi to możliwość kontynuowania własnych dociekań naukowych, na które było miejsce w czasie wolnym od działań na rzecz Królestwa. Ale, pomimo tego, zaproponował stanowisko jeszcze raz. 

Uczepiwszy się szacunku i sympatii dla Króla, zgodziłam się. I nie dla tego, że jak Król proponuje posadę na etacie, to się raczej nie odmawia. Napewno nie z powodu „bzdur” w typie savoir-vivere’u. Przynajmniej nie w moim przypadku. Nie należałam przecież do korpusu dyplomatycznego. 

Wzrost wynagrodzenia też nie szedł za tym żaden. Ba, jak każdy awans zawodowy w przypadku dziedziny naukowej oznaczał nałożenie większej liczby obowiązków, przy żadnym wzroście pensji. 

Nie chodziło o to, że w przypadku Króla, jak proponuje posadę na etacie, to się raczej nie odmawia, ponieważ jedyną alternatywą jest fosa z krokodylami, gdyż krokodyle oswojone były, wiedziały więc kogo jeść. A jako że lubiły moje drapanie po pyszczkach, to nie swojej kąpieli w fosie się obawiałam, a niestrawności jakiej niechybnie gadziątka nabawiły by się, gdyby nakarmić je nadęciem ministrów, arystokracji i kleru. Stąd też, musiałam myśleć. Wyjrzawszy przez okno, i na oko nawet oceniając zagęszczenie fosy krokodylami, musiałam myśleć szybko. Czemuż one mają cierpieć niewinne, a i dzieci nie mieć dostępu do oglądania mieszkańców fosy, zanim nie … strawią zgniłych trucheł.

Zapytałam więc Króla nie czego ode mnie oczekuje, ponieważ wiedziałam, że metodologicznie ustrukturyzowanych informacji. Zapytałam tylko czego mogę spodziewać się … jak głęboka jest fosa, w której musze się zanurzyć, aby potrzebne mu informacje zdobyć. Król uprzejmie poprosił skrybę, aby opuścił komnatę na ten fragment rozmowy. Ja, usłyszawszy warunki wiedziałam, że nigdy nie zostaną zapisane w żadnej umowie, ponieważ dział HR pobieżnie chociaż oceniając treść takiej umowy sam zapytał by Króla o możliwość odbycia orzeźwiającej kąpieli w towarzystwie krokodyli.

Nowe stanowisko wymagało … Zdążyłam poznać już naturę mieszkańców Krainy, wiedziałam więc, że bez zadrapań z tego nie wyjdę. Tak jak i biuletyny, które pisałam na zlecenie. 

Przemierzając kilometry w celu zdobycia słów do ich napisania, często widziałam strony leżące w kałuży, przerobione na papierowe samoloty, czy zmięte w kulkę leżące obok kosza na śmieci. Ilość ich wskazywała na to, że używane były w celach treningowych, aby do tego kosza trafić. Z bardziej pomysłowych sposobów na okazanie braku szacunku wymieniłabym obklejenie ich moją karykaturą.

Rzadko też miałam okazję spotkać się z miłym przyjęciem mojej osoby. Długo nie wiedziałam z jakiego powodu, ale nie dociekałam. Nie byłam tam po to, by ułożyć sobie życie, czy szukać braw.  Moim celem było zdobycie środków na przeżycie i kontynuację badań, stąd krok za krokiem …

Mieszkańcy Krainy mieli jednak odmienne zdanie. Wciąż wymyślali coraz nowsze sposoby, aby …

A to żaby lub myszy w butach. A to związanie mi sznurówek pod stołem, kiedy ślęcząc w bibliotece zatopiłam się w myślach nad ułożeniem tekstu do wydania biuletynu edukacyjnego odnośnie tego, jak rozpoznać grzyba jadalnego od trującego, zanim grzybiarze ruszą w las na poszukiwania. Finał tego był taki, że zalałam kawą cenne historycznie stronnice, zawierające pierwsze grzybie ryciny, a bibliotekarka i archiwista musieli poddać się na wielomiesięcznemu leczeniu traumy, oraz powstałego w jej wyniku stresu pourazowego.

Nie zważając jednak na niemiłe wspomnienia, naszkicowałam procedurę badań, zakładając dużą dozę elastyczności, spakowałam co było potrzebne do plecaka, i ruszyłam w metodologiczny bój.

Pomimo tego, że sam przedmiot badań był dla mnie oczywisty, tak jak szczęście i umiejętność cieszenia się z rzeczy niewielkich, niezależnie od okoliczności, z dotychczas prowadzonych przeze mnie własnym sumptem badań płynął jeden wniosek – nie u każdego tak jest. Za beneficjentów obrałam więc tych, którzy radości i szczęścia potrzebują, ale przede wszystkim chcą, a bacząc na przykre doświadczenia, zwłaszcza ze strony arystokracji, wiedziałam, że idę na wojnę. A metodologia prowadzenia wojny jest taka, że nie idzie się na nią nieprzygotowanym. Trochę jak do szkoły. Taka, edukacja odwrócona. Taki też model postanowiłam zastosować i w tym przypadku.

Ponieważ na następnej audiencji miałam zdać raport, a wyniki płynące z badań terenowych, nawet pobieżnie je oceniając, i delikatnie rzecz ujmując, zasmuciły by Jego Królewską Mość, usiadłam na chmurce, i klepiąc po zadku krokodyla układałam, jak zdobyte informacje sprzedać Królowi.

Wiecie, jak zrobić, żeby wilk się najadł, owca nie zamoczyła wełny i kopytek w fosie, a i krokodyle nie miały okazji zapoznać się organoleptycznie z wełną, choć organiczną, to jednak ciężko strawną. Potupawszy nogami, i wyrwawszy sobie kilka włosów z głowy, na następnej audiencji uderzyłam tak.

„Szanowny Królu” – zaczęłam, będąc bardzo świadomą tego, że powinnam uważnie dobierać zarówno każde słowo, jak i ton wypowiedzi – „Czy Szanowny Król sam w swojej osobie ma jakiś monarchiczny pogląd na sprawę?”.

„Owszem” – odpowiedział po chwili namysłu Król. „Ministrowie, arystokracja i kler na potrawkę dla krokodyli. Zamierzam też zamknąć na cztery spusty królewskie spichlerze, i wydać dekret, że od dzisiaj mieszkańcy szukać jedzenia mają po lasach, a pić wodę źródlaną. Czerpać natomiast radość będą z rytmicznej musztry na świeżym powietrzu. Ruch to nie tylko zdrowie, ale też ekstatyczna przyjemność. Będzie tak, dopóki na ich twarzach nie zagoszczą znów uśmiechy, a w oczach blask”.

