DM

I ślubuję ci …

„I ślubuję ci miłość, wierność …” – któż z nas nie chciałby usłyszeć tych słów. W bajkowej scenerii! Ale…

Nie wiem kto ten tekst pisał, ale prawdopodobnie nigdy nie był w związku. A jak był, to chyba listownym. Ponieważ o ile mogę się wypowiedzieć w kwestii słów, z których powinna być skonstruowana małżeńska przysięga, szło by to raczej tak:

„I ślubuję ci, że prędzej wyjdę przez okno niż z siebie. 

Przysięgam ci, że postaram się nad sobą panować, 

Żeby miłość do ciebie w sercu i na języku zachować. 

Przysięgam ci, że siebie nie będę kochać tak jak ciebie.

Prędzej ugryzę i zjem kawałek własnego języka,

Niż będę rozmów na poważne tematy unikać.

Że powiem o wszystkim co mnie w nas boli,

Chociażby nam to miało łby rozpierdo.. rozwalić.

Nie przyniosę do domu niczego innego,

Niż uczucia do ciebie szczerego.

Nie będę szukać gdzie indziej uciech i wesela,

Bo wiem że w domu czeka na mnie miłość i przyjaźń,

Choć trudna, to szczera.

I chociażbyśmy mieli sobie łby pourywać,

Nie chcę z nikim innym kart mojego życia rozgrywać.

Nie interesuje mnie sąsiadka ładna,

Bo to konkurencja dla ciebie żadna .

Tyle. ”

(Nie interesuje mnie sąsiad ładny,

Bo to konkurent dla ciebie żadny). 

Rymowanka, chociaż nieskomplikowana, w pełni powinna czytelnikowi oddawać siłę uczuć, które człowiek powinien mieć w sobie, aby stanąć na ślubnym kobiercu. Powiem więcej, słowa te powinien wypowiadać nie przyszły małżonek, czy małżonka a … świadkowie.

Ponieważ z ust państwa młodych powinna podczas przysięgi wydobywać się z najgłośniejsza z cisz, jaką można usłyszeć. Cisza serc. Cisza miłości. Potężne uczucie. Nie do pomylenia z żadnym innym. 

I wiecie w jakim miejscu w życiu piszę te słowa? W miejscu w życiu, gdzie siedzę brudna, rozczochrana i w dresie, ale w miejscu publicznym. I siedzę na przeciwko mężczyzny i kobiety, pomiędzy którymi siedzi na oko dwuletni chłopiec spokojnie zajadając lody. Ale wystarczy że pstryknę palcem, a facet jest mój. Ale nie dla tego że jestem wyjątkowo ładna, czy coś. Gdybym była mężczyzną, było by dokładnie to samo. Też zerkał by cały czas. A może nawet bardziej. Bo ten facet ewidentnie potrzebuje pogadać. A ja po prostu wibruję pogawędką.

Pf. Pogadać. Obudzić się!

I dlatego zerka, ponieważ wie że ja wiem.

Że w domu może i jest posprzątane, wyprane i ugotowane. Rachunki może i na czas popłacone są. Dziecko pewno studia jakieś skończy. Policja prawdopodobnie nie odprowadzi nigdy pani mamy do domu. Za wandalizm w słusznej sprawie, na przykład.  

Tyle że wiem, że nie o to w życiu i związkach chodzi.

Ma nudę! Nie ma rozrywki! Ani grama szaleństwa! Nic! Polędwiczki cielęce w niedziele może i poprawnie przyrządzone pod względem technologicznym, ale … nudne! Nic! Ani jednej myśli w kierunku zrobienia kroku, żeby wyjść poza społecznie akceptowalny koncept! Chociażby względem polędwiczek. Nafaszerować nimi gruszki na przykład. O. 

Wyobrażacie sobie to? Długo gotowane w cebulowym sosie, przez co dobrze skruszone polędwiczki wieprzowe. I nadziać nimi gruszki. I zapiec. Brzmi jak najlepsza rzecz na świecie. Pure love.

A nuda w małżeństwie? Nuda w związku? To jest kawałek mięsa nie do przełknięcia. Gdyż nuda oznacza brak zainteresowania względem drugiej osoby. I to jest jest właśnie najgorsze.

