DM

Keto Sour

Miłość nie owija w bawełnę. Miłość owija w papier śniadaniowy.

Tylko kiedy tak na prawdę, i jak się to wszystko zaczęło?

Niektórzy twierdzą, że jakieś 2 miliony lat temu. Zgodnie z tym co antropolodzy żywieniowi twierdzą na ten temat, na samym początku zaczęliśmy nie jeść, a pić – wodę i lód. 

Brzmi dość logicznie, od nawodnienia wszystko się zaczyna. I jeśli ja miałabym do wyboru – jeść czy pić wodę, tudzież ssać ewolucyjnie czysty lód z lodowca z czasów tworzenia się krainy wielkich jezior, też wybrałabym picie. Tak nawodnione ciało samo by mi powiedziało czego potrzebuje do jedzenia. No i przodkom powiedziało gdyż …

… do diety włączyli ostrygi, małże, przegrzebki i różne mięczaki. I o ile dzisiaj owoce morza rozumiane są jako rarytas, pokarm dla koneserów, tak moja wyobraźnia podpowiada, że wtedy sięgnęliśmy po to, co nam się udało wygrzebać z błota. I zarówno mi, jak i przodkom podpowiedziała dobrze, ponieważ świeżo rodząca się intuicja gatunku zasugerowała, aby gatunek ów sięgnął po pożywienie będące bogatym źródłem tego, co do sprawnego rozwoju potrzebne jest ludzkiemu umysłowi – aminokwasów, minerałów i kwasów tłuszczowych. Dalej idąc tropem antropologów, do jadłospisu włączyliśmy kałamarnice, kalmary i ośmiornice.  

Po owocach morza przyszedł czas na insekty, ryby i żaby. Podsumowując do tej pory pod względem żywieniowym – pełnowartościowe białko i kwasy tłuszczowe głównie z rodziny omega 3. 

Prawdopodobnie ich dość wysokie spożycie spowodowało, że wpadliśmy na pomysł, aby urozmaicić jadłospis grzybami, zieleniną, mięsem z niedźwiedzia, dziczyzną oraz koniną.

To zaprowadziło nas jako gatunek w prostej linii do poddawania żywności temperaturze, którym to procesem udostępniliśmy swoim mózgom wystarczającą ilości kalorii pochodzących z węglowodanów, aby nasze puszki mózgowe wraz z zawartością rozwinęły się na tyle, że jako cywilizacja wymyśliliśmy dietę ketogeniczną.

Kiedy to było?

Tak dokładnie to nie wiem, ale pierwszy zapis, który sugerować może stosowanie tych praktyk żywieniowych pochodzi z dzieła, które datuje się na około 160 lat przed Chrystusem, mianowicie De agricultura autorstwa Katona. Zawarty w nim przepis na tzw. libum zakłada użycie czterokrotnie większej ilości składnika tłuszczowego, niż węglowodanowego, co jednoznacznie wskazuje na kierunek w którym podążała owa potrawa.

Co ciekawe, dzisiaj owa dieta święci triumfy w branży dietetycznej, a przywołana przeze mnie potrawa również przygotowywana była w celu poświęcenia, jednakże nie triumfów, a bogini Weście, patronce ogniska domowego. I o ile ja uważam że są skuteczniejsze opiekunki domowego ogniska, tak każdy ma prawo się ze mną nie zgodzić ale … powiedzmy sobie szczerze, któż dziś wierzy w mitologię? I tak jak kwestia diety ketogenicznej w świecie branży zdrowotnej jest dzisiaj niezmiernie aktualna, więc warta zastanowienia, tak i patronkę domowego ogniska kiedyś każdemu przyjdzie wybrać.

Tak czy inaczej, kwasy tłuszczowe, kwasami tłuszczowymi, pełnowartościowe białko pełnowartościowym białkiem, ale wiecie po co nasi przodkowie sięgnęli tuż po tym jak ogarnęli umysły? Po węglowodany. Pierwsze na liście były ryż i kasza jaglana.

Stąd też, pozwolę sobie jasno określić swoje stanowisko względem owej diety. Leci tak.

Wyśmiewany w świecie wyznawców keto-diety stan tzw. „węglozy” nie jest stanem dietetycznym, a wyborem, stanem wolnej woli. Stąd też, demonizowanie jakiegokolwiek składnika, zwłaszcza tego, który popchnął cywilizację do punktu, w którym możliwa jest dyskusja o demonizowaniu czegokolwiek, jest … samo okaleczającym się strzałem owej cywilizacji w kolano.

A raczej, pogłaskaniem po główce, że za zjedzeniem bochenka chleba, kostki masła i słoika nutelii stoi ktokolwiek inny, niż ty. Znaczy, pf, owszem, często tak jest, bo pewne rzeczy albo ma się w głowie, albo zajada się to co ma się w głowie. I mam zarówno na myśli albo wieczną, surową krytykę, albo zdrowe nawyki żywieniowe.

To nie stan ketozy czy węglozy wynosi się z domu, a na przykład nawyk wsuwania „chociażby” mężowi zgrabnej, smacznej i zdrowej przekąski do kieszeni, jak dajesz mu buzi na pożegnanie, kiedy wychodzi z domu. I nie trzeba skończyć uniwersytetu, by wiedzieć, że podstawą każdej diety jest miłość, stan przede wszystkim warzywno – owocowy. I dbanie o drugą osobę. A jak się czegoś nie wie, to od tego są kompetentni dietetycy.

Uwierzcie mi, wszystko tkwi w głowie, a kwestia szybkiej utraty masy ciała z tak dużym ograniczeniem podstawowego paliwa dla mózgu, jakim są węglowodany jest dla mnie niewłaściwym podejściem do układania komukolwiek jadłospisu, ponieważ.