„I schudną” – padło z ust jego Królewskiej Mości. 

„Znaczy przestaną się tak nadymać?” – zapytałam upewnić się, że we właściwym kierunku mam przechlapane.

„I zaczną mnie doceniać” – dodał, po czym zamyślił się.

„Nie chcę marszów, peanów na moją cześć. Nie chcę bicia czołem pokłonów u mych stóp. Chcę zwykłego, szczerego uścisku dłoni, że klawo mi zarządzanie królestwem idzie” – otworzył się Król – „I te laurki od dzieci. Ja bardzo kocham dzieci. A dzieci kochają rysować. I świetnie im to wychodzi. Czemu wiec w szkole nie rysują dla mnie laurek? Na urodziny na przykład? A zamiast tego przedstawiają mnie jako … brodatego potwora”.

Słówko „klawo” dźwięczało mi w głowie, kiedy Król kontynuował swoją wypowiedź. Odniosłam niejasne wrażenie, że powinnam się tego słowa trzymać jak koła ratunkowego, ponieważ ten, pozorny co prawda, ale jednak archaizm językowy, dużo mówił o oczekiwaniach Króla względem tego, jak chciałby żeby potoczyły się sprawy, aby krokodyle nie nabawiły się zbyt szybko niestrawności od ministrów, kleru i arystokracji, a mieszkańcy rumieńców świadczących o zbliżającym się stanie przedzawałowym wywołanym zbyt intensywnymi podskokami na świeżym powietrzu. 

„I tak jestem delikatny. Poselstwa trzech sąsiednich królestw wyraźnie wskazują na to, że prowadzą politykę w kierunku wojny. Co prawda, wszyscy wiedzą, że wojna to zło, ale przy partyjce szachów rozgrywanej sekretnie uradziliśmy z Królami sąsiadami, że trochę twardej ręki w każdym z państw się przyda.” – szedł po swojemu Król. „A i z taktycznego punktu widzenia jest to rozwiązanie w punkt, gdyż kontrolowana wojna odsuwa pomysły, że jam jest okrutny Król”.

Chwilę układałam w głowie usłyszane do tej pory informacje, po czym, zanim cisza przeszła z uwarunkowanej logicznym składaniem myśli, w niestosownie krępującą, postanowiłam się odezwać.

„Szanowny Królu. Mhm. Jak Król sam doskonale wie, historykiem nie jestem, a i do tego miana pretendować nigdy nie będę. I o ile historia nigdy nie należała do moich ulubionych przedmiotów, prawdopodobnie ze względu na tego przedmiotu nauczycieli … Hm. 

Historia nie tyle kołem się toczy, ile lubi się powtarzać, a nie znając własnej historii, skazani jesteśmy na jej powtarzanie.

Jak Król sam dobrze wie, historia to nie suche fakty, a ludzie, a dokładniej stojąca za ludźmi ideologia. I chociaż ideologia i metodologia brzmią podobnie, tak nie są to pojęcia tożsame, o czym niewielu mieszkańców krainy miało okazję się dowiedzieć, a na czym ja boleśnie przekonałam się na własnej skórze.

Chociaż wielokrotnie miałam ochotę z powodu tej pozornie nieznaczącej różnicy uprosić któregoś z mieszkańców fosy, aby zechciał mnie spożyć w ramach podwieczorku, tak było by to nadużycie z mojej strony, ponieważ to Król skazuje na kąpiel w fosie.

Królu, czy Król uważa, że jest to dobra pora, aby kogokolwiek na cokolwiek skazywać? No bo na chwilę obecną sytuacja przedstawia się tak.

Krainę toczy nie tyle chaos, ile kompletna dezinformacja odnośnie tego, nie tyle kto kim jest, a kto kim ma możliwość się stać. Król zna moje zamiłowanie do metodologii … mam tutaj na myśli …”

Król najwidoczniej wyczuł, że impreza się zaczyna, poprosił więc skrybę, a zdarzyło się to drugi raz w historii Krainy, aby opuścił komnatę. Kiedy zamknęły się za nim drzwi, kontynuowałam wywód.

„Jak sam Król zdaje sobie sprawę, władanie w Krainie objął na podstawie demokratycznych wyborów, dokonanych przez mieszkańców Krainy, na podstawie logicznie ustrukturyzowanego programu postawienia Krainy na nogi, czyli odbudowy zgliszczy, które powstały po rządzących, a raczej „rządzących”, ściślej natomiast rzecz ujmując, zamianę słabej gruzrepubliki autokratycznych bujdokratów, vel „marzycieli” w silne, sprawnie funkcjonujące, nowoczesne, bezpieczne państwo.

O ile podzielam pogląd Króla odnośnie konieczności zarówno wykształcania marzeń, jak i ich posiadania, co bezdyskusyjnie obliguje jednostkę je posiadającą do podążania w kierunku ich spełnienia, tak są marzenia, i są bujdy sfrustrowanych, autoagresywnych, stetryczałych (też mimo młodego wieku) dziadów.

Różnica tkwi też w tym, jaki kierunek obierzemy aby spełnić zamiar. 

W przypadku marzeń właściwym kierunkiem jest talent. Upór. Pracowitość. Wytrwałość. Odwaga. Drążenie tematu „do spodu”. Precyzja. Warsztat. Cierpliwość. Poszukiwanie. Zanurzenie w gęstość materii myśli. Myśl. Zanurzenie w gęstość samego siebie. Pokonywanie siebie na każdym odcinku.

W tym drugim przypadku natomiast … proszę Króla o wygodniejsze usadowienie się na stołku. 

I tak.

Zanim Król objął władanie w Krainie, potencjał owszem miała, ale nie była ona ani mlekiem, ani miodem płynąca. I choć znana zarówno z dobrych krów, jak i umiejętności względem myślenia jak pszczoły, tak historia Krainy nacechowana była wiecznymi nie tyle niegrzecznościami ze strony innych krain, co to po chuj wi kto, i co rościły sobie prawa do wtrącania się w jej sprawy. I z góry nie przeprosiwszy za kolokwializmy językowe, jednak stosując je, aby oddać stan emocjonalny … A tak. 

Emocje. 

Byłam i tam. 