Nudne polędwiczki da się zjeść. Tylko po co. Po co fundować na własne życzenie sobie chwilę, kiedy stajesz nad brzegiem rzeki i jedyne co ci przychodzi to … popłynąć. Na samo dno, na głębokość jaką tylko rzeka ma! Aby zanurzyć się w glony i muł. Bo wydaje się to być ciekawszym zajęciem niż słuchanie tego, co do powiedzenia ma ta osoba, która siedzi obok mnie.

I ja doskonale zdaję sobie sprawę, że wspólne życie to nie żart. Ale trzeba olbrzymiej dawki poczucia humoru, żeby funkcjonować razem, i nie pozabijać się.

Wiecie co to dobry związek? To bałagan w kuchni po wspólnym gotowaniu. To współdziałanie rąk. Które sobą są. I ze sobą chcą być. Podstawy. Wspólne gotowanie. Ty i twoja kobieta. Ty i twój mężczyzna. Wy.

Wiem, że wydawać się może, że samotność jest gorsza, niż niedobrany związek. Ale nie. Najgorzej jest być samotnym, a z kimś być.

Stąd też, ośmielę się powiedzieć. Ludzie, nie żeńcie się. A przynajmniej przemyślcie to. Sprawdźcie co i kto wam podaje na talerzu. Ba! Czy w ogóle podaje! A jak tak, to czy jest to powinność, manipulacja, czy pure love.

Czym jest pure love w kontekście przygotowywania jedzenia? Paradoksalnie, niewiele ma wspólnego z serwowaniem posiłku. Objawia się w zupełnie innym momencie. Jakim?

A na przykład w takim, że kobieta zagada się na spotkaniu komitetu dotyczącego organizacji eventu związanego z jej pasją. No nie jest o to trudno. I nagle zda sobie sprawę, że już późno jest. A jej mężczyzna powiedział wczoraj wieczorem, że wróci późno z pracy, i że to będzie ciężki dzień. I ona, jak sprężyna wstanie od stołu, na którym rozłożone są papiery, czy pudełka, czy co tam, i jak szalona popędzi do domu robić mu kolację. Pomimo tego, że zamrażarka pełna jest gotowych, domowych dań, które on bez problemu mógłby sobie sam odgrzać. I gdyby przyszło mu to robić, w życiu nie przemknęło by mu nawet przez myśl mieć o to pretensje.

Ale nie. Ona wie, że ona ma być. Ona chce być. Pomimo tego że zrobi z siebie wariatkę kilka razy po drodze, i zamieszanie straszne, to będzie w porę. Zdąży obrać i ugotować kila ziemniaków, poddusić grzyby …

Ale będzie to robić z tak skupionym szaleństwem w oczach, jakby od tego posiłku zależało, czy nie skończy się przypadkiem świat. Bo będzie chodzić o świat. Jej cały świat. Żeby ciepłe i świeże zjadł.

I związek oparty na pure love jest właśnie jak szalone danie. Pozornie nielogiczne, ale bardzo praktyczne. W swojej prostocie i obecności satysfakcjonujące. A sam pomysł? Zaskakujący.

Jak na przykład to danie, na które przepis podaję poniżej. 

Ziemniaki gotujemy i mieszamy z posiekanym drobno koperkiem.

Widzicie ten talerz po lewej stronie? Ten głęboki? W nim są boczniaki podduszone z kapustą kiszoną. Na śmiercionośnym maśle. Z dużą ilością pieprzu. Wiecie, żeby rozgrzać misia po ciężkim dniu, na wieczór.

Papier ryżowy kładziemy na płaskim talerzu.

Zalewamy wrzątkiem.

Kiedy papier zmieni konsystencje ze sztywnej na giętką, odlewamy wrzątek.

Układamy jedno na drugim na trzecim.

Można również i tak.

Zawijamy i segregujemy względem wzrostu. Serwujemy.

Czy ja wiem czy smacznego. Nudy w każdym bądź razie nie ma.

D.M.

p.s. potrawa niniejsza jest również ukłonem politycznym względem potęgi, jaką stanowi kuchnia azjatycka. Uważam że powinna nastąpić bardziej zadziergnięta nić przyjaźni na tej linii. Czaicie, kuchnia fusion. Their in-born diplomacy skills and our resillence? Undefeatable.