Skąd pomysł na dietę ketogeniczną? W miarę usystematyzowaną formę zaczęła ona przyjmować od mniej więcej 1921 roku, kiedy to Wilder Penfield na bazie swoich obserwacji i doświadczeń odnośnie głodówek podniósł postulat stosowania tego sposobu żywienia w traktowaniu lekoopornej postaci padaczki, występującej u 30% osób cierpiących na to schorzenie.

I o ile głodówki zawsze były, są i będą skuteczne, tak nie ukrywajmy że coś trzeba jeść, zwłaszcza w przypadku małych dzieci. Stąd też zaproponował rozwiązanie które NAŚLADUJE metaboliczny efekt głodówki, tyle.

Nie będę się rozpisywać na temat zagrożeń jakie niesie za sobą nierozważne stosowanie jakiejkolwiek diety, a już tym bardziej takiej, której celem jest neuromodulacja, a nie deficyt kaloryczny.

Zwłaszcza że badania, choć częściowo na myszach, to jednak w temacie, jasno mówią, że może i sylwetka szybko zgrabna, ale również chociażby Alzheimer, jak i manipulacja przeróżnych procesów genetycznych, na rzecz eliminowania zjawiska długowieczności.

Hm. Ale to się może składać w pewnego rodzaju konsekwencję w podejściu do diety, odżywiać się celowo jak chore dzieci i wyciszać transkrypcję przedłużających życie genów. Sens jest.

I nawet nie będę zaczynać pisać antyoksydantach. Ani o stresie. Ani o nadnerczach.

Pozwolę sobie więc trzymać się mądrzejszych ode mnie, i postulować stosowanie tej diety tylko i wyłącznie w przypadku, kiedy jest wskazana przez lekarza.

I jako że przodkom węglowodany wyszły na dobre, bo zaprowadziły nas do tego miejsca w rozwoju cywilizacji, gdzie można owinąć niskowęglowodanową, aczkolwiek miłość, w papier śniadaniowy, to chyba idziemy w dobrym kierunku. A tą potrawę warto włączyć na stałe do swojego jadłospisu. Nie zapominając oczywiście o owijaniu w papier śniadaniowy.

Do dzieła.

Zbieramy składniki w jedną całość, tak jak i swoje podejście do jakichkolwiek nawyków, w tym również żywieniowych.

Siemię lniane mielimy w blenderze na pyłek, uwalniając dostępność korzystnych dla mózgu kwasów tłuszczowych.

Mieszamy z mąką z ciecierzycy, która też jest spoko.

Oraz żółtkami z jajek ekologicznych, które również są dobre.

Białka z powyższych jajek ekologicznych ubijamy na sztywną pianę, i delikatnie mieszamy z powyższym.

Dodajemy przyprawy, sól i sodę oczyszczoną.

Wylewamy do naczynia żaroodpornego wyłożonego papierem do pieczenia. Wiecie, żeby się nie ubrudziło i wsadzamy na jakieś 15 minut do piekarnika na temperaturę 170 stopni Celsjusza.

Po upieczeniu okazuje się że chlebek nie tylko nie ubrudził naczynia żaroodpornego, ale również ładnie od papieru odchodzi.

Spostrzegawczość i umiejętność skupienia się na detalu to jedne z cech dla których powinniśmy rozważyć sensowne podejście do stosowania diety w kontekście neuromodulacyjnym.

Po przekrojeniu upieczony keto – chlebek konsystencję ma taką.

Ja proponuję przekroić i złożyć w kanapkę, której sercem będą warzywa i to. (Przynajmniej dopóki nie przyniesiesz zaświadczenia od psychiatry, że nie masz depresji, stąd nie widzi on przeciwwskazań, aby w przypadku twojej osoby mięsa nie jeść).

Po czym, dwie propozycje odnośnie spożywania. Pierwsza, na talerzu, tak aby zbytnio nie nakruszyć.

Druga, wspomniana przeze mnie już kilkukrotnie metoda spożywania na miłość i papier śniadaniowy.

Jeśli macie jeszcze w sobie trochę zmysłu bycia osobą spostrzegawczą, zauważycie że do owinięcia zostały użyte dwa arkusze papieru śniadaniowego.

Owszem, ponieważ zabezpiecza to kieszenie, czy plecak, czy torebkę ukochanej osoby, przed zabrudzeniem tudzież okruszkami. To jest właśnie miłość. Nie tylko myślimy o drugiej osobie, ale również czynami o nią dbamy.

Miłość cuda czyni.
To nie tylko podwójne zabezpieczenie przed wyciekami sosu czy okruszków. To również obrusik i serwetka w jednym.

A że podobno mózg „świetnie na keto leci”? Znam trzy razy lepsze sposoby na odżywienie mózgu, ale to taka dieta, że by ci się nie spodobała. Plus, nie spodoba ci się pewno informacja że po 24 godzinach na ketozie działanie ochronne na neurony zanika. Tak gdzieś czytałam, czy coś.

Stąd też, dla bardziej hardkorowych, ale mądrzejszych wyznawców neurodietetyki porada.

Pość. Głoduj. Nie naśladuj. Idź w prawdziwe rzeczy. Książki czytaj. Dużo ruchu na świeżym powietrzu. I rozmów z mądrymi ludźmi. Plus umiejętność krytycznego rzeczywistości badania. Tego mozarella spożywana w hurtowych ilościach cię nie nauczy.

Oczywiście, pisałam powyższe z perspektywy szewca, co bez butów chodzi.

D.M.