Czy Król wie, że Krainę we władanie objęły emocje? Jako że osobiście staram się mieć chłodny stosunek emocjonalny, przesunięty na rzecz metodologicznego podejścia do spraw, a i całkiem rozsądny stosunek do pożywienia, to nie tyle zanurzywszy się w te emocje, wie Król, pod korek nawet, maksymalizując uprzednio, a tym samym dzienny budżet na prowadzenie badań, a przekroczywszy górną monetarną granicę oficjalnie podaną w Krainie za wystarczającą, aby dostarczyć aprowizację potrzebną aby dokonać z rozmachem kompulsywnego zajedzenia braków emocjonalnych. I nie da się działać, kiedy człowiek, choć obezwładniwszy uprzednio agresywne wewnętrznie deficyty emocjonalne, czuje się … No nie da się Królu działać. Po prostu nie. 

A jako że nie posiadam braków emocjonalnych, to niech Król wie, jak na drugi dzień dla mojego fizys i psyche przykrym uczuciem było …

Tego jest przede wszystkim brak wśród mieszkańców Krainy. Uczuć. 

Uczucia.

Głębokie, piękne, niezależne od kształtu, pochodzenia, wieku, koloru, kierunku, niczego, nikogo. 

Uczucia bez zależności od czasu, miejsca, przestrzeni, osób. 

Uczucia niczym nie skrępowane.

Uczucia Wolne. 

Uczucia płynące ze środka każdego mieszkańca żywą, głęboką, rwącą, szeroką, i świetlistą rzeką. 

Uczucia. 

A to ulubione powiedzonko Króla, że do życia to przede wszystkim wiara, nadzieja i Miłość, a najsilniejsza z nich jest Miłość, no to … wiara nie tyle angażuje, co scala wszystkie komponenty ludzkiej osobowości, której podstawą jest posiadanie samego siebie, na co tylko Król i ja możemy mieć nadzieję, że wydarzy pośród mieszkańców się, aby ta Miłość miała pośród kogo realizować się.

Choć nie jestem właściwą osobą, ponieważ nie zaliczam się do grupy, którą przy najszczerszych nawet chęciach, można by nazwać w jakikolwiek sposób reprezentatywną, ponieważ moje wczoraj, i dziś, to jutro większości osób, których dotyczy poniższy raport, a nie o to Królowi chodzi.

I chociaż podczas zbierania danych do tych słów, straciłam ochotę na, nie tyle że lepsze, co jakiekolwiek jutro, tak pozwolę sobie stwierdzić, że do życia potrzebne jest jeszcze, z czego Król doskonale zadaje sobie sprawę, właściwej jakości, oraz ilości zdrowe odżywianie.

Bez tego ani rusz w żadnym kierunku, a jednym z nich jest chęć, aby mieć nadzieję na lepsze jutro. Czym to lepsze jutro jest?

Człowiek tak ułożony jest, że pierwsze myśli po obudzeniu kierują się w stronę zaspokojenia podstawowych potrzeba fizjologicznych. Podobno „pozostałość po przodkach”, ale w społeczeństwie o tak wysoce ucywilizowanym stopniu, za jakie uważa je Król, zarówno w kwestii rozeznawania, jak i sposobów, po które sięga jednostka, aby zagwarantować sobie wypełnienie potrzeb …

… potrzebą Króla, o ile jestem w stanie ją rozeznać, jest zwiększenie poziomu odczuwalnej satysfakcji z życia codziennego wśród mieszkańców, co przełoży się bezpośrednio na uczucie radości, które obserwowalne będzie w postaci uśmiechów na twarzach, czy koleżeńskich uścisków dłoni. 

Radość natomiast to „podobno” stan umysłu. Stan ten zależy nie tyle od poziomu satysfakcji z tego, co nasze oczy ujrzą po ich otwarciu o poranku, ale umiejętności trafnej oceny rzeczywistości nas otaczającej, na którą składa się danego człowieka przeszłość, przyszłość, oraz teraźniejszość. 

Do pewnego momentu wpływu na to, co widzimy przed sobą, nie mamy, pozostaje więc używanie tzw. wewnętrznych oczu, zwanych wyobraźnią. Zarówno Król, jak i ja, wielkimi piewcami jesteśmy zarówno posiadania, jak i pielęgnowania jednostki wrastającej na podstawie owej, ponieważ nie ma nic cenniejszego, niż posiadanie marzeń, gdyż od ich siły zależy postęp cywilizacyjny. Rzeczywistość. 

I o ile wyobraźnia, a trafna ocena rzeczywistości nie mają ze sobą wiele wspólnego, tak jest to założenie tylko pozorne, ponieważ władzę w Krainie, pozornie, choć jednak, objęła grupa ludzi,a mówię tutaj o przedstawicielach warstwy kleru, ministrów, i arystokracji, jak Król sam wskazał.

Pozwalają sobie ci „rządzący” na takie kreowanie rzeczywistości, aby poddani Króla żyli wyobrażeniami o tym, że społeczeństwo będzie miało co jutro jeść.

Co więcej, że, jutro dane jest jako przywilej, a wręcz dobro. Przywilej i dobro dane z ręki owych „panów”.

I bardzo trafnie oni powyżsi ocenili rzeczywistość, ponieważ wyobrazili sobie, że stan, kiedy wykorzystywać będą oni Krainę, a rozumiem przez to jej mieszkańców, a Król cierpliwie będzie to znosił, będzie trwał na tyle długo, aż nasycą oni swoje, dość prozaicznie realizowane, ale jednak potrzeby, których praw do posiadania nie można odmówić nikomu. Oczywiście, wszyscy są ludźmi.

Pierwszą z tych potrzeb jest głód, i potrzeba ta zaspokajana jest dzisiaj również na wysokim stopniu ucywilizowania, jednakże bardziej w kierunku zaspokojenia go pośród hierarchów rządzących,  zarówno na stołkach ministerialnych, jak i arystokratycznych, jak i pośród kleru. Co dziwne, choć istotniejsze, nie jest ten głód pochodzenia organicznego, świadczącego o długim niejedzeniu. Jeść?

Jedzenie, wbrew powszechnie panującej opinii, na stole nie znajduje się samoistnie, ponieważ trzeba je samemu sobie pod nos dostarczyć, czy to w postaci własnoręcznie przyrządzonego posiłku, czy też skorzystania z usług wykwalifikowanych ku temu dostawców, tudzież osoby, z którą dane nam jest współtworzyć tzw. „wspólnotę łoża i stołu”, czyli związek na dobre i na złe, a przez „złe” rozumiem taką sytuację, jak chociażby przesolenie, zupy. Chociażby. I o ile bywa to przyczynkiem do zachowań niestosownych, rozwiązanie widzę Królu w legalizacji marihuany. Zjawisko gastrofazy Król zna.

Nie wystarczy jednakże sama czynność, czy to przygotowywania, czy zamawiania posiłku, ponieważ od zarania dziejów skarby roli, czy też kunsztu hodowców stanowiły przedmiot wymiany. Jakiś czas już, ku nie tylko wygodzie, ale też ustandaryzowaniu przeprowadzanych transakcji, stosuje się walutę monetarną, w nominale zależnym od wartości przedmiotu transakcji, walucie zależnej od kraju. 

Waluta monetarna, a dokładniej rzecz ujmując, ilość w rozrachunku czasowym, ustalana uprzednio jest pomiędzy praco – dawcą, a praco – biorcą, i w założeniu wystarczyć ma na zagwarantowanie …

… jedzenia, dachu nad głową, standardów higieny, edukacji, kształcenia zawodowego lub talentów, rozwoju pasji, podnoszenia kwalifikacji, należnej rozrywki, odpoczynku, zabezpieczenia przyszłości.

Powyższe, choć brzmi pozornie logicznie, tak jak i logiczne jest oczekiwanie pośród mieszkańców na możliwość zarobienia na to pożywienie, jak i na wszystko co człowieka dotyczy, tak po głębszej analizie problemu, a umiejscawiając go na terenie Krainy … Aby wyjaśnić, posłużę się przykładem.

Socjologia żywienia to tak na prawdę, dobrze sam Król wie, nie jakaś pierdółko – nauka, o tym co, kto, kiedy, ile zjadł, i jaki procentowy udział w tych procesach decyzyjnych ma jego narodowość, a potężne narzędzie polityczno – gospodarczego przetrwania. A zamierzam posłużyć się przykładem, ponieważ będę mówić o wibracjach, a te, o ile trudno jeszcze łapalne w nano – skali, tak kiedy przedstawione w megatonach wydają się być bardziej zrozumiałe, choć nie wszystko jeszcze wiemy. 

Istnieje republika, ale rajskie atole. Czemuż rajskie? A bo i na Oceanie Spokojnym, i spokojne życie wydawało się tam płynąć, tak jak i rdzenni mieszkańcy wypływali w ocean ten, aby oddać się rybołówstwu. No i istniały. 

Dopóki istniały, mieszkańcy jego oprócz ryb żywili się owocami palmy kokosowej, pomidorami, melonami, oraz przetworzonymi na materiał skrobiowy owocami drzewa chlebowego. Z żywieniowego punktu widzenia powyżej wymienione są wystarczające, aby dostarczyć organizmowi każdego z mieszkańców wszystkiego, co do zdrowego życiorysu jest potrzebne. Dołożywszy do tego ruch na świeżym powietrzu, bezstresowe … Ich narodowe motto brzmi „osiągnąć sukces poprzez wspólny wysiłek”. Zważywszy na to, że nigdy ich społeczność nie była zbyt liczna, poczucie … nawet nie jedności narodowej … to było tak.

Dopóki żyli sobie wśród swoich spokojnie, prewalencja cukrzycy wynosiła … ciężko mówić o jakimkolwiek wskaźniku epidemiologicznym w tym przypadku, ponieważ występowalność cukrzycy wartość przyjmowała wtedy mniejszą, niż ma możliwość „wyczuć” to błąd statystyczny. Jak podają źródła.

Ale terytorium rajskich atoli tych okazało się być na tyle strategicznie umiejscowione, aby przeprowadzić pośród nich Operację Rozstaje, co można interpretować również symbolicznie, ponieważ teren ten na zawsze, a przynajmniej na długo, rozstał się z tym, co go konstytuowało, czyli rajskość. Jednością pośród mieszkańców. Byciem osadzonym we własnej tożsamości. Tożsamości narodu, który stanowił potęgę. Niewielce rozległą pod względem geograficznym, ale dla nich wystarczającą.

Byciem u siebie. Byciem niezależnym. Byciem bezpiecznym ontologicznie.

To ostatnie stwierdzenie zostało nie tyle niezrozumiane, ani nawet nadużyte, a zrozumiane opacznie, jako teren wystarczająco bezpieczny, aby przeprowadzić na nim zasygnalizowane już powyżej operacje z wykorzystaniem broni jądrowej. O co się tym tłukli, i kto się przed kim popisywał, nie nasza dziedzina Królu teraz dociekać, ponieważ lata to zamierzchłe, my natomiast koncentrujemy się na patrzeniu wprzód, z historycznym, a metodologicznym zastrzeżeniem, aby pewnych mechanizmów nie tyle nie powtarzać, co je poznać, zrozumieć, wyciągnąć odpowiednie wnioski, a następnie podjąć świadomą decyzję, czy lecimy w tamten klimacik, czy mówimy mu „stop”. 

I o ile pomoc w kontekście zaopatrywania przesiedlanych tam i z powrotem mieszkańców w żywność, z racjonalnego punktu widzenia, nie pozostawia nic do życzenia, stanowi wręcz tabelarycznie (dla mnie przynajmniej, Król moje uwielbienie dla tabelek zna) niedościgniony wzór, tak w kształcie, jaki przyjęła, odnosić się powinna tylko do potrzebujących jej mieszkańców kraju genetycznie wobec ofiarowywanej żywności natywnego.

To tak jakby dziwić się, że żubr pochorował się od tabliczki czekolady zjedzonej wraz z opakowaniem. Ze smakiem, ale jednak czekolady, wraz z opakowaniem. 

Przez co sytuacja zdrowotna, w kontekście wspomnianej już cukrzycy, przedstawia się tak, że nacja ta posiada najwyższy odsetek chorych na na świecie, co przy niewielkiej liczebności mieszkańców oznacza, że ponad połowa hospitalizacji spowodowana jest przez cukrzycę lub jej powikłania.

Konsekwencje narodowość Marshalerów ponosi między innymi również takie, jak poczucie braku własnej mocy sprawczej, spowodowane latami bycia kolonizowanymi przez obce nacje uznające swoją „wyższość”, a co za tym idzie obniżenie poczucia własnej wartości wsród rdzennych. 

Ponadto, radioaktywne skażenie ziem naturalnie rodzących wszystko, co do życia potrzebne jest na tyle długotrwale szkodliwe, że niemożliwym wydaje się obyć bez pomocy „panów”, która to pomoc dopiero (na poziomie badań interwencyjnych) zaczęła uwzględniać rdzenne zwyczaje, wartości, oraz tradycji, w tym także kulinarne.

Co ciekawe Królu, taka dygresja odnośnie rajskości omawianej republiki, a raczej metodologicznego sposobu dowodzenia teorii nieprawdopodobnych, takich jak istnienie raju na przykład, i chociaż na razie psiego, i dotyczącego tej grupy psiej-badanej, przepraszam, po rajsku żywionej, to pomimo ciężkiej atomowo historii, i jej konsekwencji, pod pewnymi względami miejsce to jawi się jako raj, a mam na myśli stały dostęp do indyczych szyj. Z niewiadomych mi przyczyn traktowane są one przez prominentów ustalających rozkład zaopatrzenia jako odpad, i wysyłane w prezencie do krajów o niskim statusie socjo – ekonomicznym, gdzie w sprzedaży dostępne są ciągle i wszędzie. Brzmi jak raj, bo czy Król wie, ile czasem trzeba nachodzić się za indyczą szyją? A tam psy. Król sam dobrze wie, bo kiwał z uznaniem nad biuletynem o zupkach na indyczych szyjach i warzywach korzeniowych …

korzenie i skrzydła … a tak. 

Jak sam Król wie, częste w moim przypadku jest stosowanie analogii żywieniowych wobec pewnych zjawisk z zakresu nauk, zwłaszcza społecznych. Nie inaczej będzie więc w tym wypadku, a korzenie i skrzydła użyte jako metafora zostały nie przypadkowo, ponieważ tylko dzięki korzeniom wyrosłym na właściwym gruncie człowiek może czerpać siły, aby nadać swym skrzydłom właściwy kierunek lot.

Poprzez korzenie i skrzydła rozumiem … dużo mam na myśli, a raport ten dotyczył będzie właśnie myśli, a dokładniej rzecz ujmując stylu w jakim jednostka zaprojektowana została, aby myśleć.

I o ile już powyższe zdanie jest dla Króla wyjątkowo niedorzeczne, po minie Króla wnioskując, jak można chcieć w ogóle porwać się na projektowanie kogokolwiek do myślenia w jakimkolwiek kierunku, skoro do myślenia człowiek został wyposażony w wolną wolę, zmuszona jestem jednak prosić uprzejmie o dość szeroko rozciągniętą dozę cierpliwości, ponieważ niedorzecznie dopiero się zaczyna. Otóż. 

Najdłużej Krainę toczył … hm. 

Dalej toczy, choć może w unowocześnionej, i bardziej zawoalowanej formie, ale jednak totalitarny system myślenia. Jak krótko, w słownie i myślowo ustrukturyzowany sposób zjawisko przedstawić?

Podstawy ideologiczne owego systemu politycznego, a jak zostało choć dużo powyżej, przeze mnie naświetlone, nie da się odłączyć jednego od drugiego, w żadnym punkcie nie brzmią dorzecznie, jak to ma w zwyczaju brzmieć … nawet nie utopia, bo lektury o tematyce utopijnej czyta się przyjemnie a ta jawi się jako nowy wręcz gatunek literacki, któremu najbliżej określeniu tragifarsodramat.

Orędownicy, ale również piewcy-myśliciele poprzedniego ustrojo-systemu polityczno-gospodarczo-ideologicznego strzelili sobie … nawet nie wiem gdzie, i ile trzeba oddać strzałów, aby oddać tragizm sytuacji w jakiej się znaleźli, a za taką sytuację uznaję badanie kliniczne typu eksperymentalnego, które, choć prowadzone latami, i zakrojone na szeroką skalę, to jednak nie wyszło. Bo nie wyszło.

Ów eksperyment, a z zakresu psychologii społeczeństw, któremu mieszkańcy Krainy zostali poddani „oficjalnie” za cel obrał, a rozumiem przez to cel pierwszorzędny z teorii, za cel obrał kształtowanie świadomości ludzkiej, czego wynikiem miała być „wszechstronnie rozwinięta jednostka, jako niewyspecjalizowana istota gatunkowa”, która „partycypować miała równomiernie we wszystkich sferach życia wspólnoty, a więc zdolna miała być wykonywać na zmianę wszystkie czynności – robić dziś to, a jutro owo, rano polować, po południu łowić ryby, wieczorem paść bydło, a po jedzeniu krytykować, bez przekształcania się w zawodowego myśliwego, rybaka, pasterza, czy krytyka”. 

I tak.

O ile wspomniana powyżej wszechstronność „gwarantem” miała być „samodzielności indywidualnych producentów”,oraz „niezależności od bezosobowych mechanizmów rynkowych”, aby „zwalczyć sprowadzenie wzajemności relacji do obiektywizmu siły nabywczej”, tak w niedługim już historycznie czasie okazało się, że założenie to doprowadziło dokładnie do tego, do czego miało nie, ponieważ wprowadzony przez „system” system reglamentacji podstawowych produktów towarowych wycelowany był na zakup poparcia, oraz reglamentował, ale poczucie ludzkiej wartości.

Skutkiem czego, Kraina symbolem jest, ale przede wszystkim ekonomicznego bankructwa, pomimo olbrzymiego potencjału, zwłaszcza w zakresie human resources. A właśnie z ludzi Kraina słynie na świat cały. 

Idąc dalej.

Dogłębna analiza papierologiczna dotycząca teoretycznej części badań również wskazuje na niespójność celu oficjalnego z rzeczywistym, ponieważ wynika z niej, że eksperyment miał na celu „zmieść z powierzchni ziemi nie tylko reakcyjne klasy i dynastie, lecz również całe reakcyjne narody, po których to małych, upartych narodach nie ostanie się nawet imię”.

Jednak, aby niniejsza analiza pozostała krytyczną, czyli bezstronną, wspomnieć należy o oddolnej spójności działań względem celów rzeczywistych, ponieważ używają oni nadanych przez Króla przywilejów, by nie tyle rościć sobie prawa do kategoryzowania poszczególnych członków społeczności, którą tworzą mieszkańcy Krainy, co do wartościowania ich względem „od każdego, według jego zdolności, każdemu według jego pracy”.

Stosują jednakże tą miarę tylko i wyłącznie względem chłoptasiów wybieranych metoda ciągnięcia zapałki pośród własnego widzimisięotoczenia, co stanowić przyczynek może do realizacji kolejnego celu omawianego badania typu eksperymentalnego, którego to cele w brzmieniu „zbawienne ujednolicenie warunków życiowych” oraz „wyzwolenie członków komun od ogłupiającej prywatności” uzyskane miały być poprzez (…) „administrację”, która „zarządzałaby nie tylko poszczególnymi odcinkami życia społecznego, ale całym życiem społecznym we wszystkich jego aspektach”.

Stąd, po odwołaniu się do Słownika Języka Polskiego, aby zastosować właściwy dobór słów, użyć powinno się określenia propaganda, a nie terminologii dotyczącej metodologii prowadzenia badań.

Krytyczna analiza bowiem, ale też umiejętność patrzenia wstecz, oraz umiejętność bycia tu i teraz, wskazuje owszem, na „wytworzenie” człowieka nowego, ale bezwzględnie cofniętego w rozwoju, ponieważ ubezwłasnowolnionego w zakresie samostanowienia o sobie.

I chociaż mieszkańcy Krainy, w przeważającej większości zawsze swoje zdanie mieli, za którym uszanowanie dla honoru i tradycji szło, tak jak i potencjał olbrzymi, to kilkaset lat ciągłych napadów na wiarę w ich własne „Ja”, zrobiło swoje. 

Trzymając się dalej tematu w tonie krytycznej jego założeń analizy, to już na pierwszą lekturę tekst o „wyższym rozwoju indywidualności”, który „osiąga się tylko w wyniku procesu historycznego, w którym indywidualności składane są w ofierze, ponieważ interesy gatunku w królestwie ludzkim, podobnie jak w królestwie zwierząt i roślin, zawsze urzeczywistniane są kosztem indywiduów” brzmi frazeologicznie niespójnie z kierunkiem działań, jakie przez lata ow system propagował, a czynił, ponieważ, jak zostało kilka akapitów wyżej objaśnione, system miał trwać, natomiast upadł.

Tylko i wyłącznie dzięki poświęceniu wyżej rozwiniętych indywidualności.

Własnowolnemu.

Przechodząc płynnie do kwestii wolnej woli, „państwo jako aparat ucisku klasowego, straci racje bytu i zacznie stopniowo obumierać. Ludzie odzyskają kontrolę nad własnymi „siłami społecznymi”, której pozbawieni byli przez cały okres „cywilizacji”; siły społeczne będące do niedawna „demonicznymi władcami”, staną się pokornymi sługami świadomej woli swobodnie zrzeszonych wytwórców” .

Ale, o ile w tekście pierwotnym, z którego pochodzi powyższy cytat, „pokorni słudzy” ujęci byli w cudzysłów, tak …

Stety niestety, cechą konstytuującą gatunek ludzki, jest dążenie do przyjemności, oraz zaufanie.

I o ile zaufanie, jakim Król został obdarzony, względem wypełnienia obietnicy, że bycie obywatelem Krainy będzie stanowić nieziemską wręcz przyjemność, zwróci się mieszkańcom po wielokroć, tak zaufanie którym Król obdarzył wyznaczonym do pełnienia funkcji administracyjnych zostało nie tyle nadużyte, co splute, oraz sponiewierane. Z czego Król zdał sobie na szczęście w porę sprawę.

Z czego natomiast mieszkańcy Krainy nie zdają sobie sprawy?

Że o ile Król ma przede wszystkim na celu dobro Krainy, miłościwie odłączając kontekst obrazy uczuć personalnych, tak ten kurwibajzel, co narobił kler, i cała reszta, a który to bałagan Król miłościwie słowem swoim napominającym starał się prostować, to głębiej sięgnął, niż tylko archiwa i spichlerze, ponieważ zdążył niestety przesączyć się do głów. I nie byle kogo głów, ani byle jakich głów, gdyż … 

Głów najcenniejszych, a najukochańszych dla Króla przedstawicieli Krainy, czyli i najmłodszych, i tych latorośli, co zaczęły ukorzeniać się, oraz tych, którzy pędy zaczęli wypuszczać nowe. Jednakże, przy takim stanie rzeczy, jaki panuje obecnie, ja nie widzę szans, aby radość, w postaci, jaką chciałby widzieć Król, zagościła przy stołach, ponieważ nawet nie tyle ona została zabita, co droga „od pola do stołu”, jaką pokonuje żywność w krainie, zalana została potokiem łez, i krwi tych, którzy …

Ani ja, ani tym bardziej Król nie mamy nic przeciwko przyjemnościom organoleptycznym, tak powinny być rozpatrywane wyłącznie jako narzędzie sięgania w przyjemności wzwyż, a nie jako emocjonalny szczebel do drabiny wyciągającej człowieka z jakiegokolwiek dołka uczuciowego.

I dobrze sam Król wie, że przyjemność organoleptyczna nie bierze się z kosmosu, a darem jest łąk, i pastwisk. No a tych, trzeba pilnować, tak jak i faktu, czy nie zagłębiamy się w jaskinię przyjemności organoleptycznej na tyle, by odwróciwszy się, widzieć jeszcze z jaskini owej wyjście.

Jak Król doskonale wie, bez odżywiania dostarczanego w odpowiedniej jakości, ilości, oraz czasie, istoty ludzkie nie mają najmniejszych szans wykształcić w sobie odpowiedniej sprawności organów do zarówno odczuwania, jak i dawania, ale też i przyjmowania żadnej z najwyżej cenionych przez Króla wartości, a pozwolę sobie dokonać powtórzenia, że o wiarę, nadzieję, oraz Miłość idzie. 

I jak Król również wie, produkty żywnościowe z powietrza się nie biorą, a wynikiem są współpracy człowieka z naturą, często w trudnych warunkach, a przez politykę uprawianą … „politykę” uprawiają, zamiast pozwolić ziemię uprawiać. I choć analiza danych dokonana przeze mnie nie tyle pobieżna jest, co śmiesznostkowa, zwłaszcza w kontekście mojego rozeznania w temacie, to dokonując niewielkiej proporcji wyszło, że wartość procentowa własności ziemskich tych, w których rękach powinna leżeć, czyli samorządów terytorialnych, wynosi niecałe 12%, w stosunku do ministerialnych i kleru ziem. 

I chociaż poprzedni system regulował, w sposoby w jakie zostało powyżej nakreślone, dostęp do pól i łąk, tak bardziej niż niestety pozostałością po tych sposobach jest sposób myślenia okolicznych mieszkańców o sobie, którą to ramy tematu ujmują w „mentalność stanowiącą połączenie kompleksu chłopa pańszczyźnianego i świadomości kołchoźnika”.

Pomimo tego, kler i ministrowie oparli pomysł na gospodaryzację kapitału, zarówno twórczo-biologicznego, jak i ludzkiego poprzez rozdawanie deputatów, chociaż pomysł ten oparty jest na nieaktualnych od kilku dekad założeniu, jak i na obalonym powyższym sprawozdaniem założeniu, że stary system konwencji polityczno-gospodarczo-ideologicznej sprawdza się.

Ideologia jak wiemy, nie bierze się z nikąd, jej pochodzeniem jej mózg. W mózgu ukryty jest pierwiastek człowieczeństwa, i tak jak w „rajskim” przykładzie pierwiastkiem, który zrobił najwięcej zamieszania był pluton, lub uran, tak bombą, która tyka w naszym kraju, i coś wybuchnąć nie może, są relacje. 

W pierwszej kolejności relacja ze samym sobą. Następnie bycie stąd. Z połączenia powyższych dwóch wynika relacja, jaką jest poczucie tożsamości narodowej.. I o ile bomba brzmi jak zapowiedź wojny, tak … 

… przytaczając wypowiedź ojca bomby atomowej, że nie wie jaka broń zostanie użyta podczas trzeciej wojny światowej, ale podczas czwartej ludzie będą to patyki i kamienie, wychodzi że …

… w swoich rozważaniach doszłam do punktu, w którym jestem pewna, że tą niewiadomą bronią, będą ludzkie relacje. W kontekście założeń anihilacji poczucia wolności jednostki, z których to jednostek składa się tożsamość narodowa, mamy tańczyć tak, jak „lepsi” nam zagrają. Kim są lepsi?

Czy bomba musi wybuchnąć? 

To jest Królu tak.

„Anegdotkę” o rajskich atolach przywołałam, aby naświetlić w sposób nowoczesny, jak interwencje obcych ideologii, a w konsekwencji również żywieniowych, mogą popierdolić w raju narodowym. 

Jest to o tyle spójne z powyżej przytoczonym przykładem, że główną kwestią z zakresu „dlaczego”, jest położenie geograficzne, a korzystne pod tym względem od zarania dziejów zawsze miała republika Słowian, tak jak i dostęp strategiczny do morza mieliśmy, oraz wielce gleby urodzajne. 

Kobiety podobno też niczego sobie z wyglądu, a z charakteru więcej niż gromnica przy burzy warte.

Z każdego punktu widzenia więc, jesteśmy uprzywilejowani, choć przywilej ten okupiony jest …

Szczerze się Królu nie dziwię, że tak dużo ludzie jedzą, piją, palą, zmęczeni chodzą, kłócą się, godzić im się nie chce, tworzyć im się nie chce, żyć też czasem nie, wybierając zamiast, egzystencję.

I chociaż prosi się, aby w końcu spuścić zasłonę milczenia na ilość wieków, które upłynęły zanim na tron, wraz z Królewskimi Impoderabiliami, zasiadło umiłowanie do myślenia, pracy, zdobywania mądrości, i rzetelnej wiedzy, twórczego działania, uwalniania potencjału to nie da się, ponieważ zanim ten niosący niewiarygodną wręcz nadzieję moment nastąpił, minęło ciężko stwierdzić, ale około 300 lat wiecznego taktycznego strategizowania z której strony, w jakiej liczebności, w jakim celu, za użyciem jakich narzędzi bojowych uderzy obcy, najedźca znaczy, i jak długo stodoły będą płonąć, zamiast stanowić schronienie dla użytecznych, a rasowo wyspecjalizowanych, chociażby krów.

Pozwalając sobie na dygresję odnośnie rasowej specjalizacji, a zagłębiając się w naturę ludzką, w której to Król upatruje przyczyny takiego stanu rzeczy w Krainie, coraz bardziej zrozumiałe dla mnie są przyczyny, ale dla których mieszkańcy omawianego terytorium zamiast zająć się faktycznie postawieniem na nogi tych sektorów gospodarki, które jeszcze wykazują oznaki życia, a w których mają nie związane pokręconymi ustawami ręce i nogi, takie jak na przykład rasowa specjalizacja bydła, czy propagowanie spożycia ryb, lub wartościowych grzybów chociażby, zajmują się tak zwaną inżynierią społeczną. I chociaż to pierwsze, może nie wymaga, ale przydatne jest uzyskanie stopnia inżyniera, tak to drugie jest pójściem na łatwiznę. Czy usprawiedliwieniem mogą być lata niewoli?

O ile jest mi dane wnioskować w omawianej materii, nic tak nie prowadzi człowieka do rozwoju, jak rozmowa, czy to ze samym sobą, czy z drugim człowiekiem. A poprzedni system nie tyle podzielił, co wymęczył kraj, a owocem jego funkcjonowania jest, zamiast omawianego już „nadczłowieka” jest, i o ile psychiatrą nie jestem, ale jeśli mam nieśmiało sugerować w którym kierunku szukać właściwej diagnozy, to szła bym w kierunku, pozwalając sobie na zastosowanie nazewnictwa taksonomicznego, Homo katosovieticus experimentalkatastrofalisfatalis. 

I o ile powyższe nie tyle nie zostało ujęte w ramach żadnej oficjalnej klasyfikacji diagnostycznej, tym samym wykluczając możliwość zostania sklasyfikowanej jako choroba zakaźna, tak przy najbliższej możliwej okazji sprawdziłabym, czy nie ma czegoś na rzeczy w tej materii, a zagłębiając się w teorię szkodliwych ideologii, które na poziomie wibracji emitowanych przez mózg, a co nieuniknione jest podczas zachodzenia na poziomie elektronowym każdej z relacji, zabruździła …

… a przechodząc do konkluzji wywodu …

Poza tym, ci ministrowie, co to mieli pilnować pastwisk i łąk, po pierwsze już dawno ich nie widzieli, i chyba zapomnieli, jaki to dar, zwłaszcza że, tak jak i kler, zasiedzieli na stołkach się, i przestali słuchać, co ma do powiedzenia lud, ten co o łąki i pastwiska ma dbać. Ośmielę się też arbitralnie powiedzieć, że Król sam trochę zawinił, bo i za mocną im pieczę nad tymi darami natury dał, oraz stołki za wygodne. I jako że mówię z własnego doświadczenia żywego, że zbyt długie siedzenie na stołku, chociażby nie wiadomo jak wygodnym, nie służy ani nikomu, ani tym bardziej niczemu, tak gdybym ja na miejscu Króla była, to bym rewolucję w Krainie urządziła, ale taką … awangardową.

Imprezę.

Prośbę swoją motywuję tym, że poprzedni system ów niczego tak w życiu nie zwalczał, jak rozmów. Awangardy. Imprez, które to synonimem są wolności. Wolności wyboru, wolności słowa, wyrażania siebie w sposób nieskrępowany.

Jestem pierdolnięty, lubię inaczej, i jest mi z tym zajebiście dobrze. 

Lubię też rozmawiać, i będę to robić, chociaż miałbym zabrnąć w niebezpieczne rozumowo rejony.

Ponieważ …

… no nie idą najlepiej Królu te imprezy w Krainie. Nie.

I to nie tylko moje zdanie, a pozwalając sobie zacytować …

No Polska people c’mon …

I choć Królu, z powyższego wynika, że przez te wieki umarło praktycznie wszystko, co mieszkańcom potrzebne według Króla do życia, czyli wiara, tak o ile wiara z definicji postać ma niematerialną, a w praktyce jej wynikiem jest myśl, za którą to myślą podąża działanie, tak …

… ta wiara chyba nie do końca umarła, a w społeczeństwie jednak tkwi ta siła pędu ku cywilizacji, a przez cywilizację rozumiem chęć rozwoju, a na dowód tego znów posłużę się cytatem jednego z szanownych obywateli omawianej społeczności „Aż dziw bierze, że Polska to kraj 40 milionowy w środku Europy”. Nie dziw. Adekwatne słowo to cud. A w cuda się wierzy.

Zmierzając powoli Królu szanowny w kierunku konkluzji wywodu, a w tym miejscu kładąc na stół ostateczny dowód, że upadłszy już system upadł, w postaci tej, że po jednej stronie stołu siedzi Król.

A po drugiej ja. 

I choć dowód ten postawiony jest pod znakiem zapytania, ale rozumiem, jak sygnalizowałam już wcześniej, że chęć poznania przyczyn zaistniałej w krainie sytuacji jest dla Króla, przyjęła kształt, wedle terminologii metodologicznej, badana pilotażowego, koniecznego, aby narysować ruchy dalej. Kartki widzę Król ma. Ołówki, kredki, zastrugaczkę, gumkę do mazania i resztę dostarczyłam. 

Tak więc czy inaczej, a zmierzając powoli w kierunku konkluzji, wydaje mi się, a wręcz pewna jestem, że owe zaplanowane, a dziejące się już posunięcia paraepidemiologicznomilitarne mijają się z celem, a już na pewno sympatii wśród dzieci, a tym samym powodów do rysowania przez nich laurek, no nie przysporzą. Stąd też, sugerowałabym, jeśli oczywiście mogę się wypowiedzieć w imieniu nieobecnych, a prośba ta jest, może i daleko idącą interpretacją, ale skoro tu na prośbę Króla jestem, i Król słucha, to proszę, żeby do tych ewolucyjno – rewolucyjnych partyjek szachów dołożył Król jeszcze prowiant dobry, jakieś cygara i piwo mnichów, na przykład, aby je trochę urozmaicić, oraz bliżej nieokreślony tryb gramatyczny hasła przewodniego w brzmieniu „***** ***”  zamienić na tryb rozkazujący, oraz dookreślić poprzez „w kibić mać”, i choć etymologia tego drugiego wyrażenia znana mi nie jest, co implikuje niemożność stwierdzenia jak, oraz gdzie dokładnie. Poddanym natomiast, oraz rokującej arystokracji, proszę dać jeszcze szansę. 

Co do ministrów, oraz kleru, milknę, ale Szanowny Panie Królu” – zaczęłam – „czy sądzi Król że tak ortodoksyjne metody, jak przerobienie szkodliwych elit na paszę dla krokodyli jest słusznym rozwiązaniem?” – zapytałam, i nie czekając na odpowiedź kontynuowałam – „I o ile rozumiem zamysł Króla, który stoi za tą ideą, jako że człowiek najszybciej uczy się pływać, będąc wrzuconym na głęboką wodę, tak czy nie sądzi Król, że … sadzawka, pod którą merda płetewkami narybek jest jeszcze zbyt zamarznięta?”.

Król na te słowa zamyślił się. 

Zanim zdążył jednak zagłębić się kontemplację na tyle, aby przerwanie tego procesu myślowego równoznaczne było z okazaniem Królowi braku szacunku, odważyłam się odezwać.

„Wie Król, jedno co Król zawsze mówił, zapadło mi w pamięć.

To, że ta właściwa droga w życiu, to ta, która wymaga od nas najwięcej czasu, wysiłku, oraz pieniędzy.

I Królu najjaśniejszy, Król wie, że ja nie zwykłam prosić ani o zbyt wiele, zwłaszcza że do tej pory prośby me zawierały się głównie w kwestii uznania wydatków, które trzeba ponieść, aby … no …badania kosztują.

Ale w tym miejscu chciałam prosić Króla przede wszystkim o okazanie, jak to Król podłapał użyte przeze mnie pieszczotliwie określenie, narybkowi wielkiego zaufania, i olbrzymiej pomocy.

Jak sam Król widzi, z raportu wynika, że potrzebna jest pomoc ponadnadnaturalna, żeby to skostniałe truchło zostawić raz na zawsze za drzwiami. Bomba? Wybuchnie ich wiele, odłamki poranią wiele osób.

Proszę więc o czas na gojenie ran.

Gojenie się to olbrzymi wysiłek, poproszę więc o siłę.

Lekarstwa będą potrzebne, poproszę o te właściwe.

Nieustającą pomoc, która przyjdzie do nich, zanim przestaną się bać o nią prosić.

Ale przede wszystkim proszę o zaufanie do tych, których Król widzi jako niosących nadzieję najbardziej zmęczonym”.

„Zaufanie do narybku olbrzymie mam” – zakończył audiencję Król.

D.M.

p.s. Od siebie dodam, że do życia potrzebny jest bunt. Przyprawą jest wiara w jego sens.

W swój sens.

W Twój sens. 

Stąd, potrawa zaprojektowana specjalnie dla wszystkich „zaindoktrynowanych” w poczuciu braku sensu swojej egzystencji. 

Mam wrażenie, że nie zapomniałam o niczym. 

Przynajmniej z kategorii odżywczej. 

Kwasy alfa, które uczynią z nas omegi? Są. 

Gorzki smak minionej epoki? Jest. 

(symbolizowany również przez okresową, a minioną eksluzywność cytrusów).

Słodki smak wolności? Jest.

Dostęp do morza jest? Jest. 

Nośnik smaku jest? Jest.

Szczypta pieprzu jest? Jest.

Chleb powszedni jest? Jest.

(I tu pozwolę sobie zatrzymać się na chwilę. Jest to mityczna szczypta pieprzu, bez którego znaczna część społeczeństwa nie wyobraża sobie niedzielnego rosołu zjadanego w rodzinnej atmosferze. Tyle, że od już, ten rosół to przeszłość. Tak jak i do przeszłości należy już sterta nie tych, co trzeba przekonań, odnośnie tego, kim masz stać się ty. Albo są za tobą, albo ty jesteś przeciwko nim. 

Jest też narzędzie, aby to zjeść, oraz narzędzie po to, aby nie ubrudzić sobie przy tym wszystkim za bardzo rąk. 

Chęć do przesunięcia deski tak, aby była ułożona w sposób właściwy?

d.m.